Wieczny student

Ktoś powiedział, że człowiek może mówić lub słuchać. Kiedy mówi, to na ogół wyłącznie to, co sam wie. Kiedy słucha, to zawsze ma szansę dowiedzieć się czegoś nowego. Idąc tym tropem zacząłem słuchać wykładów publikowanych w sieci, co uważam za jedno ze swoich ciekawszych odkryć ostatnich tygodni. Słucham wszystkiego bez wyjątku: wykładów historycznych, językowych, medycznych, politycznych. Google podpowiada, że pod hasłem „wykład” możemy znaleźć prawie milion filmów na YouTube. Myślę, że warto czasem rzucić trochę świeżych treści na sita swojej pamięci. A nuż coś zostanie. A jak już zostanie to może i zakiełkuje.

Słuchanie wykładów ma też dla mnie bardzo praktyczną zaletę, mianowicie pracownicy naukowi na ogół nie upraszają się o subskrybowanie ich projektów badawczych. Na nasze szczęście świat nauki jeszcze nie przewalutował się na lajki.

👨‍🎓

Liczby rzymskie, cyfry arabskie

W jednej z internetowych sond ulicznych zapytano o opinię na temat wprowadzenia cyfr arabskich w polskich szkołach. W bogatym wachlarzu odpowiedzi znalazły się stwierdzenia, że to musi być coś strasznego i że w żadnym wypadku nie można pozwalać na wpływy islamistów.

Przypomniałem sobie o tym obserwując pewnego dobrze zbudowanego pana w teatrze, który nerwowo porównywał numer rzędu napisany na bilecie z rzymskimi oznaczeniami na fotelach. Na zmianę liczył rzędy po czym mrużył oczy to na bilet, to na fotel. Zrezygnowany podszedł w końcu do obsługi, która wskazała rząd dziewiętnasty (dwa iksy oddzielone kreseczką). W ten oto sposób został bezboleśnie wyręczony z odpowiedzi na jedyne pytanie, jakie kultura kieruje do odbiorcy jeszcze przed podniesieniem kurtyny.

Swoją drogą zapis rzymski to bardzo elegancki sposób na wstępną weryfikację kompetencji. Osobiście dorzuciłbym jeszcze jakieś proste pytanko przy kasowaniu biletów, typu: czy japoński wojownik to sandacz, mintaj czy samuraj. Może w ten sposób na sale trafiałoby mniej komentujących każda scenę krzykaczy i jaskiniowców.

🔢

Szczęśliwe życie

Recepta na szczęśliwe życie od pewnego lekarza:

1️⃣ Budzisz się i żyjesz – tysiąc osób w Polsce umiera codziennie podczas snu. Warto doceniać każdy dzień i kończyć go w zgodzie z najbliższymi.

2️⃣ Masz pracę, którą lubisz – każdego dnia wychodzisz z domu żeby zrobić coś, co sprawia ci przyjemność. Jesteś zadowolony z miejsca w którym pracujesz. Jeśli nie lubisz swojej pracy to postaraj się ją zmienić.

3️⃣ Pomagasz innym – robisz wszystko to, za co jedyną zapłatą jest słowo „dziękuję”. Duże i małe rzeczy. Znajomym i nieznajomym.

4️⃣ Masz coś, co jest tylko twoje – hobby, zainteresowania, pasje, inspiracje. Coś do czego możesz uciec, kiedy wszystko dookoła się nie układa.

To chyba najlepsza recepta jaką kiedykolwiek dostałem. Przekazuję dalej z najlepszymi życzeniami na kolejny rok! 🎉

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

Houston, mamy problem

Tak sobie myślę, że oglądanie serwisów informacyjnych jest jak prowadzenie samolotu ✈️

Człowiek siada przed ekranem i sprawdza poszczególne parametry. W rogu zazwyczaj znajduje się nazwa stacji i aktualna godzina. Kawałek dalej pasek z krótkim hasłem dotyczącym komentowanego wydarzenia. Jak ważne to na żółto, czarno lub czerwono. Żeby odciążyć widza ekran podzielony jest najczęściej na dwa mniejsze. Na pierwszym widać eksperta, który komentuje to, co dzieje się na drugim. Nierzadko ekran z relacją jest mniejszy niż ten z ekspertem, bo nie od dzisiaj wiadomo, że w telewizyjnej hierarchii opinie stoją dużo wyżej niż fakty.

