Megaproces

Sierpniowy poranek. Zapach świeżo zaparzonej kawy z nieprzyjaznej środowisku kapsułki. Kolejny, nieróżniący się niczym od dziesięciu poprzednich, dzień pracy z domu. Włączam popularną aplikację do wirtualnych spotkań i nasłuchuję głosu prowadzącego.

Mój udział w spotkaniu nie ma w zasadzie większego znaczenia. Wynika wyłącznie z faktu zastępstwa za nieobecną koleżankę. Podejmuję jednak wyzwanie wysłuchania całej prelekcji ze zrozumieniem i sporządzenia krótkiego podsumowania. Punktualnie o ósmej odzywa się głos z komputera, a ja wyszedłszy ledwie spod objęć Morfeusza pociągam łyczek aromatycznej kawki.

– Dzień dobry, witam wszystkich serdecznie. Myślę, że możemy powoli zaczynać.

– Bardzo proszę. – odpowiadam w myślach odstawiając na biuro kubek z herbem Rzymu.

– Dzisiejsze spotkanie chcielibyśmy w całości poświęcić problematyce uprocesowienia zagadnień dotyczących administrowania ryzykami, które zidentyfikowane zostały podczas naszych ostatnich warsztatów. W pierwszej części chcielibyśmy omówić składowe poszczególnych megaprocesów, do których zostaliście państwo przypisani jako właściciele ryzyk, następnie – przechodząc przez każdy z omówionych wcześniej cykli niższego rzędu – stworzyć mapę systemu kontroli, która adresować będzie wszystkie akcje określone w metodyce działań wewnętrznych państwa działów. Po przerwie chcielibyśmy natomiast poruszyć sygnalizowaną wcześniej problematykę przypisania atrybutów jakościowych do istniejących punktów kontrolnych, które pojawiają się najczęściej w procesach 742B i 742C. Choć oczywiście nie tylko tam. Na koniec postaramy się omówić jeszcze rozszerzenia formuł wykorzystywanych przy kodyfikacji poleceń do zadanych mechanizmów weryfikacyjnych. Tutaj mam od razu do państwa prośbę – jeśli już wiecie, w którym dokładnie podprocesie niższego rzędu dany mechanizm kontrolny się znajduje, to proszę wskazać numer i nazwę tego procesu w komentarzu do komórki z numerem procesu w pliku, który załączony został do prezentacji. A więc tak mniej więcej kształtuje się nasz plan na najbliższe trzy godziny. To co, zaczynamy?

Aha. Tak wygląda luźna pogadanka o procesach, w którą ubrała mnie koleżanka. Po raz kolejny zostałem wrobiony w temat, jak ostatni amator. Przecież zaraz zapytają mnie czy przypisałem już wszystkie atrybuty do punktów kontrolnych. I co wtedy powiem? Mam wymyślać, że tak, przy czym mam spore wątpliwości co do periodyczności indeksów pojawiających się w selektorze identyfikatora zagregowanych danych? Wezmą mnie za ostatniego idiotę. Albo, co gorsza, za geniusza. Równie dobrze mógłbym włączyć sobie wykład na temat fizyki kwantowej w języku czeskim, a potem przedstawić koleżance swoje spostrzeżenia.

Patrzę na ten swój kubek i myślę, jak wielką drogę przebyliśmy od rzymskich mozaik do wirtualnych megaprocesów. Te pierwsze jesteśmy w stanie odczytać nawet setki lat po ich ułożeniu. Tych drugich nie jesteśmy w stanie zrozumieć nawet po trzygodzinnym szkoleniu.

🔄

Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Kapitalizm w czasach zarazy

Ciekawe to czasy, w których dobro gospodarki stawia się ponad ludzie życie. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi wicegubernatora Teksasu, który sugeruje powrót do normalnego trybu pracy kosztem życia najstarszych obywateli. Wszystko to w imię rozwoju gospodarczego i lepszego jutra naszych wnuków.

W moim odczuciu słowa te brzmią co najmniej komicznie, bo zgodnie z opinią przeważającej części naukowców owo lepsze jutro czekające na kolejne pokolenia to nic innego jak powodzie, pożary, masowe wymieranie gatunków i okres gwałtownych zmian klimatycznych. Paradoksalnie to właśnie zamknięcie się w domach i przyduszenie światowej gospodarki może przynieść nam lepszą przyszłość, co już potwierdzają satelitarne zdjęcia zmniejszających się zanieczyszczeń powietrza czy chociażby pojawiające się w weneckich kanałach ryby.

Mam nadzieję, że nowa rzeczywistość, która nastąpi po wirusie będzie wolna od opinii wygłaszanych przez tego typu boomerskie autorytety. Być może będzie to czas, w którym zestawienie szeregowego pracownika korporacji po licencjacie z marketingu z zarabiającym dwa razy mniej lekarzem rezydentem ratującym życie i zdrowie pacjentów, skłoni nas do refleksji, że świat który mam nadzieję żegnamy, był światem ekonomicznych absurdów i niedorzeczności. Egzotyczne słowa Dana Patricka będą wtedy cytowane jako ostatnie słowa konającego kapitalizmu.

🤑