Wirtuozi białych klawiszy

Wczoraj miałem okazję uciąć sobie dłuższą pogawędkę z przedstawicielem pokolenia urodzonego 1935 roku. Ludzi tego typu rozpoznać można nie tylko po wyglądzie, ale przede wszystkim po tym, z jak dużym szacunkiem odnoszą się do życia. Nie narzekają, nie wyszukują na siłę problemów, idą przez życie na tyle, na ile pozwala im wiek i okoliczności. Doceniają to, co mają.

Słuchając opowieści o przesiedleniach, wojnie i życiu po jej zakończeniu pomyślałem, że jedynym adekwatnym określeniem, które pasuje do mojego pokolenia to – powtarzając za Williamem B. Irvinem – banda rozpieszczonych smarkaczy. Żyjemy w najwygodniejszych czasach jakie zna historia, jednocześnie wobec tego życia zgłaszamy największą ilość uwag i zastrzeżeń.

Kiedy nie zjemy nic przez kilka godzin, chodzimy źli zarzekając się, że zaraz umrzemy z głodu. Kiedy musimy na coś czekać, uskarżamy się na brak profesjonalizmu. Nigdy wcześniej nie podróżowaliśmy tak szybko i tak tanio, a jednak wciąż przeszkadza nam brak miejsca na nogi albo niespokojne dziecko dwa miejsca dalej. W ciepłym boimy się spocenia, w zimnym przeziębienia. Na bóle ciała mamy tabletki z kiosku, na ból duszy tabletki z apteki. Nie obejrzymy filmu, jeśli nie jest w HD i nie kupimy kawy, jeśli nie będzie z mlekiem migdałowym. Życie ma być generalnie proste, miłe i wygodnie.

Takie podejście kojarzy mi się z grą na fortepianie bez użycia czarnych klawiszy, tak jakby życiowa melodyjka nie mogła ani na chwilę wpaść w nieco smutniejsze, molowe tonacje. Niestety, tak jak na fortepianie nie zagra się koncertu na połowie klawiszy, tak i życia nie przeżyje się bez jego ciemniejszych odcieni. Mam wrażenie, ze dla starszych pokoleń jest to coś zupełnie oczywistego, my natomiast opanowaliśmy „Wlazł kotek na płotek” i uważamy się za wirtuozów.

Może „zmysł muzyczny” przychodzi z wiekiem. Oby.

🎹

Radio Dramat, codzienna dawka niepokoju dla Ciebie i Twojej rodziny

Mam takie stare radio, z którego czasem lubię posłuchać muzyki. Pech chciał, że ostatnio zacząłem bawić się pokrętłem strojenia o pełnej godzinie, a to, co usłyszałem łapiąc kolejne fale przeszło moje, i tak już niezbyt wysokie, oczekiwania.

Brzmiało to mniej więcej tak: Kolejne niepokojące wiadomości płyną zza granicy (…); Eksperci biją na alarm (…); Nowy niebezpieczny dopalacz na polskim rynku (…); Rodzinna tragedia w Rudzie Śląskiej (…); Rośnie liczba zakażonych koronawirusem (…); Dramatyczna akcja ratunkowa na jeziorze w Pile (…); USA i Chiny zmierzają w kierunku, z którego nie ma powrotu (…); Siedem osób zginęło, a trzydzieści dwie zostały ranne po tym, jak (…).

Po tej osobliwej wycieczce od 88 do 108 FM wyjrzałem profilaktycznie za okno w poszukiwaniu lecącej w moją stronę asteroidy. Przyznam, że gdybym zobaczył zbliżającą się kulę ognia, nie byłbym chyba szczególnie zmartwiony. Biorąc pod uwagę ogrom nieszczęścia, o jakim zostałem właśnie poinformowany, unicestwienie naszej planety postrzegałbym raczej jako pewnego rodzaju promyk nadziei na lepsze jutro.

Naprawdę nie mam pojęcia skąd wziął się pomysł, by serwis informacyjny opierać przede wszystkim na dramatycznych wydarzeniach z całego świata. Co mam zrobić z informacją o katastrofie kolejowej w Rio de Janeiro? Przypominać sobie o niej za każdym razem, kiedy będę wsiadać do pociągu? Człowiek odgrzewa sobie dobry nastrój z resztek po miłych rzeczach, a tu wpada taka informacyjna Magda Gessler i zaczyna rzucać talerzami.