Dalej mamy mniejszy pasek z wydarzeniami ze świata, czasem pojawiają się też opinie internautów. (Ładne słowo. Coś jak połączenie telewidza i kosmonauty. Internautę wyobrażam sobie jako człowieczka w kapciach dryfującego bezwładnie w otchłani internetowych memów z nieco przerażoną miną). Z boku widzimy także modne ostatnio informacje o pogodzie, smogu i temperaturze w poszczególnych miastach.

I tak siedzę za tymi sterami informacyjnego aeroplanu, chłonę parametry lotu i słucham opinii eksperta. Przez chwilę nawet wydaje mi się, że wiem dokąd jest ten lot, że ten świat ma jakieś cel. A potem okazuje się że to nie ekspert tylko celebryta w okularach, a nasz samolot tak naprawdę płonie i zaraz uderzy o ziemię.

pik, kier, trefl i karo

Masz karty? 🃏

Przyznam, że nie słyszałem tego pytania już od wielu lat. A przecież jeszcze nie tak dawno karty do gry były podstawą każdego wyjazdu. Grało się w Pana, Kuku, Durnia i jeszcze parę innych, których bez Wikipedii nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Była też oczywiście nudna i niekończąca się wojna, gra która w swoim założeniu miała chyba pokazywać bezsens jakichkolwiek konfliktów. Najdłużej przy życiu utrzymał się Poker, ale w tym wypadku źródeł sukcesu upatrywałbym raczej w jego hazardowych odsłonach – w moim przypadku była to jakże emocjonująca gra na zapałki.

Czy nasze wnuki będą grać w karty? Czy w świecie wirtualnej rzeczywistości ktokolwiek będzie zainteresowany emocjami jakie towarzyszą siedzeniu przy stole i wyrzuceniu kolejnych kartoników? Obawiam się, że nie. Co więcej wydaje mi się, że klasyczna talia kart trafi wkrótce do muzeum (zapewne gdzieś w okolice ilustracji przedstawiających grę w toczenie koła), a pik, kier, trefl i karo będą kojarzone raczej z czymś pomiędzy gatunkami koni a fajnymi imionami dla psów.

I tak oto po cichu zakończy się piękna historia klasycznych gier karcianych.

Czerstwe delicje

– Moi drodzy, dziękuję za waszą obecność na dzisiejszym spotkaniu. 👍

Organizacyjnie dodam tylko, że mamy rezerwację na dwie godziny, później z tego co widziałem salę przejmuje Miejski Zespół ds. Rozpraszania Smogu. Mam nadzieję, że uda się nam zmieścić w czasie. No dobrze, to zaczynajmy. Jak już pewnie wiecie po siedmiu latach pracy nasz zespół opuszcza Marylka. Będzie z nami do końca przyszłego miesiąca, natomiast zgodnie z najnowszymi wytycznymi już teraz musimy ustalić kto i w jakim zakresie przejmie jej obowiązki.
– No ale ona nie miała żadnych obowiązków.
– Jak to nie miała obowiązków? To skąd taka ilość nadgodzin?
– Nad tą broszurą o delfinach siedziała kilka miesięcy, ale oficjalnie to nie miała przypisanych projektów.
– Jakich znowu delfinach?
– Długa historia, poza tym projekt ostatecznie i tak trafił do kosza to nawet panu nie mówiliśmy. Totalna klapa. A tak to ja raczej nic nie kojarzę.
– Czyli po siedmiu latach pracy Marylki nie zostało nic co musielibyśmy po niej, no nie wiem, przejąć, dokończyć, sfinalizować?
– No, tak by się to wstępnie prezentowało. Chyba że mówimy o tych delicjach, co zostały po szkoleniu, one są chyba dalej w jej szafce. Podejrzewam, że już dawno czerstwe.
– No to przynieś te delicje, bo co ja wpiszę w protokół? I kawę zabierz. Tym czerstwym na sucho to się przecież podusimy.

