Dzielny mały toster, czyli historia o wyrzucaniu dobrych rzeczy

Pamiętam z dzieciństwa bajkę pod wdzięcznym tytułem „Dzielny mały toster” z 1987 roku. 📼

Bajka opowiada historię porzuconego tostera, radia, lampki, kocyka elektrycznego i odkurzacza, którzy postanawiają opuścić domek w górach i odnaleźć swojego właściciela. W jednej ze scen – dzisiaj dużo bardziej dla mnie czytelnej – stare urządzenia trafiają do miasta, gdzie najnowsza generacja sprzętów AGD śpiewa radosną piosenkę o ich końcu, po czym wyrzuca całą piątkę na śmietnik.

Dlatego o tym piszę? Bo to jedna z ładniejszych metafor naszego podejścia do przedmiotów codziennego użytku. Dzisiaj rzeczywiście niczego się nie naprawia. Dużo łatwiej jest wyrzucić i kupić nowe, tym bardziej, że reklamy nowych produktów atakują nas z każdej strony. A szkoda, bo z doświadczenia wiem, że nic nie daje tak dużej satysfakcji jak ulubione radio, któremu sprawny elektryk nadał drugie życie. Mam nadzieję, że chociaż w ten sposób udało mi się pokrzyżować plany sprzedażowe wielkich sieci dystrybuujących elektronikę.

A co najważniejsze, nie uważam, żeby stary telefon czy komputer miał być powodem do wstydu, jak chcieliby niektórzy miłośnicy nowych technologii. Zobaczcie „Dzielnego małego tostera”, gwarantuję, że zmienicie zdanie!

Spadające gwiazdy na medialnym niebie

A dobra, pochwalę się: Ostatnio przejrzałem najnowszy numer „Party. Życie gwiazd” i nie rozpoznałem ani jednej gwiazdy.✨

Tu w zasadzie mógłbym zakończyć swoją myśl, niemniej należy się Wam parę słów wyjaśnienia. Otóż jeszcze parę lat temu mając w ręce tego typu wydawnictwo, byłbym w stanie określić, że ta pani z dzieckiem to chyba aktora filmowa, a tamten pan to pewnie muzyk. Teraz czuję się jak – przepraszam za trudne słowo – prozopagnostyk, który widzi, ale nie poznaje.

Nie mam pewności czy wynika to z mojej ignorancji, czy może bardziej z faktu, że niektóre gwiazdy, szczególnie te nowe, błyszczą na medialnym niebie trochę na siłę. Zapalają się, by za chwilę zgasnąć. A po nich przychodzą kolejne. I kolejne. I wciąż jest wielu astronomów gotowych śledzić ich losy.

Co tytuł panie, to kapiszon!

Wie pan, dużo tych takich troli jest, fake newsów. 🌪

Takie słowa usłyszałem od pewnego starszego pana, z którym miałem okazję dzielić stolik w kawiarni. Z rezygnacją zamknął klapę swojego sfatygowanego laptopa przesuwając go na brzeg stołu. Poprawił się na krześle, po czym zwrócił w moją stronę.

– Wchodzę proszę pana na informacje – ciągnął dalej zawiedziony – widzę po nagłówku, że niecodzienna sprawa, czytam, a tam panie zupełnie inna tematyka. Wojna w tytule, a czytasz pan, że wojny nie ma. Człowiek umiera, a tam ani słowa o chorobie. Co tytuł panie, to kapiszon.

– To są proszę pana takie klikbajty. – odpowiadam krótko.

Starszy pan zamilkł. Pociągnął spory łyk kawy nie odrywając ode mnie wzorku. Uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie przemówiłem do niego w zupełnie niezrozumiałym języku, ale postanowiłem nie korygować błędu. Pracowałem dalej nad swoim Excelem.

– Pan też już na ich stronę przeszedłeś? – rzucił w końcu – Dziękuję bardzo! Niczego się już człowiek dzisiaj nie dowie. Żegnam!

Schował laptopa do reklamówki, stojąc dopił kawę, po czym szybkim krokiem wyszedł na ulicę.

Pomyślałem wtedy, że miał jednak sporo racji.

Za co kocham Tatry

Siedząc w Murowańcu obserwuję ulewę i myślę o rzeczach, za które kocham nasze Tatry. ⛰

Przede wszystkim za pozdrowienia i bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy w dobie Internetu wciąż pozostają najlepszym źródłem informacji. O drodze, o warunkach na szalaku, o tym czy „daleko jeszcze?”. W końcu znów rozmawiamy! Zupełnie jak za czasów Kasprowicza czy Przerwy-Tetmajera.

