Upadek rozrywki

Jedną z niewielu rzeczy, które tak dobrze oddają ducha zmian dzisiejszego świata, jest YouTube. 🎬

W zakładce „Na czasie” zaproponowano mi ostatnio film pod wdzięcznym tytułem „Kto DŁUŻEJ będzie CAŁOWAĆ ŚMIETNIK, wygrywa 10.000 zł”. Tytuł precyzyjnie oddaje fabułę, bo poza całowaniem wielkiego kubła przez grupę chłopaków nie dzieje się w zasadzie nic innego.

Nie wiem czy bardziej zasmucił mnie fakt, że taki film: (i) został zaproponowany mi na podstawie moich preferencji, co odbieram jako osobistą porażkę, (ii) został wyświetlony prawie milion razy (dla porównania przez co drugiego mieszkańca Warszawy), (iii) zebrał prawie 50 tys. lajków (Wejherowo lubi to!). Jeżeli naprawdę tak wygladą rozrywka proponowana u progu trzeciej dekady XXI wieku przez światowego giganta w tej branży, to chyba coś tu jest nie tak.

Qvo vadis munde?!

To ja, mugol z korporacji

Tuż po zaparzeniu porannej kawy dostałem maila z tysiącem załączników i jakże zwięzłą myślą przewodnią mojego przełożonego o treści „ogarnij pls dzis” (pisownia oryginalna). 📩

Spoglądam na nietkniętą kawkę czując jednocześnie, że moje ciśnienie jest już w okolicach górnego C. Równie dobrze mógłbym teraz wrócić do kuchni, przeprosić kilka osób blokujących drogę do zlewu i z uśmiechem wylać kawę. Zamiast tego dopisuję jednak kolejną pozycję do listy.

Koło południa stwierdzam, że czas najwyższy zacząć wczytywać się w załączniki. Już mam otwierać pierwszy z nich, gdy dostaję równie krótkiego maila o treści „zapomnij o tym”.

Zamykam oczy czując rozpierającą radości. Wyobrażam sobie jak mój przełożony podchodzi do mnie ubrany w melonik i czarną pelerynę, celuje we mnie różdżką, mruczy pod nosem zaklęcie zapomnienia, po czym wraca do siebie. Przez ścianę słyszę jego rozmowę: „Tak panie ministrze, to moja wina, przypadkowo przesłałem pana maila do jednego z naszych etatowych mugoli. Tak, pamięć wyczyszczona, ale jak znam życie, to nawet nie raczył otworzyć maila.”

Wracam do rzeczywistości czując jednocześnie lekkie zażenowanie kierunkiem, w którym pobiegły moje myśli. Wzburzony tą wizją otwieram jednak pierwszego Excela, ale szybko stwierdzam, że w istocie jest to dla mnie czarna magia. Usuwam maila czując pewnego rodzaju ulgę, ale i rozczarowanie.

Taki tam, magiczny czwartek w korporacji.

Jak nie utonąć w morzu konsumpcjonizmu

Po raz kolejny sprzątając mieszkanie zapełniłem dwa kartony zupełnie bezużytecznymi rzeczami. 📦

Jakieś notesy, kable, zużyte flamastry, stare filmy na DVD i masę innych równie nieprzydatnych rzeczy. Zacząłem zastanawiać się skąd we mnie to zamiłowanie do gromadzenia. Przecież niczego nie kolekcjonuję, niczego też nie zostawiam na czarną godzinę, przed którą tak bardzo przestrzegał mnie dziadek, a która jakoś nigdy nie chciała nadejść. Nadeszła za to godzina dziadka, który – gdyby to od niego zależało – w ostatnią podróż zabrałby zapewne co bardziej przydatne rzeczy z garażu.

Unikam przecen. Nie biorę darmowych próbek. Pozostaję niewzruszony, jeśli idzie o zachęty do skorzystania z oferty promocyjnej w Empiku. Wszystko, jak widać, na nic. Ale i na to znalazłem sposób. Wszystkie zbędne rzeczy zawożę regularnie na pchli targ, gdzie każdy przedmiot zyskuje nowego właściciela. To jedyne rozwiązanie żeby starym przedmiotom dać nowe życie, a samemu nie zatonąć w zdradliwych wodach konsumpcjonizmu.

