Wieża kontroli lotów

Na temat jednego dnia trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że był dobry lub zły. Niewiele można powiedzieć też o tygodniu, który poza tym, że grupuje dni w siódemki, sam w sobie jest zbyt krótki, by poddać go szerszej ocenie. Tygodnie są na ogół męczące; często mówi się: „jak to dobrze, że ten tydzień już się kończy”. Niestety za nim przychodzi kolejny, dokładnie taki sam jeśli idzie o czas, który będziemy mieć do dyspozycji.

Trochę więcej można powiedzieć natomiast o miesiącu, który jest pewnego rodzaju łącznikiem pomiędzy rutyną rozciągniętą od poniedziałku do niedzieli, a szerszą perspektywą całego roku. Dopiero posłużenie się miesiącem jako jednostką czasu daje możliwość w miarę sprawnego nawigowania po niedawnej przeszłości i najbliższej przyszłości. Zarówno wszelkie podsumowania jak i plany, jeśli budować je na bazie dni czy tygodni, wydają się jakoś śmieszne małe. Powagi nadaje dopiero miesiąc jako najmniejszy fragment czasu dostrzegalny z perspektywy całego życia. To właśnie z powagi miesięcy buduje się majestat mijających lat (tak chętnie podsumowywanych ostatniego dnia roku), z lat natomiast tworzą się dekady, których w życiu przeciętnego człowieka jest mniej więcej tyle, co dni w tygodniu. Jeśli przyjąć tę optykę to u mnie jest już środa wieczór, a wciąż jakby tęsknię za wtorkiem.

Bywa, że zastanawiam się, jak pokierować tym wielkim, rozciągniętym w czasie jak miech akordeonu monstrum nazywanym życiem. W jaki sposób, dysponując zaledwie kilkunastoma godzinami w ciągu całego dnia, ukierunkować ten rozlewający się latami potok decyzji i wydarzeń, tak aby efekt końcowy były chociaż w minimalnym stopniu zadowalający. Czuję się przy tym jak pilot samolotu, któremu kazano lądować w zupełnej mgle na nieznanym lotnisku. Ale przecież i to jest możliwe, o ile ma się dobrego nawigatora. I chyba o to w tym wszystkim chodzi: o doświadczonego człowieka, który skoryguje lot w nieznane i sprowadzi bezpiecznie na ziemię.

Myślę, że warto jak najszybciej odnaleźć taką osobę, bo jak pisała Wisława Szymborska, „życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie”. Na końcu i tak trzeba będzie gdzieś lądować.

🛬

Przypis do starożytności

Podsłuchałem ostatnio rozmowę, w której młoda kobieta opisywała sposób, w jaki poradziła sobie z przeciwnościami losu. Cała historia sprowadzała się do zastosowania koncepcji dwóch kół Coveya, czyli podzieleniu rzeczywistości na obszar, który możemy zmienić i ten, na który wpływu nie mamy.

Zabrzmiało znajomo, więc usiadłem do komputera, żeby doczytać o rewolucyjnej koncepcji dwóch kół. Na pierwszej stronie dowiaduję się, że jest to „jedno z najstarszych ćwiczeń coachingowych”, a „jako pierwszy pisał o nim już w 1989 roku Stephen Covey”. Cała koncepcja sprowadza się do zalecenia, by nie zadręczać się rzeczami, na które nie mamy wpływu i skupić na tym, co realnie możemy zmienić.

Nasuwa się pytanie, gdzie w owej wspaniałej koncepcji jest odniesienie do stoików, a więc myślicieli, którzy dokładnie takie same tezy (choć w zdecydowanie mniej trywialny sposób) zaprezentowali jednak dobrą chwilę przed nastaniem roku 1989, przykładowo Marek Aureliusz („Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi”) czy Lucjusz Anneusz Seneka („Nawet jeśli inni zajmą miejsce w pierwszej linii, a ciebie los rzuci między żołnierzy trzeciego szeregu, walcz także stamtąd głosem, zachętą, przykładem, odwagą”). Czy nie wypadałoby chociaż zaznaczyć, że takie głosy pojawiały się już w przeszłości? Pewnie tak, tylko wtedy podpisanie książki swoim nazwiskiem mogłoby nie być tak oczywiste. Szkoda, że nawet w obszarze idei nasz świat stał się maszynką do mielenia i przemalowywania na złoty kolor.