Nie pozostaje nic innego, jak ubrać się w elegancją koszulę, położyć wygodnie i domknąć wieko trumny. W środku niech przygrywa radyjko na baterie – to na wypadek zwątpienia, że na świecie dzieje się jeszcze coś dobrego.

📻

Wrocławska agora

Znów człapię zygzakiem przez rynek omijając rozstawionych jak pionki w chińczyku wolontariuszy Greenpeace. Omijam klubowych naganiaczy, dla których przeszkodą nie jest nawet mój zmęczony domową przestrzenią dres, w którym akurat zdecydowałem się złożyć wizytę w piekarni po drugiej stronie rynku. Czasem zastanawiam się czy to nie ja popełniam błąd odmawiając darmowego drinka w klubowych podziemiach. Do stracenia miałbym dokładnie jeden dwudziestozłotowy banknot, do zyskania całą noc dionizyjskich atrakcji.

Odbijam się po przekątnych jak piłeczka w Arkanoid unikając miejskich żywiołów. Wielkim łukiem obchodzę śliskie plamy mydlin zostawione przez bańkarzy zbierających na wyjazd z tego kraju, z drugiej strony jak ognia unikam wszelkich tancerzy nazbyt pewnie wymachujących płonącymi kijami. Jeśli nie potknę się o przewróconą hulajnogę i nie wpadnę pod koła czteroosobowej rodziny jadącej gęsiego na elektrycznych monocyklach, docieram w końcu do celu. Tam konfrontuję się jeszcze z mimem, który pocierając kciukiem o palce sugeruje, że jestem mu winien jakieś pieniądze. Kiedy odchodzę, wykrzywia twarz w wielkim niezadowoleniu.

Wracam znów w okolice pręgierza – miejsca, w którym zaczynają się (albo i nie) wszystkie pierwsze randki. Wieczorami można zobaczyć tu jeszcze chłostanych nieobecnością partnerek młodych mężczyzn ściskających nerwowo czerwone róże, wystawionych na publiczne poniżenie za – jak się wydaje – niedostatki urody lub charakteru. W dobie stałego dostępu do sieci brak informacji o odwołaniu spotkania boli zapewne dużo bardziej niż rzemień na plecach.

Ucieczka z ulicznego kotła kończy się przy Krawieckiej w okolicach Żabki, gdzie w letnie wieczory część chodnika zamienia się w literacki dywan oferując najróżniejsze książki począwszy od ilustrowanych przewodników po Internecie, a skończywszy na pojedynczych perełkach Parandowskiego, Kopalińskiego czy Krawczuka.

I tak małymi sensacjami żyje sobie z dnia na dzień wrocławska agora, a w niej ja, który – niby miastem zduszony – nie mogę bez niej oddychać.

🏛

Wyścig z czasem

Czytam sobie, że jeszcze w 1907 roku żołnierze tureccy nie wiedzieli, czym jest godzina. Zapytani na pustyni syryjskiej, jak długo zajmuje podróż do najbliższej oazy mówili tylko, że już niedaleko, daleko albo bardzo daleko. Podobna sytuacja ma miejsce jeszcze dziś w niektórych obszarach Wschodu, gdzie dzieci do szkoły nie schodzą się punktualnie, ale stopniowo i po trochu.

Patrząc z nie tak przecież odległej perspektywy na dzisiejszy sposób uporządkowania zachodniego świata, całe to nasze mierzenie czasu wydaje mi się jednak trochę zabawne. Trudno znaleźć dzisiaj poważnego człowieka, który nie dałby się zakuć w kajdany czasu zwane potocznie zegarkiem naręcznym. Co więcej, przyjęliśmy, że marka tego urządzenia wyznacza status społeczny – zupełnie tak, jakby czas odczytywany z wieży ratusza miał być gorszej jakości.