I tylko dziadek w grobie się przewraca.

Robimy newsa, jedziemy dalej!

Ostatnio w porannej telewizji natknąłem się na wywiad przeprowadzany znad jeziora Kisajno. 📡

Wywiadu udzielał pracownik WOPR a pytania zadawał telewizyjny prezenter. Całość dotyczyła generalnie akcji ratunkowej, ilości zaangażowanych motorówek i czasu trwania poszukiwań. W pewnym momencie padło pytanie: „Proszę powiedzieć, jaki manewr łodzią wykonał na wodzie Piotr Woźniak-Starak i czy był on niebezpieczny?”.

Przedstawiciel WOPR po raz kolejny zaczął rzeczowo wyjaśniać, że wszak manwer skrętu nie jest nietypowy, jeśli chodzi o pływanie łodzią, ale zawsze należy zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza gdy silniki łodzi mają znaczną moc; zatem: tak, taki manewr może być niebezpieczny.

Czasem odnoszę wrażenie, że telewizyjne busy są jak mobilne punkty przemiału informacji. Przyjeżdzają w miejsce zdarzenia, bez pardonu mielą temat zadając serię pustych pytań i odejeżdżają z piskiem opon w kolejne miejsce. A to wszystko w obliczu ludzkich tragedii.

101 sposobów na obniżenie stresu

Wczoraj wpadła mi w ręce lista 101 sposobów na obniżenie stresu. 💡

Pięć pozycji przykuło moją szczególną uwagę, mianowicie:

  • 44. Wyłącz telefon.
  • 60. Zrób sobie dzień wolny od stymulantów, takich jak kofeina, alkohol i telewizja.
  • 78. Wyloguj się z poczty e-mail.
  • 79. Wyłącz komputer.
  • 81. Zrób sobie przerwę od wiadomości – unikaj informacji w gazetach, telewizji i radiu bądź Internecie.

Patrząc na te rekomendacje dochodzę do wniosku, że należałoby odrzucić (przynajmniej tymczasowo) wszystkie te elementy, które w znacznym stopniu charakteryzują nasz świat, czy świat zachodni ogółem. Trochę to absurdalne, bo z jednej strony stale namawia się nas do kupowania większych telewizorów, szybszego Internetu i nowszych smartfonów, a potem leżąc na kozetce u psychologa dochodzimy do wniosku, że na urlop trzeba wyjechać gdzieś w głuszę, z dala od tych wszystkich rozpraszaczy kupionych w atrakcyjnej cenie. To oczywiście wniosek ogólny i nieco przerysowany, ale czy w istocie nie tak wygląda rzeczywistość?

Na liście jest jeszcze jedna, bardzo wdzięczna i chyba moja ulubiona pozycja:

  • 52. Idź do kafejki, zamów coś do picia i obserwuj, jak świat się zmienia.

Brzmi naiwnie, ale gwarantuję, że działa.

Oszczędzanie w czasach wielosztuk

Znowu sprzedawca spojrzał na mnie jak na głupka, bo nie chciałem kupić dodatkowej coli. Wiem, że jest super promocja i jak kupię dwie, to będzie taniej, ale ja mam tylko jeden żołądek, jedno pragnienie i żadnej torby, żeby nosić te wasze wielosztuki.

Niby bzdurna promocja, ale przy kasie czuję się jak Antygona: przepłacić, ale wyjść z jedną puszką czy kupić dwie lub trzy po normalnej cenie i upychać je gdzieś po kieszeniach. Czego bym nie zrobił i tak wydam więcej, bo nie da się kupić jednej coli w normalnej cenie. To taka ukryta kara za to, że miałem odwagę przyjść i kupić mniej, niż przewidują prognozy sprzedażowe na dany kwartał. W takich chwilach próbuje przełożyć rzeczywistość na realia moich dziadków, których bardzo cenię za zdroworozsądkowe podejście do życia. Nie wiem, co powiedzieliby widząc mnie wracającego od piekarza z trzema bochenkami chleba, ale na pewno nie słowa uznania dla poczynionych przeze mnie oszczędności, o czym próbował zapewniać mnie sprzedawca wciskający mi drugą kolę.