W gruncie rzeczy cała ta nasza nowoczesność to tylko marny przypis do starożytności.

🏛

Intelektualne Bieszczady

W tym roku rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Dokładnie tak! Zawsze o tym mówiłem, ale jakoś nigdy nie mogłem się zdecydować. Człowiek gniecie się tanimi liniami, żeby zobaczyć czy hotel na drugim końcu świata wygląda tak jak w katalogu, podczas kiedy u nas jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia. Koniec z twardą turystyką i drinkami obcych mocarstw na „all excuse me”! Pora wstać z turystycznych kolan!

Bieszczady mają tę wielką zaletę, że nie wymagają wielkiego planowania. Nie trzeba sprawdzać ważności paszportu, załatwiać wizy, wymieniać waluty czy kupować specjalnego ubezpieczenia. Odpada cały ten stres związany z perfekcyjnym zaplanowaniem wyjazdu, tak żeby nie pominąć żadnej z kluczowych atrakcji i nie wyjść na durnia przez znajomymi. No bo jak wytłumaczyć się z turystycznego faux pas, że będąc w Egipcie nie widziało się piramid. Skandal! W tym wypadku hasło „Bieszczady” idealnie nadaje się do ucięcia wszelkich spekulacji na temat planów wyjazdowych. Bieszczady to Bieszczady – czego nie rozumiesz?

Wiem też, że nie jestem jedyny, który w dobie pandemii wybiera się w polskie góry. Można nawet powiedzieć, że jestem już wewnętrznie przygotowany na ewentualny small talk z sąsiadem lub kolegą z pracy, którego zapewne spotkam na szlaku lub w kolejce po gofra. Już sam fakt tego, że spotykamy się w tym, a nie innym miejscu, będzie bardzo wymowny; kto wie, być może przywitamy się jedynie uniesieniem słomkowych kapeluszy, gdyż wszelkie rozmowy czy wyjaśnienia będą po prostu zbędne. I tak właśnie wyobrażam sobie Bieszczady: jako stan zupełnej swobody umysłu i wewnętrznej równowagi. Polska Mekka dla wyznawców spokoju.

Do zobaczenia na szlaku. Albo w kolejce po gofra.

Siedzę na ławeczce na mojej ulicy

Lubię czasem usiąść w okolicach przystanku i obserwować odjeżdżające tramwaje. Co jakiś czas przyjeżdża wagon z siedzącymi w rzędzie ludźmi, przystaje na krótko, by za chwilę ruszyć dalej. Każdy z pasażerów wiezie w swojej reklamówce przemyśleń jakiś cel podróży; znany tylko sobie sens tej całej wycieczki. Przyglądam się i wymyślam powody, dla których wszyscy oni siedzą teraz z głową przy szybie czekając na swój przystanek. Zdarzają się twarze, których wyraz pozwala zajrzeć naprawdę głęboko do torby.

Obserwacje z perspektywy mojej ławeczki są bardzo przyjemne. Nie wymagają przede wszystkim wchodzenia w ten specyficzny miejski przeciąg, gdzie podmuchy czasu potrafią zrywać czapki z głów. To takie swego rodzaju „chapeau bas”, ukłon podziwu skierowany w stronę ulotności chwili. Bo jak inaczej określić sytuację, kiedy z powodu awarii torowiska minuty zaczynają nagle upływać dwa razy szybciej?

Ławeczka nie daje się ująć w żadną z trzech kategorii, według których uporządkowaliśmy sobie życie, czyli: przed czasem, o czasie i po czasie. Raz postawiona, stoi i nigdy się nie spóźnia, co w dzisiejszych czasach (!) jest niewątpliwe jej sporą zaletą. A w tramwaju? Nawet odległości między przystankami podaje się w minutach, zupełnie tak jakby odległość fizyczna, mierzona w metrach, niewiele już człowiekowi mówiła. Czym jest godzina spędzona w tramwaju? Powiedziałbym, że dokładnie trzema dwudziestominutowymi biletami skasowanymi na czas.

Stanisław Sojka śpiewa: „Siedzę na ławeczce i na nic nie czekam. Siedzę na ławeczce i patrzę”. To chyba najlepszy komentarz do naszego wiecznie spóźnionego świata. Oczywiście o ile w kontekście wieczności można mówić o jakimkolwiek spóźnieniu.