Rok liturgiczny przykładnego konsumenta

Ubiegły weekend przeleżałem w hamaku rozciągniętym gdzieś pomiędzy Black Friday a Cyber Monday. 🧘‍♂️

Szczęśliwie udało mi się niczego nie kupić. Z dużą uwagą przyglądałem się natomiast tym wszystkim firmom, które mieniąc się na co dzień jako dbające o środowisko, teraz chaotycznie nawołują do zmasowanych zakupów. Wizz Air wymyślił nawet Pink Monday oferując zniżki na wybrane loty, co w kontekście wciąż popularnego flygskam odbieram jako jasny sygnał, że zysk pozostaje jednak ważniejszy od środowiska.

Z drugiej strony obserwuję z jaką skutecznością reklamodawcy zarządzają naszym kalendarzem wymyślając kolejne święta będące przecież świetną okazją do wydania pieniędzy. Zaczynając od styczniowych promocji na Dzień Babci i Dziadka, przez Walentynki, Dzień Kobiet, promocje urlopowe typu First Minute i Last Minute (do zagospodarowania wciąż pozostaje dość chwytliwe Middle Minute), szkolne promocje we wrześniu, do Black Friday w listopadzie, a skończywszy na grudniowym Mikołaju, Bożym Narodzeniu i Sylwestrze.

Rok wypełniony ciężką konsumencką pracą zupełnie jak w Chłopach Reymonta. Tyle tylko, że żniwa w grudniu

Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.

Panzertante

No i powiedz jak tam się żyje w tym wielkim mieście? 🏢

Podczas każdego rodzinnego zjazdu pada to niezmienne pytanie wypowiadane przez moją kochaną ciocię. Wbrew pozorom pytanie nie jest zaproszeniem do dialogu, lecz czymś co porównałbym do wyrzucenia w moją stronę ręcznego granatu zaczepnego. Eksplozja następuje w ciągu czterech sekund.

– Bo wiesz, bywam ostatnio w twoich okolicach. Jeżdżę teraz na takie szkolenia z dobrej energii, ale nie dzwoniłam, bo straszne mnie tam wymęczyli, wieczorem człowiek już nie ma siły na nic. Okazało się w ogóle, że jestem lekooporna i zupełnie nic na mnie nie działa. No i jedyna nadzieja właśnie w tych zajęciach energetycznych. I powiem ci, że ludzie tak może troszeczkę dziwnie do tego podchodzą, ale ja na przykład codziennie myślę o tym jak jest wspaniale i kawy już nie muszę pić. Co więcej, ta energia się gromadzi wokół mnie i ja ją wam przesyłam każdego dnia. To taki mój rytuał już można powiedzieć. Wiesz, wyszło mi że jestem energetyczną wilczycą, czyli no to taka już poważna rzecz. I powiem ci, że często to pomaga. Ja też siedzę trochę w fększu (transkrypcja fonetyczna – przyp. aut.), czyli jak otoczenie na nas działa. To wszystko powiem ci się łączy, przenika i to jest niesamowite jak pewne rzeczy nam pomagają. Na przykład gdybyś czasem źle się czuł, gorszy nastrój czy coś, bo to te ciemne duszki tak potrafią człowieka przygnębić, to trzeba koniecznie wziąć sól i tak jak stoisz usypać dookoła siebie takie koło. I to ci gwarantuję, że momentalnie siły wracają. Taką zasłonę po prostu tworzysz. A na noc najlepiej stopy solną natrzeć, bo one właśnie od dołu człowieka atakują. No, także to jest temat rzeka. Na przykład jak byś widział, że ktoś ma udar to wystarczy…

W tym miejscu mniej więcej odpływam. Wyobrażam sobie siebie jak przywódcę dywizji pancernej. Tuż przed ostatecznym natarciem na wroga wydaję rozkaz o zatrzymaniu wojsk. Zatrzymać atak – krzyczę przez radiostację. – Dajmy im coś, przed czym nie uchroni ich żaden pancerz. Ciociu, tam za zasiekami są panowie, którzy chcieliby posłuchać o twoich doświadczeniach z medycyną alternatywną. Bierz ich!