Świecące prostokąty

Zajrzałem dzisiaj do statystyk mojego smartfona. Okazało się, że codziennie spędzam niemal trzy godziny wpatrując się w jego ekran. Przyznam, że trochę mnie to przytłoczyło, bo to mniej więcej tak, jakby każdego dnia siódma wieczorem stawała się nagle dziesiątą. Chyba właśnie w tym czasie mam największą tendencję do zaginania czasoprzestrzeni. Okazuje się, że telefon zasysa moją uwagę z siłą samolotowej toalety, przenosi ją w jakieś dziwne miejsce, a potem niezdatną do użytku wypluwa gdzieś nad ranem. Niby odpoczynek, ale solidne ogarnięcie internetów bywa bardzo męczące.

W tym wszystkim lubię wracać do czasów kiedy telefony nie robiły jeszcze zdjęć, za to miały guziki i dużą szklaną obudowę, w której należało się zamknąć na czas rozmowy. Człowiek miał kartę dwudziestkę piątkę i musiał się ostro streszczać. Za sukces postrzegałem sytuację, w której to ja, a nie automat, decydowałem o momencie, w których należy zakończyć rozmowę. A ta odbywała się jedynie w czasie rzeczywistym. Nie dało się komuś wygadać i liczyć, że odsłucha to sobie w wolnej chwili. Żyło się tu i teraz.

A dzisiaj? Żyjemy trochę tu i trochę tam. Niby teraz, ale jak się nie uda, to można jutro. Jeśli moje prawdziwe życie nagle utknęło w kolejce do lekarza, to przerzucę się na to drugie, bo tam zawsze coś się dzieje. Kiedyś wracając ze spaceru po prostu przychodziłem do domu; dzisiaj wracam i sprawdzam, co mnie w tym czasie ominęło. Najczęściej okazuje się, że nic, nic specjalnego, albo nic w ogóle, ale dziwna potrzeba musi zostać zaspokojona. Może to porównanie nie będzie na miejscu, ale był taki jeden, co też próbował walczyć na dwa fronty za niecały miesiąc będziemy świętować rocznicę jego porażki.

W najbliższym czasie polecam chociaż na chwilę odpuścić świat wirtualny i skupić się na tym, co prawdziwe, co nie znika razem z zasięgiem Wi-Fi. Wszystkiego dobrego na Wielkanoc!

📲

Na pół gwizdka

Wszystko tak jakoś nagle wyhamowało. Zauważam u siebie coraz większe ilości wolnego czasu i coraz więcej niezapisanych stron w kalendarzu. W zeszłym roku miałem tyle spraw, że kajet na dwa tysiące dwadzieścia musiałem kupić jeszcze w listopadzie. To też trochę zakrawa na absurd, że człowiek wszędzie nosił tę tekturę i zanim cokolwiek zdecydował, to musiał się z tym tałatajstwem porozkładać i głęboko zastanowić, czy ma na cokolwiek czas. A teraz bardzo proszę, każdy termin jest tak samo idealny.

Równie przydatny jest teraz mój super zegarek z funkcją międzynarodowego czasu atomowego uchodzącego za najdokładniejszy na świecie. Dzięki niemu wiem, że przenosząc się o dziesiątej na kanapę, ryzyko spóźnienia się ograniczone zostaje do jednej sekundy pojawiającej się raz na sto trzydzieści osiem milionów lat. Są pewne rzeczy, na które po prostu nie wypada się spóźniać. Narożnik w salonie jest jedną z nich.

I tak sobie właśnie funkcjonuję w warunkach czasowego rozluźnienia. Nie wiem jak długo to potrwa, ale wiem, że tego właśnie potrzebowałem. Oderwania się od kalendarzy, zegarków, terminów, budzików i alertów. Teraz mogę na to wszystko nagwizdać. I to też na spokojnie – najlepiej na pół gwizdka.

🧘‍♂️

Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️

Suszone liście, suszone grzyby

Zesłany przymusowo na towarzyski Sybir rozmyślam ostatnio o cechach odróżniających od siebie kolejne pokolenia. Ciekawym kryterium, które pozwala bezbłędnie zidentyfikować osoby urodzone po roku 2000 jest moim zdaniem jakakolwiek szersza znajomość rodzajów grzybów i gatunków drzew. Przyznam, że sam nigdy nie błyszczałem wiedzą zgromadzoną w tej materii, natomiast w porównaniu do młodszych roczników myślę, że spokojnie mógłbym zostać grzybiarskim guru z fakultetem w zakresie suszenia liści. Jakże abstrakcyjnie w dobie TikToka musiałby brzmieć opowieści o robionych offline zielnikach.