Upływające sekundy straszą dzisiaj nie tylko z nadgarstka, ale również smartfona, komputera, radia czy deski rozdzielczej samochodu. Z każdego niemal miejsca sączy się subtelna informacja o ulotności chwili. Jakby tego było mało, całą Ziemię podzieliliśmy sobie na dwadzieścia cztery różne strefy czasowe. W konsekwencji, ostatniego dnia roku siedzimy już od popołudnia ubrani w sylwestrowe czapeczki i znudzeni oglądamy fajerwerki w Nowej Zelandii, licząc jednocześnie ile to jeszcze godzin zostało do „naszego” Nowego Roku.

Niestety, tak właśnie wyglądają skutki uboczne próby pojmania czasu przez naszą cywilizację. W pewnym momencie zrozumieliśmy po prostu, że czas to pieniądz, który wymaga wyjątkowej dokładności. Zamknęliśmy więc wschody i zachody słońca w dwudziestu czterech godzinach, które – o ironio – dwa razy w roku przesuwamy o godzinę w tę i z powrotem, powodując tym samym niemały dyskomfort u naszych zwierząt, które zegarków póki co nie noszą.

Mówi się, że my mamy zegarki, a Afryka ma czas. To trochę tak, jak jakby płynąć z nurtem rzeki i dodatkowo wiosłować. Dopływamy zmęczeni, a rzeka i tak nas po chwili dogania. Takie to korzyści z wyścigu z czasem.

⏰

Na pół

Jako dziecko zachwycała mnie dokładność, z jaką pani w mięsnym odkrajała „na oko” kawał schabu i zawsze okazywało się, że odcięta część jest dokładnie takiej wielkości, jakiej zażyczył sobie klient. Mam wrażenie, że na podobnej zasadzie wielki masarski nóż podzielił wczoraj Polskę na dwie idealne części.

Wyniki niedzielnego głosowania to w zasadzie jedynie podsumowanie wieloletniego procesu, w którym politycy różnego autoramentu prześcigali się w obrzucaniu swoich przeciwników najgorszymi inwektywami, a to wszystko jedynie dla politycznej kariery, rozpoznawalności i lepszej pozycji w strukturach partii. Uwagi nie przyciąga już przemyślany komentarz do bieżącej sytuacji, ale krzykliwy i emocjonalny atak na konkretną osobę czy zjawisko. Wysadzenie mostu w powietrze jest przecież dużo bardziej efektowne niż jego zbudowanie. Skąd mamy wiedzieć jak podać rękę skoro codziennie z każdej strony mówi się nam, że dłoń ma być zaciśnięta w pięść i gotowa do ataku?

A może już teraz należałoby podjąć decyzję o budowie muru na Wiśle, który oddzielać będzie jedną Polskę od drugiej? Mielibyśmy Polskę Zachodnią i Polskę Wschodnią, oczywiście każda z nich byłaby bardziej polska od tej drugiej. Każda miałaby też swojego prezydenta, radio i telewizję. Zniknąłby problem sąsiedzkich kłótni czy niszczenia plakatów wyborczych. W każdej z Polsk rozkwitałaby demokracja, której znakiem rozpoznawczym byłyby debaty organizowane dokładnie tak, jak ta ostatnia. Mielibyśmy dwie równoległe, ale jakże dumne Polski.Przykro jest patrzeć na tę sytuację.

Naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zbliżyć do siebie tak podzielony kraj. Nigdy nie widziałem też, żeby pani w mięsnym była w stanie kiedykolwiek złączyć dwa kawałki i sprzedać jako jeden. Pewne rzeczy są po prostu nieodwracalne.

💔

Z dużej książki mała treść

Przystanąłem ostatnio przy witrynie jednej z księgarni, żeby zapoznać się z wydawniczymi nowościami. W takich chwilach zawsze uświadamiam sobie, jak długa jest moja lista książek do przeczytania i jak bardzo złym pomysłem jest dokładanie do tego kolejnej lektury.

