Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Standard pięciu gniazdek

Bezustannie dyskutujemy o odnawialnych źródłach energii, rosnących cenach prądu i wszystkim tym, co powinniśmy zmienić, żeby zapewnić odpowiednią podaż prądu. Jakoś nikt szczególnie nie chce zabrać się za drugą stronę tej układanki, czyli próbę ograniczenia naszego zapotrzebowania na energię.

Policzyłem ostatnio ilu gniazdek elektrycznych potrzebuję do życia. Wyszło pięć: router, lodówka, pralka i komputer, które wpięte są na stałe, a okresowo także ładowarka do telefonu albo nocna lampka. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę wspomnienia z dzieciństwa u dziadków, gdzie jeden kontakt przypadał na jeden pokój, uważam, że całkiem sporo. Przekładając tę matematyczną prawidłowość na standard życia, należałoby uznać, że żyję w pięciokrotnie wyższym standardzie niż moi dziadkowie: standardzie pięciu gniazdek. Teza taka brzmi co najmniej intrygująco.

Wydawałoby się też, że skoro z codziennych zajęć wyręcza mnie aż pięć urządzeń to powinienem mieć zdecydowanie więcej czasu niż kiedyś. Tu akurat tendencja jest dokładnie odwrotna, co uważam za kolejny argument za tym, że świat staje na głowie. Pytanie, czy energia z wiatraków wystarczy, by powstrzymać tę nienaturalną pozycję przed upadkiem.

🔌

Wielkie jest czekanie

W robieniu zdjęć z wakacji zatoczyłem ogromne koło i ponownie znalazłem się tam, gdzie byłem mając jakieś osiem lat. Wtedy na wszelkie wyjazdy zabierałem mały analogowy aparat wyposażony w trzydzieści sześć klatek, które należało starannie rozłożyć na wszystkie dni wyjazdu. Niedługo potem modne stały się aparaty cyfrowe wyparte ostatecznie przez smartfony. W efekcie z każdych ostatnich wakacji przywoziłem na kartach pamięci setki zdjęć, z których żadne nie dostąpiło zaszczytu wydrukowania i umieszczenia w albumie. Absurd sytuacji uświadomiła mi dopiero reklama aplikacji umożliwiającej usuwanie duplikatów zdjęć zrobionych w takiej samej scenerii, bo przecież zawsze robi się kilka, żeby móc potem „coś wybrać”.

Ostatnio wróciłem do aparatu analogowego i uważam to za świetne rozwiązanie. Ograniczony długością kliszy nie fotografuję już wszystkiego, co widzę, co powoduje z kolei, że na wakacjach jestem przede wszystkim turystą, a nie archiwistą. Każde zdjęcie wymaga chwili namysłu, przyjrzenia się scenerii i wyczekania na odpowiedni moment do uruchomienia migawki. Najbardziej podoba mi się jednak fakt, że – wbrew powszechnym dzisiaj tendencjom – fotografii analogowej nie możemy mieć tu i teraz. Możliwość obejrzenia zdjęć wymaga cierpliwości. Tej samej zresztą, której kiedyś wymagało oczekiwanie na kartkę czy list od przyjaciela. Sztuka czekania stała się jakoś dziwnie niemodna.

🕰

Wieczny student

Ktoś powiedział, że człowiek może mówić lub słuchać. Kiedy mówi, to na ogół wyłącznie to, co sam wie. Kiedy słucha, to zawsze ma szansę dowiedzieć się czegoś nowego. Idąc tym tropem zacząłem słuchać wykładów publikowanych w sieci, co uważam za jedno ze swoich ciekawszych odkryć ostatnich tygodni. Słucham wszystkiego bez wyjątku: wykładów historycznych, językowych, medycznych, politycznych. Google podpowiada, że pod hasłem „wykład” możemy znaleźć prawie milion filmów na YouTube. Myślę, że warto czasem rzucić trochę świeżych treści na sita swojej pamięci. A nuż coś zostanie. A jak już zostanie to może i zakiełkuje.

Słuchanie wykładów ma też dla mnie bardzo praktyczną zaletę, mianowicie pracownicy naukowi na ogół nie upraszają się o subskrybowanie ich projektów badawczych. Na nasze szczęście świat nauki jeszcze nie przewalutował się na lajki.

👨‍🎓

Liczby rzymskie, cyfry arabskie

W jednej z internetowych sond ulicznych zapytano o opinię na temat wprowadzenia cyfr arabskich w polskich szkołach. W bogatym wachlarzu odpowiedzi znalazły się stwierdzenia, że to musi być coś strasznego i że w żadnym wypadku nie można pozwalać na wpływy islamistów.

Przypomniałem sobie o tym obserwując pewnego dobrze zbudowanego pana w teatrze, który nerwowo porównywał numer rzędu napisany na bilecie z rzymskimi oznaczeniami na fotelach. Na zmianę liczył rzędy po czym mrużył oczy to na bilet, to na fotel. Zrezygnowany podszedł w końcu do obsługi, która wskazała rząd dziewiętnasty (dwa iksy oddzielone kreseczką). W ten oto sposób został bezboleśnie wyręczony z odpowiedzi na jedyne pytanie, jakie kultura kieruje do odbiorcy jeszcze przed podniesieniem kurtyny.

Swoją drogą zapis rzymski to bardzo elegancki sposób na wstępną weryfikację kompetencji. Osobiście dorzuciłbym jeszcze jakieś proste pytanko przy kasowaniu biletów, typu: czy japoński wojownik to sandacz, mintaj czy samuraj. Może w ten sposób na sale trafiałoby mniej komentujących każda scenę krzykaczy i jaskiniowców.