Myślę jednak, że każde pokolenie ma jakiś swój zielnik. To najmłodsze zamieniło po prostu tradycyjny klaser na smarftona, a zamiast liści kolekcjonuje ikony aplikacji. Jeśli więc hasło mleczaj rydz wywołuje w tobie więcej entuzjazmu niż Soundcloud czy Musical.ly to znaczy, że świat poszedł o krok dalej, a ty prawdopodobnie nie jesteś już w jego avant garde. I nawet największe oburzanie na ignorancję kolejnych pokoleń nie zmieni tej sytuację ani o jotę.

Powyższe pokazuje jednak dwie bardzo ciekawe rzeczy: po pierwsze, że jako ludzie zaczynami odklejać się od świata fizycznego na rzecz tego wirtualnego, po drugie że coraz większą ufność pokładamy nie we własnej wiedzy i doświadczeniu, a w bajtach i serwerach, które (jeśli działają prawidłowo) dają nam złudne poczucie wszechwiedzy. Opuszczeni przez wujka Google mamy jednak sporą tendencję do popadania w ciemnotę, co w najlepszym wypadku może zakończyć się – pozostając w leśnej tonacji – płukaniem żołądka. Ale spokojnie, jak tylko wróci Internet będziemy mieć na tę okoliczność bardzo dobre SOR-story.

🍁

Pacjent w Ministerstwie Zdrowia Psychicznego

Zaskakujące jak wiele jest rzeczy, bez których człowiek potrafi przeżyć. Zmuszony okolicznościami rezygnuje z jałowych spacerów po wnętrzach galerii handlowych. Nie snuje się już tak gęsto pomiędzy regałami marketów budowlanych w poszukiwaniu tej konkretnej ażurowej donicy, którą umyślił kupić akurat dzisiaj, bo właśnie dzisiaj zobaczył reklamę, w której szczęśliwy człowiek to człowiek z donicą typu Fuksja. Wolny od ciężaru żółtych toreb nie ustawia się w długich kolejkach po szwedzkie klopsiki czy kawę na wynos, ograniczając zakupy jedynie do tego, co do życia rzeczywiście niezbędne. Okazuje się, że w nowych okolicznościach da się żyć i oddychać. Dzień po dniu odkrywa jak iluzoryczna była większość jego potrzeb wykreowana przez majstrów od promocji.

Dzisiaj wszyscy dookoła straszą recesją i spadkiem rozwoju, niestety nikt nie interesuje się stanem pacjenta. A ten od dłuższego czasu pozostawał w wysokiej gorączce zakupów targany raz po raz konwulsjami wciąż niewystarczającego wzrostu PKB. Szczęśliwie objawy ustąpiły, a chory po szczególnie wycieńczającym roku powoli wraca do siebie.

Ktoś powie, że odwracam kota ogonem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zgadza się – siedząc od dwóch tygodni w domu trudno o inny ogląd spraw. Wirus atakuje nasze płuca, ale być może wyleczy nasze głowy. Trzymajcie się zdrowo w tych osobliwych czasach!

🤒

Kapitalizm w czasach zarazy

Ciekawe to czasy, w których dobro gospodarki stawia się ponad ludzie życie. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi wicegubernatora Teksasu, który sugeruje powrót do normalnego trybu pracy kosztem życia najstarszych obywateli. Wszystko to w imię rozwoju gospodarczego i lepszego jutra naszych wnuków.

W moim odczuciu słowa te brzmią co najmniej komicznie, bo zgodnie z opinią przeważającej części naukowców owo lepsze jutro czekające na kolejne pokolenia to nic innego jak powodzie, pożary, masowe wymieranie gatunków i okres gwałtownych zmian klimatycznych. Paradoksalnie to właśnie zamknięcie się w domach i przyduszenie światowej gospodarki może przynieść nam lepszą przyszłość, co już potwierdzają satelitarne zdjęcia zmniejszających się zanieczyszczeń powietrza czy chociażby pojawiające się w weneckich kanałach ryby.

Mam nadzieję, że nowa rzeczywistość, która nastąpi po wirusie będzie wolna od opinii wygłaszanych przez tego typu boomerskie autorytety. Być może będzie to czas, w którym zestawienie szeregowego pracownika korporacji po licencjacie z marketingu z zarabiającym dwa razy mniej lekarzem rezydentem ratującym życie i zdrowie pacjentów, skłoni nas do refleksji, że świat który mam nadzieję żegnamy, był światem ekonomicznych absurdów i niedorzeczności. Egzotyczne słowa Dana Patricka będą wtedy cytowane jako ostatnie słowa konającego kapitalizmu.