Mimo wszystko moją uwagę zwróciła książka z dużym tytułem „Netflix, to się nigdy nie uda” pisanym trzema różnymi czcionkami. Poniżej umieszczone zostało imię i nazwisko autora z dopiskiem, iż jest to współzałożyciel i pierwszy CEO Netflixa. Na samej górze dodano wyjaśnienie: „Narodziny platformy oraz niezwykłe życie samej idei”. Na to wszystko nadrukowany został stempelek z cytatem z innego pana, tym razem dyrektora generalnego Netflixa. Cytat brzmi: „Wciągająca i mądra.” Koniec cytatu.

Jak się okazuje, obaj wymienieni na okładce panowie byli założycielami Netflixa, przy czym tylko jeden jest autorem książki. Czyli trochę tak, jakby książkę o idei supermarketu napisaną przez Piotra polecał brat Paweł. Muszę przyznać, że jest to dość przewrotna strategia promocji.

Piszę o tym, ponieważ tuż obok stała inna książka z dokładnie dwoma słowami umieszczonymi na okładce: Platon, Państwo. Nie miała na sobie żadnych dodatkowych wyjaśnień, gwiazdek, gwizdków, dzwoneczków, kokardek, stempelków, brokatu, kolorowych czcionek czy opinii starożytnych kolegów po fachu. Co prawda obie książki zostały napisane w zupełnie różnych czasach, w innym celu i zapewne dla innych czytelników, niemniej stawiając je tuż obok siebie bardzo wyraźnie widać, że coś tu się nam rozjechało, jeśli chodzi o koncepcję książki.

Osobiście nie mam zbyt wielkiej przyjemności w zanurzaniu się w lekturę, która już na etapie okładki zapewnia, że jest interesująca i warta uwagi. Niestety dookoła mamy coraz więcej takich krzykliwo-jarmarcznych publikacji – najpierw biją po oczach ustawione w dziale nowości, potem przecenione czekają na litość gdzieś w koszu z przecenami. A my zamiast czytać książki, czytamy okładki.

PS. Zastrzegam, że opisanej powyżej książki autorstwa Randolpha Marca nie przeczytałem. Nie wykluczam zatem, że w istocie może być to wciągająca i mądra książka.

🌧

Pierwsze urodziny Erraty!

Moi drodzy,
dokładnie rok temu napisałem tutaj swój pierwszy tekst! 🥳

Bardzo dziękuję Wam za Wasze wszystkie dotychczasowe polubienia, komentarze i maile, a przede wszystkim za Waszą wirtualną obecność i uwagę! 🙏

W ramach małego podsumowania pierwszego roku działalności Erraty garść statystyk z ostatnich 12 miesięcy:
🔸 ponad 3500 obserwujących (Facebook)
🔸 ponad 150 obserwujących (WordPress)
🔸 ponad 100 wpisów na blogu
🔸 średnio 222 użytych słów na każdy wpis
🔸 dokładnie 0 opublikowanych obrazków z kotami

Raz jeszcze dziękuję i zapraszam do czytania Erraty w kolejnym roku jej skromnej działalności 🤗

Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu?

Mam stary faks. Trudno, żeby był nowy, bo takich urządzeń chyba już nikt nie produkuje. Bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy każda szanująca się firma musiała obowiązkowo wyposażyć się w taki sprzęt. Operator telefaksu to też jedno z pierwszych stanowisk jakie piastowałem na początku mojej kariery. Praca dość nudna, bo polegająca na wybieraniu numeru i proszeniu za każdym razem o to samo: Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu? Te słowa powinny przejść do historii jako najczęściej zadawane pytanie retoryczne.

Przez jakiś czas mój dzień w pracy polegał więc na proszeniu o sygnały i ich udzielaniu. Później wprowadzono automatyczny odbiór wiadomości, co skutkowało z kolei zwojami niepotrzebnych ofert przesyłanych przez rozmaite firmy krzaki. Numer faksu był wtedy niemal tak ważny jak adres firmy; dzisiaj usuwa się go cichaczem z oficjalnych dokumentów, jako wstydliwy relikt starych czasów.

W jednym z wywiadów Stanisław Lem przyznaje, że bardzo wzbraniał się przed technologią, w tym przed używaniem faksu. Dzisiaj brzmi to co najmniej zabawnie, ale jednocześnie bardzo dobrze pokazuje tempo zmian, jakie proponuje nam życie w obecnych czasach. Na YouTube są filmy prezentujące (zapewne młodszym pokoleniom) zasadę funkcjonowania faksu. Przyznam, że sam oglądałem taki tutorial dotyczący pagera (nadal nie do końca rozumiem ideę tego wynalazku).