Czasem zastanawiam się co to za świat, w którym nawet oszczędzanie stało się nieopłacalne.

Mięso, wódka i disco polo

Jeśli miałbym jeden wieczór na pokazanie obcokrajowcowi czym w istocie jest Polska, bez wahania zabrałbym go na tradycyjne polskie wesele. 👰

Takie, gdzie do białych koszul z krótkim rękawem nosi się szerokie, kuse krawaty, gdzie spracowane ręce wuja z wąsem odpalają papierosa od papierosa, gdzie na niepijących patrzy się jak na zdrajców ojczyzny, podobnie jak na tych, co nie jedzą mięsa. Zabrałbym go na wesele, na którym płonące półmiski z kotletami podawane są przez kelnerów w ciemnych okularach wbiegających na salę przy dźwiękach motywu z Mission Impossible, których układ choreograficzny nagradzany jest gromkimi brawami i tak już przejedzonych gości. To musiałby być ten typ wesela, gdzie podpity stryj rzuca niewybredne żarty w stronę młodych dziewcząt, a w tańcu łapie w sposób, który wszędzie indziej otagowany zostałby jako #MeToo.

Polskie wesela jak w soczewce pokazują kim jesteśmy i czym żyjemy, jak blisko nam do próżnego obżarstwa i pijaństwa, jak daleko do klasy i dobrego smaku.

Witamy w Polsce, kraju mięsa, wódki i disco polo.

Nadmorskie przemyślenia o gofrach, kiczu i wielkim szczęściu

„Nie, tu na rogu my jedli już wczorej! Jo chcam halibuta!” – krzyknął ktoś za moim uchem, kiedy po raz pierwszy od kilkunastu lat wchodziłem na główną promenadę Władysławowa. Klimat nadmorskiego kurortu pozostał identyczny jak ten, który pamiętam z dzieciństwa. Być może lata przerwy podczas których zdążyłem się trochę zestarzeć spowodowały, że pewne elementy urokliwego krajobrazu odbierałem teraz jako dość mocno przejaskrawione.

Po prawej przy drzewie młody tata z nagim torsem i papierosem w ustach podrzuca synka, który w kapitańskiej czapce przypomina radosnego aniołka podskakującego na chmurce dymu. Z drugiej strony dwóch umięśnionych chłopaków z okularami przeciwsłonecznymi założonymi na potylicę i dziećmi na rękach wpatruje się z zainteresowaniem w tańczących Indian, którzy – jak wywnioskowałem następnego dnia rano – wykonywali taniec deszczu. Wszędzie niekończące się morze kramów, straganów i straganików. Frytki, pizza, ryby, kebab, zapiekanki, gofry, lody włoskie i na gałki. „Numer sto szesnaście, proszę!” – pokrzykują raz po raz młodzi ludzie zza baru wypatrując zmęczonym wzrokiem swoich klientów, którzy w oczekiwaniu na posiłek zagubili się gdzieś pomiędzy magnesami a puzzlami z własnym zdjęciem.

Przechodząc przez ulicę prawie ginę pod kołami elektrycznej hulajnogi, następnie robię unik przed pędzącym hoverboardem, prowadzonym przez siedmiolatka zaaferowanego cieknącym po łokciu lodem. Na plaży mijam kilku młodocianych grabarzy, którzy w duchu wakacyjnej przygody i ku uciesze rodziców kopią coś na kształt rodzinnej kwatery. Znajduję kawałek niezagrodzonej parawanem przestrzeni, rozkładam koc i zasypiam. Ze snu wyrywa mnie sprzedawca kukurydzy i orzeszków w karmelu, który niczym wyznawca Hare Kryszna trwa niestrudzony w swojej nadmorskiej mantrze przemierzając wybrzeże. Oczami wyobraźni widzę, jak w okolicach Rozewia zbiera już całkiem pokaźną grupę wyznawców, którzy w kolorowym pochodzie złożonym z parawanów i pompowanych materacy grają na bębnach i tamburynach.