🤑

Jaworowi ludzie

Pamiętam z dzieciństwa grę w budowanie mostów. Budowniczymi byli niejacy jaworowi ludzie, którzy pracowali na zlecenie pana starosty. Śpiewało się o tysiącu przepuszczonych koni i jednym, pod którym most się zawalał. Doczytałem, że zabawa ma bardzo piękną i długą polską tradycję, ale teraz nie o tym.

Być może moje skojarzenia będą nieco oderwane od rzeczywistości, ale dzisiaj stojąc na światłach pomyślałem, że każdy z nas buduje taki most. Most, który wychodzi z wczesnych lat młodości i rozciąga się aż do bezpiecznej starości. Jest to konstrukcja, której nie tworzą stalowe przęsła, ale podejmowane kolejno w życiu decyzje. Dla jednych będzie to betonowa estakada wznoszona pod nadzorem majętnych rodziców, inni zmuszeni będą do poruszania się po niestabilnej drewnianej kładce. Wszyscy zmierzają jednak mniej więcej w tym samym kierunku: w stronę swoich mniejszych czy większych celów i marzeń.

I tak jak w zabawie o jaworowych ludziach od czasu do czasu nadchodzi moment, że skrupulatnie budowany most zawala się pod nami grzebiąc w gruzach większość dotychczasowych planów. Wtedy wszyscy eksperci głoszący stabilność i bezpieczeństwo naszych czasów rozkładają ręce kręcąc głową z niedowierzaniem. Myślę, że jeśli jest nad nami jakiś Starosta to właśnie patrzy na świat i nuci: „Jawor, Jawor, jaworowi ludzie, co wy tu robicie?”

🌉

My tu mamy tak

Przez długi czas szukałem określenia, które w zgrabny sposób ujęłoby główną zasadę funkcjonowania Instagrama. Odpowiedź przyszła niespodziewanie podczas przeglądania story jednej z dziewcząt, która jest znana z tego, że ma trzynaście tysięcy obserwatorów (nie mylić z fanami). Otóż ta skądinąd piękna dziewczyna wrzucając zdjęcia jeszcze piękniejszych widoków rozciągających się za oknem jej apartamentu dodała krótkie: „my tu mamy tak”.

W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie-riposta: „a ja mam jak?”. Dla pewności podniosłem żaluzje licząc że paskudny blok, który straszy z przeciwka został być może zdetonowany odsłaniając tym samym widok na piękną miejską zieleń. Nic z tych rzecz, siwizna przełamana ciemnymi zaciekami biła po oczach wyjątkowo dotkliwie. Pomyślałem wtedy, że nawet gdybym bardzo chciał zostać wydawcą swojej instagramowej gazetki pod tytułem „ja i moje życie”, to ze względów czysto estetycznych byłoby to po prostu niemożliwe. Co ja mam do pokazania światu? Jeżyka z parówek?

Mam takie poczucie, że hasztag „my tu mamy tak” idealnie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, w której ludzie budują swoją tożsamość już nie poprzez to jakimi w istocie są ludźmi, ale to gdzie bywają, co widzą i jakie rzeczy mają na talerzach. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ci od pokazywania coraz częściej próbują wejść w rolę tych, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Tak jak wejście do garażu nie uczyni człowieka samochodem, tak duża popularność nie zrobi z nikogo eksperta. Warto o tym pamiętać, szczególnie dzisiaj kiedy habilitację z życia próbuje się zrobić na liczbie lajków.

🎡

Nowe szaty króla

No, przyznam że piękny serial przyszło nam oglądać na samym początku drugiej dekady wieku. Serial, który przebija wszelkie produkcje Netflixa, bo rozgrywa się niemal na wszystkich kontynentach, przyciąga uwagę nawet najbardziej niezainteresowanych, a co najgorsze ludzie umierają w nim zupełnie na poważnie. Jest to też jedyny serial, który emitowany jest w czasie rzeczywistym i w którym trudno doszukać się jakkolwiek przemyślanej fabuły. Jest to w końcu jedyna produkcja, która angażuje tak duże środki, budzi tak wielką niepewność i tak mocno ingeruje w nasze życie, że w pewnym momencie coraz trudniej określić, gdzie przebiega granica pomiędzy obserwatorem wydarzeń a jego uczestnikiem.

