Książki kupuję, nie wypożyczam. Niestety

Mam trochę problem z kupowaniem książek 📖

Z jednej strony bardzo lubię odwiedzać księgarnie, przeglądać półki z nowościami, pytać o nowe i stare tytuły, na końcu wracać do domu z nową książką i po prostu czytać. Z drugiej mam świadomość, że poza kilkoma ulubionymi pozycjami do większość książek nie będę wracać tak często i po przeczytaniu nie będą mi raczej szczególnie potrzebne.

Próbowałem przerzucić się na czytanie książek z bibliotek, ale tu pojawiły się dwie zasadnicze przeszkody: Po pierwsze, o ile nie ma problemu z dostępnością starych tytułów, o tyle o nowe pozycje trzeba walczyć z szybkością i zaangażowaniem godnym maklera giełdowego przy jednoczesnej niemałej wiedzy na temat zasad działania systemu. A te, mam wrażenie, są zupełnie inne dla każdej biblioteki – zasady rezerwacji, przedłużenia, kolejka oczekujących, katalog centralny, katalog lokalny, itd. Na szczęście jest pani Danusia, która potrafi pomóc, kiedy skończą mi się już pomysły na prawidłowe wypełnienie rewersu.

Po drugie, odwiedzając bibliotekę zawsze staram się wypożyczać kilka tytułów na raz i nie zawsze jestem w stanie zwrócić je na czas. W konsekwencji chcąc wypożyczyć kolejne książki muszę uregulować karę ze przetrzymanie poprzednich tytułów. Panie z wypożyczalni w takich sytuacjach zachęcają mnie do zrobienia prolongaty, ale jakoś mam wrażenie, że może ktoś właśnie czeka na moją książkę i przedłużając termin zwrotu sprawię mu przykrość. Posiadanie książki na własność jest pod tym względem bardzo wygodne.

Tak sobie myślę, że są pewne rzeczy na których nie warto oszczędzać, a jedną z nich są kupione na własność książki. Coś czuję, że szybko nie zrezygnuję z tej przyjemności.

PS Pani Danusiu, jeśli pani czyta ten wpis, to obiecuję, że do końca tygodnia oddam resztę książek i ureguluję zaległości. Pozdrawiam!

Polska plakatowa

W tym roku polską złotą jesień zepsuły mi twarze z plakatów 🍁

Przejeżdżając przez kolejne miasta i miasteczka obserwowałem rozmach, z jakim nasz kraj został obwieszony plakatami wyborczymi. Przez dłuższy czas zastanawiałem się jaki sens ma zawieszanie jedenastego plakatu obok dziesięciu innych. Czy ktoś to czyta? Równie dobrze mógłbym zawiesić tam swój mały billboardzik z uniesionym kciukiem i hasłem w stylu „Nigdzie się nie wybieram!”. Myślę, nikt nie zwróciłby na to uwagi.

Po co zatem kandydaci tak bardzo chcą zaistnieć w naszej przestrzeni? Jaki przekaz niosą ich wyretuszowane twarze, skoro na plakatach nie ma żadnej informacji o tym, co zrobili lub co zamierzają zrobić jako nasi przedstawiciele? Mamy głosować na najlepszy uśmiech czy może na najśmieszniejsze nazwisko? Smutne to i cyniczne.

Mam tylko nadzieję, że po wyborach wszystkie te plandeki znikną z naszych płotów i trafią do schronisk dla zwierząt jako ochrona przed deszczem. To chyba jedyny sposób by politycy okazali się do czegoś przydatni. Chociaż podobno schroniska plakatów już nie przyjmują. Widać zwierzaki też mają dosyć.

Pokolenie Y w drodze na Mount Everest

Kolejny milenials spada ze ściany 🧗🏻‍♀️

Żyjemy w globalnej wiosce. Miejscu, w którym bez problemu możemy śledzić ludzi sukcesu. Ci którym się udało, zapewniają nas, że wszystko zależy od motywacji, ciężkiej pracy i poświęcenia. Wtórują im wszelkiej maści trenerzy biznesu i kołczowie od samorozwoju.

W tym wszystkim pojawia się moje pokolenie – ludzi pewnych siebie, zmotywowanych, przekonanych o swojej wyjątkowości, z biografią Steva Jobsa w plecaku. Dla części z nich sukces staje się obsesją, tym większą im dłużej się nie pojawia. Przecież wszyscy mówią, że wystarczy marzyć!

W ostatnim czasie obserwuję sytuacje, gdzie wspólne życiowe wyprawy dwójki ludzi zamieniają się w dramatyczny atak szczytowy jednej z nich. Silna potrzeba sukcesu sprzyja decyzji o porzuceniu bazy, tym samym ciężaru jakim w drodze na szczyt okazuje się partner. I być może wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że każda wspinaczka ma jednak wiele niepewnych chwytów. W takiej sytuacji odpadnięcie od skały bez asekuracji drugiej osoby może na długo przesłonić marzenia o zdobywaniu szczytów.