🚋

Niepolityczna sobota

Przyznam, że z pewnym rozczarowaniem przyjąłem informację, że nie będziemy mieć dzisiaj ciszy wyborczej. Przy całej absurdalności sytuacji, w której cisza ta miałaby obowiązywać przed wyborami, których ostatecznie nie będzie, myślę, że taki precedens mógłby dać początek regularnemu zakazowi wypowiadania się na tematy polityczne w określone dni tygodnia.

Mamy już niedziele bez handlu, dlaczego nie wprowadzić sobót bez polityki? Naród z pewnością doceniłby miły gest władzy, która w drodze ustawy mogłaby na jeden dzień uwolnić społeczeństwo od bredni wypowiadanych z jednej i drugiej strony. W taki dzień wszystkie serwisy informacyjne przechodziłyby od razu do pogody, a nadwyżka czasu antenowego zostałaby wykorzystana na programy kulturalne. Niepolityczna sobota odchamiałaby zatem obywatela z podwójną siłą. Z kolei sami politycy mieliby możliwość dogłębnego przemyślenia tego, co w ciągu dnia ślina naniosła na język. Być może brak możliwości opluwania ową śliną zmusiłby ich do jej przełknięcia i poczucia gorzkiego smaku swoich naprędce wygłaszanych opinii. Niestety, okazja na małe święto narodowe uciekła nam sprzed nosa.

Jako dziecko sądziłem, że świat dorosłych jest przemyślany i ułożony. Dzisiaj wiem, że jest jak z Mrożka.

🤩

Merytoryczny cep

Człowiek przedinternetowy mógł nie wiedzieć. Mógł pozwolić sobie na wzruszenie ramionami i szczere „nie wiem”. Słowa te padały spontanicznie, nikt nie nosił przecież encyklopedii w teczce. Niewiedza była naturalna, a człowiek na niej przyłapany raczej bezbronny.

Człowiek internetowy wie wszystko. Dokładniej mówiąc wie wszystko o wszystkim i o każdej porze. Właścicielowi smartfona nie wypada nie wiedzieć. Nieważne, że to wiedza łapana na szybko, sczytywana kątem oka z małego ekranu pomiędzy jednym a drugim przystankiem. Nieważne, że bez źródła, bez przypisu. Brzmi jak „fakt autentyczny” więc musi być prawdą. Poza tym kto ma dzisiaj czas na weryfikowanie źródeł? Chyba tylko krenolodzy.

Liczy się czas i siła. Informacja ma być raczej szybka i przytłaczająca niż prawdziwa i precyzyjna. Jak ostrzał z artylerii. Człowiek internetowy doskonale wie też, że w każdej plotce jest ziarno prawdy, które trzeba zasiać dalej. Łyka wiec trzy pierwsze wyniki z Google’a i pokrzepiwszy się niczym dobrą wódka, gotów jest ruszyć w chaotyczny bój na argumenty. Walki o rację nie wygrywa się przecież odkrytą piersią faktów. Tu potrzeba merytorycznego cepa.

📣

Pandemia na wynos

Naprzemienne zamrażanie i rozmrażanie gospodarki skutkuje wykształceniem się bardzo ciekawych postaw wśród małych firm. Jedni ograniczają możliwość płacenia wyłącznie do karty, inni tylko do gotówki. Pierwszych zachęca do tego zapewne konieczność zachowania dystansu społecznego, dla drugich ważniejsze jest natomiast utrzymanie odpowiednio dystansu wobec służb celno-skarbowych. Przyjęcie zapłaty na konto podczas zakazu może oznaczać, że dystans ten raptownie się zmniejszy.

Najbardziej zaciekawiła mnie jednak informacja wywieszona na jednej z mijanych przeze mnie sklepowych witryn, głosząca że: „płatność niemożliwa wyłącznie kartą”. Zatrzymałem się na chwilę, by pokontemplować ten przewrotny komunikat. Czyli jeśli mam ze sobą tylko kartę, to nic nie kupię? A jak będę mieć kartę i 10 zł, to zrobię zakupy? Skoro nie można wyłącznie kartą, to może można wyłącznie gotówką? To nie dało się napisać prościej? Wróciłbym i dopytał, ale sklep zamknięto do odwołania. Chyba nie tylko mnie nie przekonał ten odwrócony frontem do klienta przekaz.

