Błazen na scenie

Przesłuchałem w ostatnim czasie kilka wykładów wygłoszonych przez ludzi w różnym wieku. Zauważyłem, że starsze osoby mówią na ogół zdecydowanie wolniej. Więcej czasu poświęcają na ubranie myśli w słowa, skupiają się na przekazaniu słuchaczom treści, niekoniecznie na zrobieniu świetnego wrażenia.

Wśród młodszych prelegentów tendencja jest dokładnie odwrotna. Mówi się dość sprawnie, bo nie wypada przekroczyć wyznaczonego czasu, samo mówienie natomiast coraz częściej nastawione jest na efekt, jaki ten czy inny wykład zrobi na publiczności. Są nawet wielkie podręczniki traktujące o tym, w jaki sposób mówić, żeby nas słuchano. Mam wrażenie, że wszystkie tego typu porady powstały wyłącznie dlatego, że ludzie ludziom próbują opowiadać coraz większe bzdury, a jak wiadomo, trudno utrzymać koncentrację, kiedy ktoś gada od rzeczy. Dlatego dzisiaj już się nie opowiada, dzisiaj sprzedaje się opowieści, najlepiej w sposób interaktywny, gdzie publiczność zaklaszcze, a prowadzący zaśpiewa.

To, co jest jednak pocieszające, to fakt, że są jeszcze osoby (najczęściej ze świata nauki lub sztuki, najczęściej nieco starsze), które bez uciekania się do zbędnych ozdobników, potrafią gromadzić dużą publiczność. Takich wykładów słucha się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Nie potrzeba laserów, obracanej sceny czy tajnych technik utrzymywana koncentracji – liczy się wyłącznie autorytet.

Podsumowując, jeśli następnym razem ktoś będzie wam pstrykał przed nosem mówiąc, że za chwile powie wam coś, co na zawsze zmieni wasze życie, to prawdopodobnie trafiliście do złej sali. Jeśli ten ktoś próbuje wam dodatkowo sprzedać garnki, to znak, że należy uciekać.

🎪

Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️