W drugiej kolejności za cudowne widoki i długie szlaki, które pozwalają wyprostować najbardziej kręte myśli. Następnie za szarlotkę w Murowańcu i wspólne budowanie wież z kubków po piwie w Piątce. Za walkę o gniazdka i poranne debaty o pogodzie.

W końcu za solidne lekcje szacunku do gór. A to doceniam dopiero, gdy zupełnie bezpieczny popijam ciepłą herbatę w schronisku i obserwuję helikopter wracający gdzieś z znad Orlej Perci.

Puste boiska, jako znak naszych czasów

W miejscu skąd pochodzę jest małe wiejskie boisko, w czasach podstawówki nasz główny punkt spotkań sportowo-towarzyskich. ⚽️

Od wczesnej wiosny do później jesieni graliśmy tam zawzięcie w piłkę, często do późnego wieczora. Kto miał rower, objeżdżał znajomych wołając ich na mecz, często też twardo negocjując czas wypożyczenia zawodnika z menadżerem klubu (czytaj: z mamą). Z pewnym rozżaleniem przyznam, że wielka gra nigdy nie była moim udziałem, bo z racji na słabą kondycję i grube kości zawsze stałem na bramce. Z tamtych czasów zapamiętałem dwie komendy: najpierw padało „Gruby, wyjdź na niego!” (to w sytuacji, gdy przeciwnik przebił się przez defensywę i szarżował wprost na moją bramkę), a zaraz po tym „Gruby, broń coś!” (kiedy piłka wpadała do siatki, a wpadała często). W zasadzie puszczałem wszystko jak leci, ale mimo wszystko grałem. Byłem jednym z nich i to było najlepsze!

Dzisiaj biegając już dla przyjemności mijam nasze stare boisko. Od kilku lat nie widziałem tam żywego człowieka, a przetarcia w polu karnym, które doskonale pamiętam, zarosły piękną, zieloną trawą.

Wygląda na to, że aplikacje na telefon już tak wiernie oddają grę w piłkę, że nie ma sensu organizować chłopaków i fatygować się na boisko

Spokój mistrza

Na dobry początek tygodnia podrzucam Wam trzy inspirujące myśli Piotra Voelkela, założyciela grupy VOX, które podsłuchałem w niedawnym wywiadzie. Warto wziąć do serca, zastosować w pracy, być może także w życiu. 💫

🔹Wyjdź z inicjatywą

„Nie ukrywam, że też czasami korci mnie, żeby zachować się całkowicie inaczej niż wszyscy i znaleźć jakąś własną niszę, jakiś własny pomysł na aktywność, która nie jest tylko byciem w peletonie, ale próbą szybkiej ucieczki jakąś własną trasą.”

🔹Szukaj nowych celów

„Warto przemyśleć wspólnie czy nie zmienić zupełnie celów i nie poszukać nowych, bardziej takich krwistych, ciekawych, budzących entuzjazm. Szukam rzeczy, które by mnie inspirowały, ciekawiły. Poczucie bezpieczeństwa i sens tego co robimy, myślę, że to są kluczowe elementy sukcesu.”

🔹Zapanuj nad lękiem

„Kluczową kompetencją lidera jest to, żeby zapanować nad własnym lękiem. I nasza edukacja i bardzo często nawet dobrze troszczący się o nas rodzice wytwarzają u nas niepotrzebnie dużo lęku. Ciągle nas uprzedzają przed konsekwencjami błędu i opowiadają nam jaki świat jest niebezpieczny. Nic bardziej żałosnego niż szef firmy który jest de facto wystraszony, boi się świata, a tuszuje to często agresją lub arogancją licząc na to, że za tymi wszystkimi pozorami bohaterstwa ukryje to, że się boi życia, boi decyzji, boi przyszłości.”

Upadek rozrywki

Jedną z niewielu rzeczy, które tak dobrze oddają ducha zmian dzisiejszego świata, jest YouTube. 🎬

W zakładce „Na czasie” zaproponowano mi ostatnio film pod wdzięcznym tytułem „Kto DŁUŻEJ będzie CAŁOWAĆ ŚMIETNIK, wygrywa 10.000 zł”. Tytuł precyzyjnie oddaje fabułę, bo poza całowaniem wielkiego kubła przez grupę chłopaków nie dzieje się w zasadzie nic innego.

Nie wiem czy bardziej zasmucił mnie fakt, że taki film: (i) został zaproponowany mi na podstawie moich preferencji, co odbieram jako osobistą porażkę, (ii) został wyświetlony prawie milion razy (dla porównania przez co drugiego mieszkańca Warszawy), (iii) zebrał prawie 50 tys. lajków (Wejherowo lubi to!). Jeżeli naprawdę tak wygladą rozrywka proponowana u progu trzeciej dekady XXI wieku przez światowego giganta w tej branży, to chyba coś tu jest nie tak.