Obecna sytuacja ma dla mnie jeszcze jeden ważny wymiar. Serial o chińskim wirusie obnaża nasze wyobrażenie o wspaniałym i niezniszczalnym świecie zbudowanym przez nowoczesnego człowieka. Bardzo dosadnie pokazuje, jak słabi jesteśmy wobec sił natury i jak bezsensowne okazują się ostatecznie nasze przełomowe przedsięwzięcia. No bo jaki sens ma dzisiaj chociażby taka misja na Marsa? Zajmujemy się podbijaniem kosmosu a nie potrafimy ogarnąć własnego podwórka. Dwa tysiące lat doświadczenia, a wszystko to jak krew w piach.

Tak oto wygląda podręcznikowy kryzys w królestwie nastawionym na zysk i nieustanne zwiększanie rentowności. Król jest nagi. Za to z koroną na głowie.

👑

Joga z Wielkim Bratem

Z uwagi na wprowadzenie stanu epidemicznego postanowiłem w pełni zastosować się do zaleceń i możliwie maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Pogodziłem się z faktem, że większość sobotnich atrakcji została spisana na straty, w tym przede wszystkim joga, która jako jedyna pomaga na moje bóle pleców. Okazało się jednak, że zajęcia nie zostały odwołane, zmienia się tylko ich forma, mianowicie będziemy praktykować online.

Krótko przed dziewiątą włączyłem telewizor, rozwinąłem matę i zgodnie z poleceniami pani instruktorki przystąpiłem do pierwszej asany. Przypomniał mi się wtedy fragment „Roku 1984” George’a Orwella, w którym główny bohater wykonywał tzw. Podrygi Poranne: „Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.”.

Poza tenisówkami wszystko wyglądało bardzo podobnie. Przy dziewiątej próbie pogłębienia skłonu wiedziałem już, że Orwell doskonale przewidział przyszłość: „Smith! – wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. – 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!”.

Wisząc w pozycji psa z głową do dołu doszedłem do wniosku, że obecne czasy nie są aż tak odległe od wizji, którą zaproponował Orwell. Wręcz przeciwnie, oba światy mają niepokojąco wiele punktów wspólnych. No, może poza Wielkim Bratem, który w naszym wydaniu do najwyższych jednak nie należy.

🧘‍♂️

CYFROWE BEZGŁOWIE

Nad moim łóżkiem zawiesiłem małą półkę, na której kładę telefon. Jest to rozwiązanie nadzwyczaj wygodne, bo pozwala mi sięgnąć po niego zaraz po przebudzeniu. Kiedy ja śnię o fantastycznej krainie, gdzie ludzie komunikują się patrząc sobie w oczy, on oddaje się aktualizacyjnej medytacji, by od rana organizować mój dzień.

Bez niego byłbym zaledwie cieniem swojej własnej osoby. Charakterem z dykty. Pozostawiony sam sobie prawdopodobnie nie obudziłbym się nawet na czas, a obudzony utknąłbym na jednym kanale jak telewizor, do którego zgubiono pilota. Do nikogo bym nie napisał i niczego nie sprawdził. Jakże upokarzające wobec moich sąsiadów musiałyby być nieudolne próby sprawdzenia pogody przez uchylone okno: chłodno, ale tak chłodno na sześć czy bardziej na dziewięć stopni? Nie wiedziałbym jak się ubrać, a co dopiero jak żyć.

Na szczęście mam go w zasięgu ręki, co zdaje się rozwiązywać wszelkie poczucie ewentualnej pustki czy niepewności. W każdej chwili mogę wybrać aplikację, która wypełni mój czas, dzięki czemu nie muszę go spędzać ze sobą. To ostatnie bywa dość krępujące, stąd pomysł o zawieszeniu półki. Filmik z tutorialem zaproponował mi mój telefon.

📲

Zainteresowania: dobry film, dobra książka, dobra muzyka

Moja babcia zwykła powtarzać, że gdyby nie ten cholerny reumatyzm to by diabłu łeb ukręciła. Przyznam, że zawsze fascynowała mnie ta zdecydowana chęć do działania, chęć do realizacji różnych życiowych projektów i zainteresowań. Staram się to podejście przełożyć na ludzi mojego pokolenia, niestety odnoszę wrażenie, że część z nich to właśnie tacy młodzi reumatycy.

Oczywiście nie uważam, że każdy musi mieć swój startup, być multiinstrumentalistą czy mistrzem świata w wędkarstwie spławikowym. Chodzi raczej o pasję, o codzienne zainteresowania, o to co nas naprawdę pociąga i powoduje błysk w oku. Jeden z moich kolegów zajmuje się na przykład malowaniem figurek do gier bitewnych. Łapiąc za pędzelek odpływa w zupełnie inny świat. Tak naprawdę nigdy nie byłem w stanie go zrozumieć (ani kolegi ani jego świata), niemniej szanowałem zaangażowanie, z jakim podchodził do swojego hobby.