Swój faks próbowałem sprzedać na targu staroci, niestety nikt nawet na niego nie spojrzał. Tym samym nikt nie dowiedział się, że urządzenie jest sprawne, ma 39 nieodebranych połączeń i sporo papieru na rolce. Żyjemy w takim przyśpieszeniu, że nawet urządzenia nie mają czasu się zepsuć. Ciekawe dokąd w takim tempie dojedziemy. Prędkość jest wzorowa, pytanie tylko czy ktoś panuje nad kierunkiem, w którym tak pędzimy.

📠

Wyrwy w kontekście

Dużo szarpaniny mamy w tym życiu publicznym. Co chwilę ktoś wyrywa komuś coś z kontekstu albo – dla odmiany – próbuje włożyć w usta nie jego słowa. Okazuje się, że ze słów przeciwników politycznych można układać przepiękne mozaiki o dowolnej tematyce. Wystarczy tylko każdą wypowiedź pociąć na odpowiednio małe kawałki, a ograniczeniem staje się już tylko wyobraźnia.

Taka praktyka wśród polityków nie jest dla mnie niczym nowym. Przyzwyczaiłem się, że jeśli poseł rok temu mówił o kwadracie, to miał na myśli dzisiejsze koło i prawdopodobnie przyszłoroczny trójkąt. To po prostu kwestia spojrzenia na geometrię spraw społecznych pod odpowiednim kątem. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to pewnie dlatego, że nie jest w stanie znaleźć odpowiednio szerokiego kontekstu. Przykładowo, w skali niedofinansowanej służby zdrowia różnice w kształtach są przecież absolutnie bez znaczenia.

Martwi mnie jednak to, że wyrywaniem słów z kontekstu zaczynają zajmować się również dziennikarze. Oglądałem niedawno pewien program publicystyczny, w którym rozmówcę wręcz przymuszano do udzielenia odpowiedzi na zasadzie „tak czy nie”. Na szczęście wywiadowany zwrócił przytomnie uwagę, że świat nie składa się przecież z czerni i bieli, a zatem kontekst ma szalenie istotne znaczenie przy opisywaniu nierzadko subtelnych obszarów szarości. Nic dziwnego więc, że wypowiedź musi być nieco dłuższa, jeśli ma precyzyjnie oddawać myśl autora. Przyznam, że ta spontaniczna reakcja bardzo mi zaimponowała.

No cóż, niestety w dobie tweetów i czytania gazet nagłówkami (w czym przodują telewizyjne przeglądy prasy) nikt nie ma już czasu na wnikliwe zapoznanie się z tematem. Poznanie kontekstu staje się powoli luksusem dla bogatych. No, ale nie od dziś wiadomo, że wyborczych drzwi nie otwiera przemyślana i merytoryczna debata, a tych kilka dobrze dobranych słów wytrychów (najlepiej wyrwanych z kontekstu).

💥

Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Moda na wirusa

Przyznam, że z dużym zainteresowaniem obserwuję luzowanie reżimu sanitarnego na naszych ulicach. Powiedziałbym nawet, że powoli wyłania się z tego pewna spójna stylizacja, polegająca na przykład na noszeniu maseczki zsuniętej nisko pod brodą (co w jakimś tam sposób wspiera zapewne pracę mięśni żwacza), czy na nonszalanckim noszeniu maski założonej tylko na jedno ucho. Jakby nie było maseczka jest, a że bardziej przypomina chorągiewkę niż środek ochronny – trudno, tak się teraz ludzie noszą.

Ciekawą propozycją są też długie, niemal weterynaryjne rękawiczki noszone tylko na jednej ręce. To pewnie dlatego, że jedna długa rękawiczka jest po prostu lepsza niż dwie krótkie. Poza tym podział rąk pozwala na specjalizację: jedną ręką kontaktujemy się ze skażonym światem, a drugą dedykujemy sterylnym czynnością osobistym. Jak to pisał święty Mateusz, „niech nie wie twoja lewa ręka, co czyni prawa”. Jakże aktualna myśl! Tylko nie daj Bóg się na chwilę zapomnieć i przejechać folią po czole. Umarł w butach!