Podobnie ma się rzecz z opracowanym na potrzeby pandemii sposobem podawania pizzy: niby na miejscu, ale jednak w kartonie. W przypadku kontroli zawsze można klientowi zamknąć wieko i wciskając nerwowo płaszczyk poinformować, że klient ten właśnie wychodził. No cóż, może kiedyś z sentymentem będziemy wspominać czasy, w których jedzenie na miejscu było nie na miejscu, a określenie „na wynos” znaczyło mniej więcej tyle, co „wynocha”. I bardzo dobrze! Póki co, w tym całym szaleństwie humor to jedyne skuteczne lekarstwo.

🍕

Uwaga, uśmiech!

Przed długi czas myślałem, że ludzie dzielą się na dobrych i złych z natury. Ostatnio dochodzę do wniosku, że podział przebiega jednak według innego kryterium, mianowicie według tego, ile w człowieku zdolności do wyrażania dobra.

Czasem miewam wrażenie, że sfera uczuć niektórych ludzi zapisana została po chińsku. Ludzie ci próbują przekazać swoją serdeczność w bardzo niezrozumiały sposób, mylą pojęcia, wykonują dziwne akrobacje językowe, zdają się na swoją intuicję, która akurat w tym wypadku prowadzi donikąd. Są jak dziecko zgubione przez rodziców na zagranicznej wycieczce. Próbują przekazać coś ważnego, ale nikt nie jest w stanie ich zrozumieć.

Na szczęście zawsze można dogadać się na migi. W tym wypadku bardzo pomocny okazuje się uśmiech, który uważam za najlepszy nośnik ludzkiej życzliwości. Uśmiechanie się nie wymaga przecież szczególnych kompetencji, wyższych studiów czy jakichkolwiek kursów. Bywa za to najprostszą metodą płatności za to, czego nie da się wycenić. Jest komunikatem rozumianym wszędzie i przez wszystkich. Jest w końcu czymś w rodzaju oliwy dla naszych zacierających się czasem międzyludzkich mechanizmów. I nie mówię tu o najpopularniejszym emotikonie wstawianym na końcu zdania z grobową miną, ale prawdziwym ludzkim uśmiechu.

Myślę więc, że nie ma ludzi złych, są ewentualnie tacy, do których nikt się nigdy nie uśmiechał.

😁

Stany pośrednie

Świat wymaga dzisiaj natychmiastowych efektów. Proszek musi od razu spierać plamę, płyn natychmiast usuwać tłuszcz, tabletka precyzyjnie identyfikować źródło bólu, najlepiej już na etapie wyjmowania z pudełka. Dietom stawia się najwyżej siedmiodniowe ultimatum, a efekty odżywek i past do zębów mają być widoczne już po pierwszym użyciu.

Podobnie bywa z nami. Wypada być wysoko wydajnym i efektywnym, najlepiej z perspektywą szybkiego awansu. Warto też regularnie zmieniać samochód – nieważne, że aktualny ma się nieźle. W duchu szybkiego rozwoju warto też jak najszybciej wyprowadzić się na swoje; przecież nieruchomość to najlepsza inwestycja, jak można tego nie rozumieć. Człowiek zdolny życiowo, to człowiek zdolny kredytowo. Cały czas do przodu. Cały czas szybciej, wyżej, silniej.

Każdy kto grał kiedyś w The Sims, wie ile radości daje odkrywanie kolejnych elementów wyposażenia domu. Wstawienie jacuzzi do salonu to było wydarzenie. Oczywiście wcześniej trzeba było znaleźć wirtualną pracę i zarobić wirtualną walutę. Grałem tygodniami, dopóki ktoś nie pokazał mi kodu na pieniądze. Przez chwilę było fajnie, mimo wszystko szybko zatęskniłem za stopniowym odkrywaniem tych wszystkich gadżetów. Gra się skończyła, wypaliła się w ciągu dwóch dni.

Babcia zawsze powtarzała, żeby się nie śpieszyć z jedzeniem, bo człowiek nawet nie zdąży poczuć smaku. Ale kto by tam patrzył na smak, kiedy wokół tyle rzeczy do spróbowania.

