Czy plastikowa słomka uratuje świat?

Takie wątpliwości naszły mnie ostatnio kiedy w kolejnej kawiarni przeczytałem, że słomki wydawane są wyłącznie na wyraźne żądanie klienta. (Swoją drogą ciekawe jak obsługa reaguje, gdy o słomkę prosi osoba z zaburzeniami mowy). Z jednej strony rozumiem potrzebę ograniczania plastiku, z drugiej mam wrażenie, że słomka ma tu jedynie charakter symbolu służący do poprawy wizerunku danego miejsca jako „przyjaznego środowisku”.

Spora część tego typu lokali nie ma przecież żadnego problemu z energią zużywaną na zasilanie wiszących na ścianach telewizorów (kto przychodzi do kawiarni oglądać teledyski?) czy energią niezbędną, by noc w noc podświetlać swoje ogromne logo. Pominę nadużywaną niejednokrotnie klimatyzację czy toalety, które potrafią ciec godzinami. Brak słomek zamiast stać się wisienką na torcie działań zgodnych z naturą, stał się listkiem figowym, zza którego wypuszcza się kolejne chmurki CO2.

No cóż, nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wskazanie winnego.

Na siebie

Powiem Wam, że jednym z cichych fenomenów dzisiejszej telewizji jest dla mnie „Jeden z dziesięciu”. Jest to aktualnie chyba jedyny program w pełni oparty na wiedzy uczestników, w którym dla dobrej oglądalności nie trzeba tańczyć, śpiewać czy gotować. Przy tym głosu Tadeusza Sznuka słucha się po prostu z przyjemnością. Co ciekawe, kiedyś takich programów było znacznie więcej, chociażby „Wielka gra”, gdzie obecni byli nawet profesorzy wykłócając się o prawidłowość udzielonych odpowiedzi – vide kantata nr 150 Jana S. Bacha. 🤯

Co mamy dzisiaj? Paradokumenty, talent show i gadające głowy, a więc wszystko to, co wzbudza najprostsze emocje. Czy ktoś mi wytłumaczy, dlaczego miejsce profesora zajmuje dzisiaj mięsny jeż?

Przetwórnia newsów

Macie czasem tak, że chcielibyście poczytać w sieci o czymś ciekawym czy inspirującym, ale szybciutko rozbijacie się o informacyjny bełkot?

Miałem kiedyś przyjemność pracować w przetwórni mięsa, konkretnie w prestiżowym departamencie parówek. Zasada była prosta: dwa wagoniki lodu, jeden wagonik przypraw i trochę mięsa. Wszystko mieliła wielka maszyna, a schłodzoną pulpę upychała w podłużne, foliowe osłonki. Parówki pakowane były następnie do kolorowych woreczków, które wywożono na sprzedaż.

Wszystko wskazuje na to, że niektóre portale wykradły ten pilnie strzeżony know-how. Stały się teraz przetwórniami newsów, które z ochłapów opinii potrafią zrobić informacyjnego steka z kością. Super. Szkoda tylko, że po kolacji z parówek dalej jestem głodny, a po internetowej prasówce nadal nic nie wiem.

Pisz pan książkę!

Od dzieciństwa z każdą książką starałem obchodzić się z szacunkiem, bo każda książka niosła ze sobą określone wartości. Pamiętam czasy, kiedy używane podręczniki kupowało się od starszych kolegów, by po roku przekazać je dalej. Pamiętam też, jak pani ze szkolnej biblioteki przy użyciu taśmy klejącej i nożyczek w skupieniu opatrywała wracające z frontu tytuły, by jak najszybciej przywrócić je do służby. Kolorowe historie w szarych okładach – tak pamiętam ten czas.

Dzisiaj wszyscy piszą książki i to tym chętniej, im mniej kompetencji ku temu posiadają. Księgarskie półki uginają się od sportowych poradników napisanych przez ludzi, który dwa lata temu zeszli z kanapy czy autobiografii coraz mniej znanych i coraz młodszych ludzi. „Pisz pan książkę!” to tytuł jednego z tych białych kruków, który najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierzamy. Szare historie w kolorowych okładkach.

Ktoś powiedział niedawno, że kiedyś potrzebna była odwaga, by książkę napisać, dzisiaj potrzeba odwagi, by książkę przeczytać.