🔢

Szczęśliwe życie

Recepta na szczęśliwe życie od pewnego lekarza:

1️⃣ Budzisz się i żyjesz – tysiąc osób w Polsce umiera codziennie podczas snu. Warto doceniać każdy dzień i kończyć go w zgodzie z najbliższymi.

2️⃣ Masz pracę, którą lubisz – każdego dnia wychodzisz z domu żeby zrobić coś, co sprawia ci przyjemność. Jesteś zadowolony z miejsca w którym pracujesz. Jeśli nie lubisz swojej pracy to postaraj się ją zmienić.

3️⃣ Pomagasz innym – robisz wszystko to, za co jedyną zapłatą jest słowo „dziękuję”. Duże i małe rzeczy. Znajomym i nieznajomym.

4️⃣ Masz coś, co jest tylko twoje – hobby, zainteresowania, pasje, inspiracje. Coś do czego możesz uciec, kiedy wszystko dookoła się nie układa.

To chyba najlepsza recepta jaką kiedykolwiek dostałem. Przekazuję dalej z najlepszymi życzeniami na kolejny rok! 🎉

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

Houston, mamy problem

Tak sobie myślę, że oglądanie serwisów informacyjnych jest jak prowadzenie samolotu ✈️

Człowiek siada przed ekranem i sprawdza poszczególne parametry. W rogu zazwyczaj znajduje się nazwa stacji i aktualna godzina. Kawałek dalej pasek z krótkim hasłem dotyczącym komentowanego wydarzenia. Jak ważne to na żółto, czarno lub czerwono. Żeby odciążyć widza ekran podzielony jest najczęściej na dwa mniejsze. Na pierwszym widać eksperta, który komentuje to, co dzieje się na drugim. Nierzadko ekran z relacją jest mniejszy niż ten z ekspertem, bo nie od dzisiaj wiadomo, że w telewizyjnej hierarchii opinie stoją dużo wyżej niż fakty.

Dalej mamy mniejszy pasek z wydarzeniami ze świata, czasem pojawiają się też opinie internautów. (Ładne słowo. Coś jak połączenie telewidza i kosmonauty. Internautę wyobrażam sobie jako człowieczka w kapciach dryfującego bezwładnie w otchłani internetowych memów z nieco przerażoną miną). Z boku widzimy także modne ostatnio informacje o pogodzie, smogu i temperaturze w poszczególnych miastach.

I tak siedzę za tymi sterami informacyjnego aeroplanu, chłonę parametry lotu i słucham opinii eksperta. Przez chwilę nawet wydaje mi się, że wiem dokąd jest ten lot, że ten świat ma jakieś cel. A potem okazuje się że to nie ekspert tylko celebryta w okularach, a nasz samolot tak naprawdę płonie i zaraz uderzy o ziemię.

pik, kier, trefl i karo

Masz karty? 🃏

Przyznam, że nie słyszałem tego pytania już od wielu lat. A przecież jeszcze nie tak dawno karty do gry były podstawą każdego wyjazdu. Grało się w Pana, Kuku, Durnia i jeszcze parę innych, których bez Wikipedii nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Była też oczywiście nudna i niekończąca się wojna, gra która w swoim założeniu miała chyba pokazywać bezsens jakichkolwiek konfliktów. Najdłużej przy życiu utrzymał się Poker, ale w tym wypadku źródeł sukcesu upatrywałbym raczej w jego hazardowych odsłonach – w moim przypadku była to jakże emocjonująca gra na zapałki.

Czy nasze wnuki będą grać w karty? Czy w świecie wirtualnej rzeczywistości ktokolwiek będzie zainteresowany emocjami jakie towarzyszą siedzeniu przy stole i wyrzuceniu kolejnych kartoników? Obawiam się, że nie. Co więcej wydaje mi się, że klasyczna talia kart trafi wkrótce do muzeum (zapewne gdzieś w okolice ilustracji przedstawiających grę w toczenie koła), a pik, kier, trefl i karo będą kojarzone raczej z czymś pomiędzy gatunkami koni a fajnymi imionami dla psów.

I tak oto po cichu zakończy się piękna historia klasycznych gier karcianych.

Czerstwe delicje

– Moi drodzy, dziękuję za waszą obecność na dzisiejszym spotkaniu. 👍

Organizacyjnie dodam tylko, że mamy rezerwację na dwie godziny, później z tego co widziałem salę przejmuje Miejski Zespół ds. Rozpraszania Smogu. Mam nadzieję, że uda się nam zmieścić w czasie. No dobrze, to zaczynajmy. Jak już pewnie wiecie po siedmiu latach pracy nasz zespół opuszcza Marylka. Będzie z nami do końca przyszłego miesiąca, natomiast zgodnie z najnowszymi wytycznymi już teraz musimy ustalić kto i w jakim zakresie przejmie jej obowiązki.
– No ale ona nie miała żadnych obowiązków.
– Jak to nie miała obowiązków? To skąd taka ilość nadgodzin?
– Nad tą broszurą o delfinach siedziała kilka miesięcy, ale oficjalnie to nie miała przypisanych projektów.
– Jakich znowu delfinach?
– Długa historia, poza tym projekt ostatecznie i tak trafił do kosza to nawet panu nie mówiliśmy. Totalna klapa. A tak to ja raczej nic nie kojarzę.
– Czyli po siedmiu latach pracy Marylki nie zostało nic co musielibyśmy po niej, no nie wiem, przejąć, dokończyć, sfinalizować?
– No, tak by się to wstępnie prezentowało. Chyba że mówimy o tych delicjach, co zostały po szkoleniu, one są chyba dalej w jej szafce. Podejrzewam, że już dawno czerstwe.
– No to przynieś te delicje, bo co ja wpiszę w protokół? I kawę zabierz. Tym czerstwym na sucho to się przecież podusimy.