Wracając przystaję koło stoiska agencji reklamowej, by wysypać piasek z butów. „Zapraszamy na casting, robimy zdjęcie dziecku, jak się spodoba, będziemy dzwonić. Pracujemy dla największych marek.” Po tych słowach widzę jak małemu bosmanowi kończącemu paczkę chipsów zapalają się oczy. Krótka konsultacja z rodzicami, otarcie twarzy z serowego nalotu i błysk flesza – tak oto wyglądają narodziny gwiazdy, pomyślałem. Przyszły ambasador marki Crunchips odchodzi dumnym krokiem w kierunku domku „Do góry nogami”.

Mógłbym tak mnożyć przykłady przaśności i atmosfery jarmarku panującej na naszym wybrzeżu, ale za fasadą kiczu i tandety stoi chyba coś znacznie ważniejszego. Tym czymś jest prawdziwe szczęście rodziców i ich dzieci – szczęście spędzanych wspólnie wakacji, które bez sztucznego pająka czy breloczka z imieniem, nie były by pewnie tymi samymi wakacjami.

Będąc dzieckiem rozumiałem to doskonale.

Brakuje mi dzisiaj księgarni z prawdziwego zdarzenia

Takich, gdzie pytanie o książkę nie powoduje przerażenia i nerwowej ucieczki do komputera. Lubię takie miejsca, gdzie księgarz uśmiecha się pod nosem i bez słowa rusza w stronę odpowiedniego regału. Kiedyś przy takim regale można było jeszcze podyskutować, zapytać od której książki warto rozpocząć przygodę z danym autorem, które tłumaczenie jest najlepsze. Zdarza się to jeszcze w antykwariatach i niektórych nowych księgarniach, w większości jednak pracują nie tyle księgarze, co sprzedawcy książek: „książka jest”, „książki nie ma” – to zazwyczaj ich podstawowy zakres kompetencji. Niby rozumiem, że w księgarni książki mają się sprzedawać, a od dyskutowania na ich temat są fora czy kluby dyskusyjne, niemniej jednak kiedyś te dwie funkcje udawało się z powodzeniem łączyć.

Z książką jest chyba trochę jak z obiadem: można delektować się posiłkiem polecanym przez szefa kuchni dyskutując nad stołem, można na szybko i w ciszy zjeść zapiekankę z przydrożnego baru. Tylko jaki sens ma to drugie?

Niezapisane historie

Trzy lata temu podjąłem się wyjaśnienia pewniej osobliwej historii, która wydarzyła się niemal 100 lat temu. Jedyne czego jestem po tym czasie pewny, to lekkość z jaką niezapisane historie ulatują z miejsc i świadomości.

Skandale, o których kiedyś huczało całe miasteczko, gasną w ciszy razem z ostatnim świadkiem wydarzeń, ponownie przybierając status „nigdy nie było”. Fotografie z tamtych lat potwierdzają sucho istnienie tego czy tamtego człowieka, ale milczą o ich tęsknotach i miłościach. Z powodu braku jakiegokolwiek narratora historie zmuszone są do przejścia z dumnej strefy faktów do obszaru trywialnych domysłów, wzbudzających już tylko łagodne uśmiechy litości.

Niezapisane historie ulatują bezpowrotnie jak puszczony w roztargnieniu dziecięcy balonik z helem. 🎈

Znajdź kształt swojej duszy!