Życie w czasach postprawdy

Żyjemy w czasach jakiegoś przedziwnego, informacyjnego echa 🙉

Takie mam spostrzeżenia po obejrzeniu kilku wieczornych wiadomości. Nie od dzisiaj wiadomo, że media manipulują przekazem, ale odwoływanie się w materiale do anonimowych wpisów na Twitterze czy opinii z internetowego forum jest po prostu zuchwałym pogwałceniem podstawowych zasad dziennikarstwa. Idąc tym tropem można w zasadzie stworzyć dowolny obraz świata, w tym także w wymiarze politycznym. Wystarczy kilka wymyślonych cytatów.

Zaskakujące jest również to, że bliżej niezidentyfikowane opinie prezentowane są na równi z komentarzami osób publicznych, co w odbiorze przeciętnego widza zaciera granicę pomiędzy prawda a fikcją. W przeświadczeniu pozostaje zatem mocny, emocjonalny przekaz uwierzytelniony twarzą znanej osoby.

Taki komunikacyjny szum może wydawać się nieszkodliwy w przypadku, kiedy jest się tego świadomym. Obawiam się jednak, że wiele osób wsłuchuje się mimowolnie w echa wykreowanych opinii. W konsekwencji dochodzi do sytuacji, w której z pełnym przekonaniem gotowi są bronić stanowiska, że białe jest czarne, a czarne białe.

Smutne i przerażające.

Minotaur z galerii handlowej

Szczerze nie lubię galerii handlowych 🛍

Zawsze kiedy muszę odwiedzić centrum handlowe robię to z dużą niechęcią. Tłok, hałas, głośna muzyka i rozpylane przez speców od marketingu zapachy powodują, że po dwudziestu minutach czuję się po prostu wyczerpany zakupami.

Może nie byłbym tak negatywnie nastawiony, gdyby nie fakt, że dzisiejsze galerie przybrały rozmiary wielkich labiryntów, z których wyjście bez zawiązanej uprzednio przy wyjściu nici może okazać się niemożliwe. Raz nawet pewna starsza pani poprosiła mnie o odprowadzenie do wyjścia, co z zadowoleniem uczyniłem czując się jak Wawrzyniec Żuławski ratujący w Tatrach piękne turystki, które pochłonięte urokiem gór gubiły szlaki. No, powiedzmy, że tak się czułem.

W galeriach jest jednak rzecz, która zawsze poprawia mi humor. Są to mianowicie znużeni trwaniem na posterunku i snujący się leniwie po piętrach ochroniarze w butach o przetartych do łysego podeszwach, którym przy każdym kroku noga zakroczna rozjeżdża się trochę do tyłu. Mijając te poślizgowe grupy interwencyjne nachodzą mnie obawy, czy w przypadku ataku terrorystycznego ci biedacy uwierzą w to, co widzą, a jeśli tak to czy dadzą radę doczłapać na czas do wyjścia.

Dzielny mały toster, czyli historia o wyrzucaniu dobrych rzeczy

Pamiętam z dzieciństwa bajkę pod wdzięcznym tytułem „Dzielny mały toster” z 1987 roku. 📼

Bajka opowiada historię porzuconego tostera, radia, lampki, kocyka elektrycznego i odkurzacza, którzy postanawiają opuścić domek w górach i odnaleźć swojego właściciela. W jednej ze scen – dzisiaj dużo bardziej dla mnie czytelnej – stare urządzenia trafiają do miasta, gdzie najnowsza generacja sprzętów AGD śpiewa radosną piosenkę o ich końcu, po czym wyrzuca całą piątkę na śmietnik.

Dlatego o tym piszę? Bo to jedna z ładniejszych metafor naszego podejścia do przedmiotów codziennego użytku. Dzisiaj rzeczywiście niczego się nie naprawia. Dużo łatwiej jest wyrzucić i kupić nowe, tym bardziej, że reklamy nowych produktów atakują nas z każdej strony. A szkoda, bo z doświadczenia wiem, że nic nie daje tak dużej satysfakcji jak ulubione radio, któremu sprawny elektryk nadał drugie życie. Mam nadzieję, że chociaż w ten sposób udało mi się pokrzyżować plany sprzedażowe wielkich sieci dystrybuujących elektronikę.

A co najważniejsze, nie uważam, żeby stary telefon czy komputer miał być powodem do wstydu, jak chcieliby niektórzy miłośnicy nowych technologii. Zobaczcie „Dzielnego małego tostera”, gwarantuję, że zmienicie zdanie!