Zamki na piasku

Mam wrażenie, że praca w korporacji jest jak budowa zamku w piaskownicy. Na początku każdy otrzymuje swój kawałek piasku, zestaw foremek i krótką instrukcję użytkownika. Praca odbywa się pod nadzorem starszego piaskowego, a więc człowieka który z piasku potrafi lepić pałace. Gdy jest dobrze – milczy, jeśli karci to tylko na kanapkę: super; jesteś beznadziejny; oby tak dalej! Co jakiś czas zarząd piaskownicy wprowadza nowy proces, którego nikt nie rozumie. W efekcie powstaje makabryczna budowla, do której nikt się nie przyznaje. Niby każdy jest do czegoś przypisany, ale ostatecznie nikt za nic nie odpowiada. Naprzeciw piaskowemu wypaleniu wychodzą nowe atrakcje w Bajowym Lesie oraz coroczne, płomienne przemowy Piaskowego Dziadka. To tutaj mówi się, że kto pod kim dołki kopie, ten wyższe zamki stawia.

Mam dobrą wodę

Stojąc dzisiaj w jednym z supermarketów przed długim i wypełnionym po brzegi regałem z wodą przypomniał mi się fragment Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego:

„Mam dobrą wodę, ze swojej studni. (…) Wiele osób z domków przychodzi do mnie po tę wodę. Nie mogą się nachwalić, co za woda, co za woda. Kto kiedyś chwalił wodę, niech pan sam powie. (…) Bo niektórzy i dla sąsiadów w mieście biorą w prezencie. Do czego to doszło, woda w prezencie. Zwyczajna woda. Pomyślałby pan, że się kiedyś z wodą coś takiego stanie? Powiem panu, to najdokładniejsza miara, co się stało ze światem.”

Bez telefonu

Wyszedłem na spacer bez telefonu i to była jedna z lepszych decyzji w ostatnim czasie. To było jak wyjście z systemu powiadomień i aplikacji, do starego, dobrego świata, jaki pamiętam z dzieciństwa. Świata pustych kieszeni i mnóstwa pomysłów, w którym jeszcze nie tak dawno byłem. Kto i dlaczego mnie z niego wygonił – nie mam pojęcia. Te trzy godziny bez kontaktu pokazały jednak, że świat może kręcić się pod moją nieobecność, a wszelkie problemy w jakiś sposób rozwiązują się same.

Kiedyś marzyłem o własnym telefonie, dzisiaj marzę o czasach, w których miałem takie marzenia.

Ziemio, giń!

Coraz więcej mówi się o niekorzystnym wpływie człowieka na środowisko, emisji dwutlenku węgla i produkcji ogromnej ilości śmieci. Niestety nic z tego nie wynika, bo news o wysychających rzekach wsadzony pomiędzy relację z nudnej konwencji politycznej, a informację o zepsutym tramwaju ogląda się i przyjmuje jak element krajobrazu. Już dwadzieścia lat temu Agent Smith słusznie stwierdził, że rozmnażamy się i konsumujemy zupełnie jak wirus dążący do wyniszczenia organizmu, na którym żeruje. Przyjęcie takiego punktu widzenia powoduje, że czuje się delikatnie mówiąc nieswojo…

Maurycy, co ty tutaj piejesz o siódmej rano?

Byłem ostatnio świadkiem sytuacji, w której jadący w gęstym korku samochód zablokował połowę przejścia dla pieszych. Młode małżeństwo z wózkiem zamiast ominąć pojazd zaczęło napastliwie uderzać dłońmi w tył samochodu wyrażając tym samym dezaprobatę dla bezmyślności kierowcy. Pomyślałem wtedy, że zatraciliśmy gdzieś zdolność do pochłaniania małych, codziennych ciosów. Każda niedogodność musi zostać skomentowana, za każdą akcją idzie nasza reakcja, co w rezultacie prowadzi do absurdów pokroju procesu koguta Maurycego pozwanego o zbyt wczesne pianie. W takich sytuacjach zawsze odsyłać będę do nieśmiertelnej w moim wypadku „Sztuki życia według stoików” Piotra Stankiewicza, a w szczególności zawartych tam nauk Marka Aureliusza. Obu panów gorąco polecam Waszej uwadze.

Mecenasi sztuki zwanej życiem

W aktualnej „Polityce” polecam wywiad z socjolożką Martą Olcoń-Kubicką o tym, jak młodzi zarządzają swoimi finansami: „Mówią o sobie, że są bardzo niezależni, ale po analizie ich budżetów okazywało się, że rodzice do nich regularnie dosypują w różnej formie. W realizacji aspiracji i budowaniu dobrego życia w kapitalizmie przez młodą klasę średnią potrzebne okazuje się wsparcie rodziców”.