Dopełnieniem pandemicznej elegancji są natomiast różnego rodzaju przyłbice bardzo chętnie ubierane na niedzielne spacery, niejednokrotnie personalizowane, na przykład poprzez wycięcie dziur na oczy w przeźroczystym tworzywie. Sam miałem okazję podziwiać dzisiaj taki model. Taka można powiedzieć burka-niewidka.

Pozostając jednak przy naszej religii i świętym Mateuszu, myślę, że z wirusem jest trochę jak z Kościołem – niby wszyscy wierzymy, ale jak przyjdzie co do czego, to nikt nie praktykuje. Może dlatego krzywa naszej „wiary” ciągle czeka na wypłaszczenie.

🦠

Memizacja śmierci

Mam wrażenie, że jako społeczeństwo bardzo zgrabnie omijamy temat śmierci. Odchodzenie z tego świata nijak nie wpisuje się przecież w styl dzisiejszego życia, w którym człowiek ma być przede wszystkim młody, silny i sprawczy. Ludzka słabość objawiająca się samym faktem przemijania jest przy tym wszystkim dość mocno wstydliwa. Zachwycamy się zdjęciami pulchnych niemowlaków, ale fotografii schorowanych staruszków wolelibyśmy już nie oglądać. Chowamy więc śmierć przed światem, a jeśli schować nie możemy, to obśmiewamy.

Krótko po tym jak świat ogarnęła pandemia koronawirusa, a każde informacje zaczynały się od liczby zmarłych, ogromną popularność zyskał mem, w którym czterech wesołych młodzieńców tanecznym krokiem niesie trumnę do muzyki techno. Mem doczekał się wielu wariacji, ale przekaz pozostawał zasadniczo ten sam: śmierć to dobra zabawa. Podobna sytuacja ma miejsce teraz, kiedy Stany Zjednoczone ogarnięte są złością po śmierci George’a Floyda. Nie chcę przytaczać internetowych memów, które powstały na gruncie tej tragedii (część z nich jest wyjątkowo nie na miejscu), niemniej to kolejny dowód na to, w jaki sposób poprzez śmiech próbujemy oswoić nieprzyjemną dla nas rzeczywistość.

Mam wrażenie, że im więcej złych i niepasujących do naszego świata rzeczy dzieje się dookoła, tym bardziej nerwowa jest nasza próba rozładowania napięcia śmiechem, przykrycia nieszczęścia szyderstwem. Dzisiaj kondukty pogrzebowe przeniosły się z ulic do sieci, gdzie każdy orszak zamyka grupa internetowych guślarzy, którzy śmiechem i obrazem zachęcają, żeby jeszcze na chwilę zapomnieć o śmierci. Memento mori? Dobry żart!

👻

Marzenia

Sobotni wieczór spędziłem podziwiając start rakiety kosmicznej. Największe wrażenie zrobił na mnie widok płonącej smugi paliwa pchającej pięciuset tonową konstrukcję pionowo w górę. Nawet nie chcę myśleć, ile paliwa zużyto do wystrzelenia takiego potwora w kosmos. Kilka sekund po starcie straciłem resztki nadziei, że moje skrupulatnie realizowane zasady ekologicznej jazdy samochodem na cokolwiek się jeszcze tej planecie przydadzą. Chcąc zneutralizować jeden start takiego Falcona musiałbym chyba do końca życia hamować silnikiem, a potem prosić o to samo swoje dzieci i wnuki.

Wyniesienie ludzi na orbitę skłoniło mnie też do nieco głębszych niż zużycie paliwa przemyśleń, na przykład o ludzkich marzeniach. Loty kosmiczne zawsze kojarzyły mi się z próbą prześcignięcia Boga, z chęcią ominięcia go lewym pasem i pomachania przez szybę. Czytam też, że Międzynarodowa Stacja Kosmiczna miała na celu „spełnienie marzenia o stałym pobycie ludzi w kosmosie” oraz, że do tej pory nie dokonano tam niestety „żadnego przełomowego odkrycia”. Wszystko jasne! Ja też kiedyś marzyłem o stałym pobycie na drzewie i tak powstał mój pierwszy domek na starym dębie. Również niczego nie odkryłem, ale zabawa była przednia. No cóż, jaki budżet, takie marzenia.