Spadające gwiazdy na medialnym niebie

A dobra, pochwalę się: Ostatnio przejrzałem najnowszy numer „Party. Życie gwiazd” i nie rozpoznałem ani jednej gwiazdy.✨

Tu w zasadzie mógłbym zakończyć swoją myśl, niemniej należy się Wam parę słów wyjaśnienia. Otóż jeszcze parę lat temu mając w ręce tego typu wydawnictwo, byłbym w stanie określić, że ta pani z dzieckiem to chyba aktora filmowa, a tamten pan to pewnie muzyk. Teraz czuję się jak – przepraszam za trudne słowo – prozopagnostyk, który widzi, ale nie poznaje.

Nie mam pewności czy wynika to z mojej ignorancji, czy może bardziej z faktu, że niektóre gwiazdy, szczególnie te nowe, błyszczą na medialnym niebie trochę na siłę. Zapalają się, by za chwilę zgasnąć. A po nich przychodzą kolejne. I kolejne. I wciąż jest wielu astronomów gotowych śledzić ich losy.

Co tytuł panie, to kapiszon!

Wie pan, dużo tych takich troli jest, fake newsów. 🌪

Takie słowa usłyszałem od pewnego starszego pana, z którym miałem okazję dzielić stolik w kawiarni. Z rezygnacją zamknął klapę swojego sfatygowanego laptopa przesuwając go na brzeg stołu. Poprawił się na krześle, po czym zwrócił w moją stronę.

– Wchodzę proszę pana na informacje – ciągnął dalej zawiedziony – widzę po nagłówku, że niecodzienna sprawa, czytam, a tam panie zupełnie inna tematyka. Wojna w tytule, a czytasz pan, że wojny nie ma. Człowiek umiera, a tam ani słowa o chorobie. Co tytuł panie, to kapiszon.

– To są proszę pana takie klikbajty. – odpowiadam krótko.

Starszy pan zamilkł. Pociągnął spory łyk kawy nie odrywając ode mnie wzorku. Uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie przemówiłem do niego w zupełnie niezrozumiałym języku, ale postanowiłem nie korygować błędu. Pracowałem dalej nad swoim Excelem.

– Pan też już na ich stronę przeszedłeś? – rzucił w końcu – Dziękuję bardzo! Niczego się już człowiek dzisiaj nie dowie. Żegnam!

Schował laptopa do reklamówki, stojąc dopił kawę, po czym szybkim krokiem wyszedł na ulicę.

Pomyślałem wtedy, że miał jednak sporo racji.

Za co kocham Tatry

Siedząc w Murowańcu obserwuję ulewę i myślę o rzeczach, za które kocham nasze Tatry. ⛰

Przede wszystkim za pozdrowienia i bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy w dobie Internetu wciąż pozostają najlepszym źródłem informacji. O drodze, o warunkach na szalaku, o tym czy „daleko jeszcze?”. W końcu znów rozmawiamy! Zupełnie jak za czasów Kasprowicza czy Przerwy-Tetmajera.

W drugiej kolejności za cudowne widoki i długie szlaki, które pozwalają wyprostować najbardziej kręte myśli. Następnie za szarlotkę w Murowańcu i wspólne budowanie wież z kubków po piwie w Piątce. Za walkę o gniazdka i poranne debaty o pogodzie.

W końcu za solidne lekcje szacunku do gór. A to doceniam dopiero, gdy zupełnie bezpieczny popijam ciepłą herbatę w schronisku i obserwuję helikopter wracający gdzieś z znad Orlej Perci.

Puste boiska, jako znak naszych czasów

W miejscu skąd pochodzę jest małe wiejskie boisko, w czasach podstawówki nasz główny punkt spotkań sportowo-towarzyskich. ⚽️

Od wczesnej wiosny do później jesieni graliśmy tam zawzięcie w piłkę, często do późnego wieczora. Kto miał rower, objeżdżał znajomych wołając ich na mecz, często też twardo negocjując czas wypożyczenia zawodnika z menadżerem klubu (czytaj: z mamą). Z pewnym rozżaleniem przyznam, że wielka gra nigdy nie była moim udziałem, bo z racji na słabą kondycję i grube kości zawsze stałem na bramce. Z tamtych czasów zapamiętałem dwie komendy: najpierw padało „Gruby, wyjdź na niego!” (to w sytuacji, gdy przeciwnik przebił się przez defensywę i szarżował wprost na moją bramkę), a zaraz po tym „Gruby, broń coś!” (kiedy piłka wpadała do siatki, a wpadała często). W zasadzie puszczałem wszystko jak leci, ale mimo wszystko grałem. Byłem jednym z nich i to było najlepsze!

Dzisiaj biegając już dla przyjemności mijam nasze stare boisko. Od kilku lat nie widziałem tam żywego człowieka, a przetarcia w polu karnym, które doskonale pamiętam, zarosły piękną, zieloną trawą.

Wygląda na to, że aplikacje na telefon już tak wiernie oddają grę w piłkę, że nie ma sensu organizować chłopaków i fatygować się na boisko