Qvo vadis munde?!

To ja, mugol z korporacji

Tuż po zaparzeniu porannej kawy dostałem maila z tysiącem załączników i jakże zwięzłą myślą przewodnią mojego przełożonego o treści „ogarnij pls dzis” (pisownia oryginalna). 📩

Spoglądam na nietkniętą kawkę czując jednocześnie, że moje ciśnienie jest już w okolicach górnego C. Równie dobrze mógłbym teraz wrócić do kuchni, przeprosić kilka osób blokujących drogę do zlewu i z uśmiechem wylać kawę. Zamiast tego dopisuję jednak kolejną pozycję do listy.

Koło południa stwierdzam, że czas najwyższy zacząć wczytywać się w załączniki. Już mam otwierać pierwszy z nich, gdy dostaję równie krótkiego maila o treści „zapomnij o tym”.

Zamykam oczy czując rozpierającą radości. Wyobrażam sobie jak mój przełożony podchodzi do mnie ubrany w melonik i czarną pelerynę, celuje we mnie różdżką, mruczy pod nosem zaklęcie zapomnienia, po czym wraca do siebie. Przez ścianę słyszę jego rozmowę: „Tak panie ministrze, to moja wina, przypadkowo przesłałem pana maila do jednego z naszych etatowych mugoli. Tak, pamięć wyczyszczona, ale jak znam życie, to nawet nie raczył otworzyć maila.”

Wracam do rzeczywistości czując jednocześnie lekkie zażenowanie kierunkiem, w którym pobiegły moje myśli. Wzburzony tą wizją otwieram jednak pierwszego Excela, ale szybko stwierdzam, że w istocie jest to dla mnie czarna magia. Usuwam maila czując pewnego rodzaju ulgę, ale i rozczarowanie.

Taki tam, magiczny czwartek w korporacji.

Jak nie utonąć w morzu konsumpcjonizmu

Po raz kolejny sprzątając mieszkanie zapełniłem dwa kartony zupełnie bezużytecznymi rzeczami. 📦

Jakieś notesy, kable, zużyte flamastry, stare filmy na DVD i masę innych równie nieprzydatnych rzeczy. Zacząłem zastanawiać się skąd we mnie to zamiłowanie do gromadzenia. Przecież niczego nie kolekcjonuję, niczego też nie zostawiam na czarną godzinę, przed którą tak bardzo przestrzegał mnie dziadek, a która jakoś nigdy nie chciała nadejść. Nadeszła za to godzina dziadka, który – gdyby to od niego zależało – w ostatnią podróż zabrałby zapewne co bardziej przydatne rzeczy z garażu.

Unikam przecen. Nie biorę darmowych próbek. Pozostaję niewzruszony, jeśli idzie o zachęty do skorzystania z oferty promocyjnej w Empiku. Wszystko, jak widać, na nic. Ale i na to znalazłem sposób. Wszystkie zbędne rzeczy zawożę regularnie na pchli targ, gdzie każdy przedmiot zyskuje nowego właściciela. To jedyne rozwiązanie żeby starym przedmiotom dać nowe życie, a samemu nie zatonąć w zdradliwych wodach konsumpcjonizmu.

I tylko dziadek w grobie się przewraca.

Robimy newsa, jedziemy dalej!

Ostatnio w porannej telewizji natknąłem się na wywiad przeprowadzany znad jeziora Kisajno. 📡

Wywiadu udzielał pracownik WOPR a pytania zadawał telewizyjny prezenter. Całość dotyczyła generalnie akcji ratunkowej, ilości zaangażowanych motorówek i czasu trwania poszukiwań. W pewnym momencie padło pytanie: „Proszę powiedzieć, jaki manewr łodzią wykonał na wodzie Piotr Woźniak-Starak i czy był on niebezpieczny?”.

Przedstawiciel WOPR po raz kolejny zaczął rzeczowo wyjaśniać, że wszak manwer skrętu nie jest nietypowy, jeśli chodzi o pływanie łodzią, ale zawsze należy zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza gdy silniki łodzi mają znaczną moc; zatem: tak, taki manewr może być niebezpieczny.

Czasem odnoszę wrażenie, że telewizyjne busy są jak mobilne punkty przemiału informacji. Przyjeżdzają w miejsce zdarzenia, bez pardonu mielą temat zadając serię pustych pytań i odejeżdżają z piskiem opon w kolejne miejsce. A to wszystko w obliczu ludzkich tragedii.