Taką formę pracy nad swoim istnieniem zaproponowała mi jedna z internetowych reklam. W tym celu miałbym kupić notatnik z ćwiczeniami, które podpowiedziałby mi do czego zostałem stworzony. Innymi słowy – gdzie jest ukryty mój moment mocy. W przypadku braku efektów mógłbym również spróbować pracy w ramach „trzyelementowego systemu zamkniętego flow” prezentowanego w trakcie odpłatnego szkolenia. Dla najaktywniejszych uczestników nagroda w postaci książki pisanej aktualnie przez pomysłodawcę projektu z gorącym zapewnieniem, że gdy tylko publikacja ujrzy światło dziennie…

Cóż za bełkot. I pomyśleć, że w tym samym momencie gdy Franky Zapata przelatuje nad La Manche, ktoś inny z wypiekami na twarzy płaci internetowym guślarzom za odnalezienie swojego „duchowego momentum”. Czasem wątpię w ten nasz XXI wiek.

Mały lunch dla człowieka, wielki śmieć dla ludzkości

Odleciałem na tydzień w kosmos. 🚀

No, może nie byłem tam fizycznie, ale decydując się na dietę pudełkową, jadłem jak astronauta. Każdy posiłek zapakowany był w osobne pudełeczko, a wszystkie pudełeczka na dany dzień w kolorową torbę. Świetne rozwiązanie, niestety wbrew moim wyobrażeniom wycieczki do sklepu zostały zastąpione przez wycieczki do śmietnika. Pisał już o tym Mariusz Szczygieł – człowiek, który na orbicie spędził cały miesiąc.

To mały lunch dla człowieka, ale wielki śmieć dla ludzkości, pomyślałem kończąc ostatni pudełkowy posiłek. Przepraszam, wracam na Ziemię.

Sprawny marketing w imię Pana

Czytam sobie, że nie dalej jak w zeszłym tygodniu przechowywana w madryckim klasztorze Wcielenia krew św. Pantaleona znów się upłynniła. 

„Do późnych godzin 27 lipca wierni tłumnie przybywali do klasztornego kościoła, aby zobaczyć to niezwykłe zjawisko i prosić świętego o opiekę.” Okazuje się, że krew pochodzi aż z III wieku i co roku we wspomnienie św. Pantaleona (a więc dokładnie 27 lipca) przybiera płynną postać. „Cały proces można obserwować na ekranach, które są w tym celu umieszczone w kościele.”

Trzeba przyznać, że pośród wielu zastrzeżeń, które można mieć do dzisiejszego Kościoła, nie można mu odmówić sprawnego marketingu. Msze święte online, spowiedź przez Internet, szeroki wachlarz mszy intencyjnych, w tym gregorianki, czyli 30 (!) mszy świętych odprawianych codziennie w intencji zmarłej osoby. Dla najmłodszych parafian system lojalnościowy w postaci karteczek adwentowych. Najlepszym przykładem sukcesu w tej materii jest portugalska Fatima, gdzie w długich kolejkach i na pełnym słońcu dziesiątki wiernych czekają na możliwość wrzucenia do ognia woskowych jelit, pęcherza lub piersi. Pamiętam rozczarowanie w oczach jednego z pielgrzymów, którego ręka roztopiła się w okolicach łokcia tworząc coś na kształt woskowego bajgla.

W Fatimie próżno szukać jednak woskowych miniaturek zdrowego rozsądku, które w intencji wiernych można by wrzucić do pieca.

Cóżeś uczynił, Prometeuszu?

Obserwując kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego stwierdzam, że tym co dzieli nasz kraj, jest ogień.🔥

Może nie tyle sam ogień, co sposób obchodzenia się z nim. Bardzo dobrze pamiętam przejmującą ciszę i łunę światła bijącą ze świeczek zapalanych w styczniu po śmierci Pawła Adamowicza. Całkowicie przeciwny obraz oglądam dzisiaj niemal w tym samym miejscu: przeraźliwe okrzyki młodych mężczyzn, dym i płonące race. Atmosfera bliższa raczej stadionowej zadymie niż honorom oddawanym na ogół w ciszy i zadumie.

Podążając za tą logiką drugiego listopada każdy z nas powinien odpalić racę nad rodzinnym grobem krzycząc coś w stylu: „Babcia, babcia, zajebista babcia!”. No chyba nie tak to się robi.