📊

Człowiek renesansu

Wspaniałe to czasy, w których każdy z nas ma możliwość sięgania po fachową wiedzę bez wychodzenia z domu. A tej dostarczają liczne kursy online prześcigające się w zaspokajaniu naszych potrzeb.

Przyznam, że dopiero niedawno odkryłem, jak wielu rzeczy powinienem się jeszcze nauczyć, a przynajmniej przejść w tym zakresie podstawowe szkolenie. Myślę, że najlepiej byłoby zacząć od kursu w stylu pożegnaj prokrastynację, bo to przecież ona jest źródłem wszelkich moich problemów i niepowodzeń. Nie moje lenistwo, wrodzona niechęć do pracy, nieróbstwo i próżniactwo, ale właśnie owa wstrętna prokrastynacja. Dobrze, że ktoś w końcu nazwał rzeczy po imieniu.

Potem wybrałbym się na kurs zarządzania sobą w czasie; kto wie, może da się zarządzić tak, żeby być w dwóch miejscach jednocześnie. Następie parę wykładów z dobrych nawyków, które po kursie wyrabiać będę szybciej niż ciasto drożdżowe, na koniec z kolei ćwiczenia z bycia zwycięzcą. Umiejętnie zarządziwszy sobą w czasie zdążyłbym jeszcze na kurs kończenia z nadmiarem, gdzie poznałbym sekret niezagracania swojej przestrzeni. Kurs kończy się egzaminem, w którym uczestnik musi wyjść z błędnego koła: chcę – kupuję – zagracam – kupuję dalej.

Przyznam, że marzy mi się jeszcze kurs szybkiego zapinania rzepów w adidasach, ale może zostawię sobie to na przyszły rok. Człowiecza doskonałość winna być bowiem wykuwana w skupieniu i cierpliwości.

👨‍💼

Czarujący świat książek

Lubię odczytywać czasy, w których żyjemy przez pryzmat naszego podejścia do pewnych rzeczy. Jedną z nich jest sposób przeprowadzania wywiadów z pisarzami. Na starych nagraniach, możliwych do obejrzenia jeszcze na YouTubie, widoczny jest bardzo silny dokumentalny rys. Autor siedzi w swoim fotelu, w tle regalik z książkami, pod szyją ulubiony sweterek. Przeprowadzający wywiad chowa się gdzieś za kamerą, by ta mogła uchwycić każdą emocję rysującą się na twarzy snującego swoją opowieść autora.

Dzisiaj książkę przynosi się do byle programu jak upieczone w gości ciasto. Gospodarz kartkuje dzieło wzdychając nad ilością stron, której nie był w stanie podołać. Mówi, że zestarzał się w połowie lektury. Schowany w rogu didżej odpala wtedy jakiś wesoły dżingiel, zapraszając publiczność do wspólnego śmiechu. W kulturze niedoczasu długie teksty nie zasługują przecież na nic innego niż szczery śmiech. Padają pytania o to jak należy tytułować autora i czy już osiągnął pierwsze miejsce na liście bestsellerów. Poważniejsze wypowiedzi owija się zawsze kokardką infantylizmu tak, by program nie stracił nawet na chwilę na prostocie i rozrywkowym charakterze. Pisarz, niby tłusty kot, rozciąga się na kanapie grzejąc w promieniach medialnej uwagi.

Dla mnie w porządku; widzę tę różnicę. Są pisarze piszący książki, są przedsiębiorcy liczący zyski ze sprzedaży produktów. Jedni spotykają się w zaciszach bibliotek, inni skaczą jak pajacyki na telewizyjnych sznurkach. Taki zawód. Szkoda tylko, że w ten sposób w oczach przeciętnego czytelnika budujemy nieprawdziwy obraz dobrej książki, a także obraz samego autora. Pisarze nie są przecież z reguły celebrytami, kolorowe okładki nie świadczą o wartościowej treści, a ustawienie książki na regale zatytułowanym TOP10 czy pokazanie jej w telewizji śniadaniowej nie czyni jej najlepszą. Warto pamiętać, że znaczenie słowa „bestseller” utrzymane jest przecież w głęboko handlowej tonacji.

Nigdy nie miałem wątpliwości, że świat książek potrafi być czarujący, ale promocyjne gusła, które odprawiają nad nami wydawcy, bywają czasem totalnie mugolskie.

