Nadmorskie przemyślenia o gofrach, kiczu i wielkim szczęściu

„Nie, tu na rogu my jedli już wczorej! Jo chcam halibuta!” – krzyknął ktoś za moim uchem, kiedy po raz pierwszy od kilkunastu lat wchodziłem na główną promenadę Władysławowa. Klimat nadmorskiego kurortu pozostał identyczny jak ten, który pamiętam z dzieciństwa. Być może lata przerwy podczas których zdążyłem się trochę zestarzeć spowodowały, że pewne elementy urokliwego krajobrazu odbierałem teraz jako dość mocno przejaskrawione.

Po prawej przy drzewie młody tata z nagim torsem i papierosem w ustach podrzuca synka, który w kapitańskiej czapce przypomina radosnego aniołka podskakującego na chmurce dymu. Z drugiej strony dwóch umięśnionych chłopaków z okularami przeciwsłonecznymi założonymi na potylicę i dziećmi na rękach wpatruje się z zainteresowaniem w tańczących Indian, którzy – jak wywnioskowałem następnego dnia rano – wykonywali taniec deszczu. Wszędzie niekończące się morze kramów, straganów i straganików. Frytki, pizza, ryby, kebab, zapiekanki, gofry, lody włoskie i na gałki. „Numer sto szesnaście, proszę!” – pokrzykują raz po raz młodzi ludzie zza baru wypatrując zmęczonym wzrokiem swoich klientów, którzy w oczekiwaniu na posiłek zagubili się gdzieś pomiędzy magnesami a puzzlami z własnym zdjęciem.

Przechodząc przez ulicę prawie ginę pod kołami elektrycznej hulajnogi, następnie robię unik przed pędzącym hoverboardem, prowadzonym przez siedmiolatka zaaferowanego cieknącym po łokciu lodem. Na plaży mijam kilku młodocianych grabarzy, którzy w duchu wakacyjnej przygody i ku uciesze rodziców kopią coś na kształt rodzinnej kwatery. Znajduję kawałek niezagrodzonej parawanem przestrzeni, rozkładam koc i zasypiam. Ze snu wyrywa mnie sprzedawca kukurydzy i orzeszków w karmelu, który niczym wyznawca Hare Kryszna trwa niestrudzony w swojej nadmorskiej mantrze przemierzając wybrzeże. Oczami wyobraźni widzę, jak w okolicach Rozewia zbiera już całkiem pokaźną grupę wyznawców, którzy w kolorowym pochodzie złożonym z parawanów i pompowanych materacy grają na bębnach i tamburynach.

Wracając przystaję koło stoiska agencji reklamowej, by wysypać piasek z butów. „Zapraszamy na casting, robimy zdjęcie dziecku, jak się spodoba, będziemy dzwonić. Pracujemy dla największych marek.” Po tych słowach widzę jak małemu bosmanowi kończącemu paczkę chipsów zapalają się oczy. Krótka konsultacja z rodzicami, otarcie twarzy z serowego nalotu i błysk flesza – tak oto wyglądają narodziny gwiazdy, pomyślałem. Przyszły ambasador marki Crunchips odchodzi dumnym krokiem w kierunku domku „Do góry nogami”.

Mógłbym tak mnożyć przykłady przaśności i atmosfery jarmarku panującej na naszym wybrzeżu, ale za fasadą kiczu i tandety stoi chyba coś znacznie ważniejszego. Tym czymś jest prawdziwe szczęście rodziców i ich dzieci – szczęście spędzanych wspólnie wakacji, które bez sztucznego pająka czy breloczka z imieniem, nie były by pewnie tymi samymi wakacjami.

Będąc dzieckiem rozumiałem to doskonale.