W tym miejscu trzeba zacytować klasyka: „Zawsze chciałem mieszkać w domku na drzewie, wtedy nie musiałbym schodzić na Ziemię”. Myślę, że w tym kontekście loty w kosmos to po prostu kontynuacja dziecięcych fantazji w świecie dorosłych. Elon Musk zrobił nam Dzień Dziecka dwa dni wcześniej.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich dużych dzieci w Nibylandii. Wiem, że tam jesteście.

🛰

Nibylandia

Zauważam ostatnio ciekawe zjawisko zakładania psich profilów na Instagramie. Na jednym zdjęciu piesek śpi, na innym się bawi, na trzecim jest smutny, a na czwartym wesoły. Już nie człowiek, a zwierzak staje się bohaterem codzienności.

Nie powinno mnie to właściwie dziwić, bo od dłuższego czasu obserwuję zmianę modelu młodej rodziny z ‘dwa plus jeden’ na ‘dwa plus pies’. Przypomina mi to trochę demonstracyjną wersję gry w rodzica: niby czujemy na sobie odpowiedzialność za żywą istotę, ale jednak wszystkie problematyczne funkcje typu szkoła czy dorastanie są wyłączone. Takie, można powiedzieć, rodzicielstwo w wersji soft.

Myślę też, że kto jak kto, ale akurat moje pokolenie, które połowę dzieciństwa spędziło grając w The Sims powinno być wybitnie przygotowane do założenia rodziny i posiadania potomstwa. Tutaj sprawy mają się dokładnie na odwrót, bo trzydzieści lat to często zbyt młody wiek na stały związek, a co dopiero decyzję o potomku. Najpierw warto sprawdzić się jako administrator psiego profilu, a potem się zobaczy.

Chciałoby się powiedzieć, że młodzi ludzie schodzą na psy(!), ale byłbym tu jednak bardzo ostrożny z krytyką. Tak po prostu wygląda Nibylandia – kraina Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni. Nikt o zdrowych zmysłach nie opuszcza jej na własne życzenie, choć wszyscy wiedzą, że deportacja jest nieunikniona.

🧚‍♀️

FYA

W języku korporacji funkcjonuje znienawidzony przeze mnie zwrot FYA. Trzy niewinne literki oznaczają „for your action”, czyli coś co przetłumaczyłbym jako nieco bardziej elegancką formę od „nikt ci tego nie będzie tłumaczył, domyśl się o co chodzi i łap się za robotę”.

FYA pojawia się najczęściej na samej górze przydługiej i niezrozumiałej korespondencji, którą przełożony przekazuje niżej. FYA nie towarzyszą żadne dodatkowe wyjaśnienia czy wskazówki, zapewne po to, by nie tracić czasu. Nieważne jak, ważne żebyśmy działali. Czas to pieniądz, a więc śpieszmy się, by zarobić jak najwięcej. Zastanowimy się czy to miało sens, jak już będzie gotowe. Wtedy ewentualnie porozmawiamy. Tak mniej więcej wygląda filozofia FYA.

Za każdym razem kiedy widzę maila tego typu zastanawiam się, jaki był sens chodzenia na lekcje polskiego. Na co to całe czytanie Mickiewicza i Słowackiego, nauczanie o środkach stylistycznych i gramatyce. I nie chodzi tu nawet o zachwycanie się jakaś wielką literaturą, ale o zupełnie elementarne zasady; o to, że w języku polskim podstawą komunikacji jest zdanie, czyli wypowiedź z orzeczeniem. No, ale kto ma dzisiaj czas na pokazywanie ludzkiej twarzy?

Myślę, że ta dehumanizacja komunikacji jest najlepszym komentarzem do rzekomego humanizmu naszych czasów.

🤖