W tym aspekcie zupełnie nie trafia do mnie argumentacja, że oto największą pasją młodego, zdrowego człowieka jest oglądanie Netlixa, co słyszę ostatnio bodaj najczęściej w kontekście wolnego czasu. Sam też lubię filmy, staram się regularnie chodzić do kina, ale w żadnym wypadku nie wymieniłbym tego jako mojej naczelnej pasji, tak samo jak pasją nie powinno się czynić samego faktu czytania książek czy słuchania muzyki. „Lubię dobry film, dobrą książkę i dobrą muzykę.” Zdanie, które nie mówi absolutnie nic o człowieku (no może poza tym, że ma zdrowy wzrok, jest piśmienny i słyszy).

Być może moje obruszenie jest nieco na wyrost, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego wobec tak wielu dostępnych dzisiaj dziedzin, w których można rozwijać się chociażby dla samej przyjemności jej poznawania, wciąż tak wiele osób woli jednak zasiąść przed kolejnym sezonem kolejnego serialu.

Myślę, że to kwestia czasu, kiedy o Antonio Vivaldim będzie mówić się, że to ten kompozytor, który nagrał tylko cztery sezony.

🧐

Wirus w koronie

Mam wrażenie, że od czasu wprowadzenia zakazu handlu, soboty w galeriach handlowych stały się tym, czym niedziele w kościołach: gromadzą wiernych jak żaden inny dzień w tygodniu. Do tego zarządcy prześcigają się w organizowaniu wewnętrznych eventów, aby to u nich pojawiło się jak najwięcej owieczek poszukujących handlowej dobrej nowiny (tu: atrakcyjnych promocji). Zadanie to jest o tyle ułatwione, że nie wymaga prowadzenia żadnych wojen religijnych – wszyscy wszak wyznają tę samą wiarę w uzdrawiającą moc pieniądza. Pytanie tylko gdzie go wydać, by dostać jak najwięcej.

Okazuje się, że handlowej liturgii nie są w stanie przeszkodzić nawet coraz głośniejsze ostrzeżenia o zbliżającym się koronawirusie i zalecenia, by w miarę możliwości unikać dużych skupisk ludzi. Dzisiaj byłem świadkiem jak dobre dwieście osób wraz z dziećmi na rękach w niesamowitym ścisku tłoczyło się wokół kilku stoisk na środku galerii, prawdopodobnie w celu odebrania jakiegoś darmowego upominku. Co ciekawe, w odwodzie zidentyfikowałem grupkę młodych ludzi o nieco ciemniejszej karnacji ubranych w kurtki z napisem Italia. Kierowali się w stronę KFC, zapewne po to by przywdziać korony i straszyć co bardziej rozumnych klientów.

No cóż, może regulamin galerii handlowych zakazuje przenoszenia chorób drogą kropelkową. A może to już etap robienia zapasów na wypadek zamknięcia wszystkich tego typu miejsc handlu? No nie, tego byśmy nie przeżyli. Wykończyłoby nas dużo szybciej niż jakiś tam wirus.

🦠

Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Standard pięciu gniazdek

Bezustannie dyskutujemy o odnawialnych źródłach energii, rosnących cenach prądu i wszystkim tym, co powinniśmy zmienić, żeby zapewnić odpowiednią podaż prądu. Jakoś nikt szczególnie nie chce zabrać się za drugą stronę tej układanki, czyli próbę ograniczenia naszego zapotrzebowania na energię.

Policzyłem ostatnio ilu gniazdek elektrycznych potrzebuję do życia. Wyszło pięć: router, lodówka, pralka i komputer, które wpięte są na stałe, a okresowo także ładowarka do telefonu albo nocna lampka. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę wspomnienia z dzieciństwa u dziadków, gdzie jeden kontakt przypadał na jeden pokój, uważam, że całkiem sporo. Przekładając tę matematyczną prawidłowość na standard życia, należałoby uznać, że żyję w pięciokrotnie wyższym standardzie niż moi dziadkowie: standardzie pięciu gniazdek. Teza taka brzmi co najmniej intrygująco.

Wydawałoby się też, że skoro z codziennych zajęć wyręcza mnie aż pięć urządzeń to powinienem mieć zdecydowanie więcej czasu niż kiedyś. Tu akurat tendencja jest dokładnie odwrotna, co uważam za kolejny argument za tym, że świat staje na głowie. Pytanie, czy energia z wiatraków wystarczy, by powstrzymać tę nienaturalną pozycję przed upadkiem.

🔌