Z moich obserwacji dodałbym, że w czasach, gdy w percepcji młodych ludzi studia stały się czasem beztroskiej zabawy, a pierwsza praca wyzyskiem za psie pieniądze, rodzice pozostają ostatnią instytucją, która pozwala na życie godne Instagrama. Rodzice stali się mecenasami sztuki życia swoich dzieci.

„Mama pyta czy chcę jakiś przelew. Mówię: »bardzo proszę«”.

Jarosław Jobs

W USA powstał właśnie algorytm umożliwiający analizę wyroków wydanych przez konkretnych sędziów. W oparciu o sztuczną inteligencję program ten zbiera informacje na temat m.in. języka używanego przez daną osobę czy treści sporządzonych uzasadnień, co umożliwia budowanie argumentacji w sposób najbardziej przemawiający do danego sędziego. Czyżby adwokatów wygłaszających mowy końcowe miały zastąpić programy? Jeśli taka jest przyszłość, to Jarosław Kaczyński odtwarzający w 2013 r. Piotra Glińskiego wprost ze swojego tableta jawi się jako wizjoner cyfrowych mediów. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Druga twarz wujka McDonalda

Ciekawostka z branży reklamowej: W swojej najnowszej reklamie McDonald’s dowodzi, że jedzenie z Maka wcale nim nie jest. Eksperyment polega na sprzedaży burgerów pod przykrywką zwykłego food trucka i badaniu reakcji konsumentów na informację, że oto zjedli burgera spod żółtej litery M. Jakaż przepaść musiała powstać pomiędzy wyobrażeniem o smacznym, rzemieślniczym burgerze a produkowanym taśmowo cheesie. To trochę tak, jakby w środku zimy zasłonić komuś oczy, wywieźć do Wałbrzycha i zapytać o odczucia. „Spoko? No widzisz, a w Wałbrzychu jesteś”.

Życie jest nowelą

Myślę, że najlepszym przykładem, który obrazuje w jak bardzo nieporadnych czasach żyjemy jest skomplikowane prawo podatkowe. Płacimy tak wiele różnych podatków, które kalkulowane są w tak różne sposoby i których obowiązek zapłaty powstaje w tak różnych momentach, że nie sposób odnaleźć się w tym bez pomocy doradcy podatkowego. Co ciekawe, wpływy z podatków redystrybuowane są na tak wiele różnych sposobów, że do ich zbierania i rozdzielania potrzebna jest ogromna administracja. Każdą wpłaconą i wypłaconą złotówkę trzeba przecież odnotować. Przepisy zmieniają się tak szybko, że nie sposób za nimi nadążyć. W tym kontekście powiedzenie, że „życie jest nowelą” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Z jednej strony chwalimy przejrzystość i prostotę, z drugiej wciąż dopisujemy nowe artykuły. Niby latamy w kosmos, a na co dzień wciąż łatamy te same dziury w skarpetach.

Poznaj mojego tatę

Kobiety na początku budowania relacji z nowym mężczyzną lubią wtrącić coś na temat swojego ojca. Ma to bardzo ważną funkcje, bo z jednej strony mówienie o najbliższej rodzinie jest dowodem sporego zaufania, z drugiej wysyła bardzo jasny komunikat pod tytułem: „Wstępnie jestem na tak, ale przed tobą jeszcze drugi etap weryfikacji, który przy niedzielnym obiedzie niby od niechcenia, ale jednak przeprowadzi mój tato Zbyszek”. Google nazywa to uwierzytelnianiem dwuskładnikowym, moja babcia powiedziałaby, że to zdrowy rozsądek. Jakże przydatny w czasach mężczyzn-kameleonów

Ucieczka przed końcem świata

Dzisiaj dojrzałem zawieszony na murze nekrolog Ludzkości informujący, że zginiemy w 2050 r. z powodu globalnego ocieplenia, utraty miejsc zdatnych do zamieszkania, głodu, suszy i wojen. Przystanąłem na chwilę, żeby wczytać się w to osobliwe zawiadomienie, ale zaraz podszedł do mnie chłopak z ulotką HIVE opowiadając o darmowych przejazdach. Mówił, że stanął przy tym plakacie, bo dużo osób tu podchodzi i jemu wtedy łatwiej te ulotki rozdać, bo jak człowiek stoi to raczej nie odmawia. Też wziąłem. To jest właśnie to uczucie, kiedy w odpowiedzi na troskę o zbliżającą się zagładę Ziemi dostajesz darmowe punkty na hulajnogę