🧙‍♀️

Lot nad Atlantykiem

Zauważyłem, że w czasie izolacji wiele osób powraca do robótek ręcznych, puzzli, kolorowania i innych rzeczy, na które dawno straciliśmy czas. Ciekawe, że to co kiedyś było zupełnie naturalne, powróciło nie tak dawno jako nowe remedium na stres i nadmiar bodźców. I teraz pięknie wkomponowuje się w nasze puste godziny.

Pamiętam, jak w dzieciństwie wyciągałem spod łóżka wielki karton klocków LEGO i rozsypywałem je na podłogę tworząc ogromny ocean malutkich części. Następnie uzbrojony jedynie w swoją wyobraźnię wzbijałem się w przestworza dziwnych projektów wypatrując z uwagą potrzebnych elementów. To było coś, co mógłbym porównać do samotnego lotu nad spokojną taflą Atlantyku w długie, słoneczne popołudnie. Tak właśnie opisałbym dzieciństwo – jako czas, w którym skupienie się na jednej rzeczy było czymś oczywistym i zupełnie naturalnym. Nie wiem czy tamten świat był lepszy od tego dzisiejszego, ale z pewnością oferował dużo więcej czasu.

Dobrze jest wyłączyć na chwilę autopilota i siąść za sterami swojego czasu. W piątek bywa to szczególnie ważne!

🛩

Pomiędzy sztuką a sztuczką

Jakiś czas temu w ramach wspierania kultury z legalnego źródła wybrałem się do kina na Psy 3. Trzydzieści złotych, które zostawiłem w kasie, nie uchroniło mnie jednak przed subtelnym policzkiem, który producent filmu wymierzył mi i reszcie widzów mniej więcej w połowie seansu prezentując na ekranie wielką paczkę kawy promującą „partnera” filmu. Jak później doczytałem, firma ta „od wielu lat jest mecenasem polskiej sztuki”.

Co to za sztuka, która bez pardonu atakuje odbiorcę reklamowym przekazem? Wyobrażacie sobie Ostatnią Wieczerzę da Vinci, w której Jezus dyskretnie reklamuje chlebek z lokalnej piekarni? Albo Panny z Awinionu pozujące z maszynkami do golenia dla kobiet? Nie wiem, co w tej sytuacji jest gorsze: czy to, że producent zamienia sztukę filmową w sztuczkę marketingową, czy to że my jako widzowie przyjmujemy takie rozwiązania jako normę, dając tym samym przyzwolenie na tę podprogową indoktrynację. Widocznie uważa się nas za zbyt mało rozgarniętych, aby stając przed sklepową półką dokonać prawidłowego wyboru. Wplatanie reklamy w film, za który żąda się pieniędzy, jest w mojej ocenie po prostu nieuczciwe.

Granica tolerancji przeciętnego konsumenta w kwestii reklamy od lat przesuwana jest niestety w stronę absurdu. Jaki obraz rzeczywistości się z tego wyłania? A no taki, że przy wjeździe do Zakopanego wita nas Mariusz Pudzianowski, ambasador polskiej blachodachówki, swoisty stalowy dyplomata bez teki. W telewizji oglądamy natomiast Zygmunta Hajzera, którego nikt nie kojarzy już jako radiowca czy dziennikarza, ale jako gościa od proszku do prania. I żeby było jasne – nie tego, który sam sprzedaje. Podobnie rzecz ma się z Magdą Gessler, która promując suplement diety wspierający trawienie daje świadectwo historycznej prawdzie, iż każda rewolucja pożera własne dzieci. I słowo pożera nie jest tu bynajmniej przypadkowe. Obrazu dopełnia Edyta Herbuś, która w nieco starej, ale jakże zmysłowej reklamie środka przeciwko stonce uwodzi insekta erotycznym tańcem przy wtórze afrykańskich bębnów (gorąco polecam Waszej uwadze tę kapitalną kompozycję).

Wszystko to byłoby pewnie do przełknięcia, gdyby dziwne pomysły agencji reklamowych spotykały się ze zdecydowaną reakcją odbiorców. Ale skoro nikogo nie razi już zestawienie brutalnej kreacji Bogusława Lindy z zalewanym cappuccino, to chyba nie ma o czym rozmawiać. Oto jak w prosty sposób można utopić kultowe kino w filiżance kawy.

🤹‍♀️

Biegiem przez miasto

Jako entuzjasta korzyści wynikających z biegania od lat biorę udział w mniejszych i większych imprezach sportowych, niestety z roku na rok zawody organizowane w dużych miastach coraz mniej mi się podobają. Wygląda na to, że z uwagi na przeniesienie wielu imprez na późniejszy termin, jesienią czeka nas prawdziwa kumulacja biegowej szarańczy.

Zauważyłem, że ostatnio imprezy sportowe opierają się głównie na haśle, że oto X tysięcy uczestników pobiegnie jednocześnie ulicami miasta Y. I tutaj kończy się pozytywny przekaz. Organizatorzy niekoniecznie dodają, że w związku z tym w przydrożne trawniki trafi Z plastikowych folii po żelach, a z powodu utrudnień mieszkańcy owego miasta stracą łącznie Q godzin w korkach. Sam mijając kiedyś pięć uziemionych tramwajów pełnych ludzi czułem spore zakłopotanie, że to ja i moja wątpliwa forma mają w tym wypadku pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Czując ich wzrok na sobie dotarło do mnie, że wylane asfaltem i zanieczyszczone centrum miasta nie jest chyba najlepszym miejscem, w którym należałoby testować swoją tężyznę fizyczną, natomiast miasta mają możliwość promowania się na tysiąc innych sposobów, z pewnością mniej uciążliwych dla mieszkańców. Banery reklamujące każdą większą imprezę przypominają mozaikę sponsorów, podczas gdy realny koszt całej zabawy ponoszą ci, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

Kiedy przeszło dziesięć lat temu zaczynałem biegać nie robiłem tego dla wyników i medali, a dla przyjemności i zdrowia. Myślę, że najwyższa pora wrócić do tego modelu. Nie widzę potrzeby, aby z powodu moich sportowych kaprysów konieczne było paraliżowanie połowy miasta.

🥇

Świecące prostokąty

Zajrzałem dzisiaj do statystyk mojego smartfona. Okazało się, że codziennie spędzam niemal trzy godziny wpatrując się w jego ekran. Przyznam, że trochę mnie to przytłoczyło, bo to mniej więcej tak, jakby każdego dnia siódma wieczorem stawała się nagle dziesiątą. Chyba właśnie w tym czasie mam największą tendencję do zaginania czasoprzestrzeni. Okazuje się, że telefon zasysa moją uwagę z siłą samolotowej toalety, przenosi ją w jakieś dziwne miejsce, a potem niezdatną do użytku wypluwa gdzieś nad ranem. Niby odpoczynek, ale solidne ogarnięcie internetów bywa bardzo męczące.

W tym wszystkim lubię wracać do czasów kiedy telefony nie robiły jeszcze zdjęć, za to miały guziki i dużą szklaną obudowę, w której należało się zamknąć na czas rozmowy. Człowiek miał kartę dwudziestkę piątkę i musiał się ostro streszczać. Za sukces postrzegałem sytuację, w której to ja, a nie automat, decydowałem o momencie, w których należy zakończyć rozmowę. A ta odbywała się jedynie w czasie rzeczywistym. Nie dało się komuś wygadać i liczyć, że odsłucha to sobie w wolnej chwili. Żyło się tu i teraz.

A dzisiaj? Żyjemy trochę tu i trochę tam. Niby teraz, ale jak się nie uda, to można jutro. Jeśli moje prawdziwe życie nagle utknęło w kolejce do lekarza, to przerzucę się na to drugie, bo tam zawsze coś się dzieje. Kiedyś wracając ze spaceru po prostu przychodziłem do domu; dzisiaj wracam i sprawdzam, co mnie w tym czasie ominęło. Najczęściej okazuje się, że nic, nic specjalnego, albo nic w ogóle, ale dziwna potrzeba musi zostać zaspokojona. Może to porównanie nie będzie na miejscu, ale był taki jeden, co też próbował walczyć na dwa fronty za niecały miesiąc będziemy świętować rocznicę jego porażki.

W najbliższym czasie polecam chociaż na chwilę odpuścić świat wirtualny i skupić się na tym, co prawdziwe, co nie znika razem z zasięgiem Wi-Fi. Wszystkiego dobrego na Wielkanoc!

📲