Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️

My tu mamy tak

Przez długi czas szukałem określenia, które w zgrabny sposób ujęłoby główną zasadę funkcjonowania Instagrama. Odpowiedź przyszła niespodziewanie podczas przeglądania story jednej z dziewcząt, która jest znana z tego, że ma trzynaście tysięcy obserwatorów (nie mylić z fanami). Otóż ta skądinąd piękna dziewczyna wrzucając zdjęcia jeszcze piękniejszych widoków rozciągających się za oknem jej apartamentu dodała krótkie: „my tu mamy tak”.

W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie-riposta: „a ja mam jak?”. Dla pewności podniosłem żaluzje licząc że paskudny blok, który straszy z przeciwka został być może zdetonowany odsłaniając tym samym widok na piękną miejską zieleń. Nic z tych rzecz, siwizna przełamana ciemnymi zaciekami biła po oczach wyjątkowo dotkliwie. Pomyślałem wtedy, że nawet gdybym bardzo chciał zostać wydawcą swojej instagramowej gazetki pod tytułem „ja i moje życie”, to ze względów czysto estetycznych byłoby to po prostu niemożliwe. Co ja mam do pokazania światu? Jeżyka z parówek?

Mam takie poczucie, że hasztag „my tu mamy tak” idealnie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, w której ludzie budują swoją tożsamość już nie poprzez to jakimi w istocie są ludźmi, ale to gdzie bywają, co widzą i jakie rzeczy mają na talerzach. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ci od pokazywania coraz częściej próbują wejść w rolę tych, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Tak jak wejście do garażu nie uczyni człowieka samochodem, tak duża popularność nie zrobi z nikogo eksperta. Warto o tym pamiętać, szczególnie dzisiaj kiedy habilitację z życia próbuje się zrobić na liczbie lajków.

🎡

Spadające gwiazdy na medialnym niebie

A dobra, pochwalę się: Ostatnio przejrzałem najnowszy numer „Party. Życie gwiazd” i nie rozpoznałem ani jednej gwiazdy.✨

Tu w zasadzie mógłbym zakończyć swoją myśl, niemniej należy się Wam parę słów wyjaśnienia. Otóż jeszcze parę lat temu mając w ręce tego typu wydawnictwo, byłbym w stanie określić, że ta pani z dzieckiem to chyba aktora filmowa, a tamten pan to pewnie muzyk. Teraz czuję się jak – przepraszam za trudne słowo – prozopagnostyk, który widzi, ale nie poznaje.

Nie mam pewności czy wynika to z mojej ignorancji, czy może bardziej z faktu, że niektóre gwiazdy, szczególnie te nowe, błyszczą na medialnym niebie trochę na siłę. Zapalają się, by za chwilę zgasnąć. A po nich przychodzą kolejne. I kolejne. I wciąż jest wielu astronomów gotowych śledzić ich losy.

Pisz pan książkę!

Od dzieciństwa z każdą książką starałem obchodzić się z szacunkiem, bo każda książka niosła ze sobą określone wartości. Pamiętam czasy, kiedy używane podręczniki kupowało się od starszych kolegów, by po roku przekazać je dalej. Pamiętam też, jak pani ze szkolnej biblioteki przy użyciu taśmy klejącej i nożyczek w skupieniu opatrywała wracające z frontu tytuły, by jak najszybciej przywrócić je do służby. Kolorowe historie w szarych okładach – tak pamiętam ten czas.

Dzisiaj wszyscy piszą książki i to tym chętniej, im mniej kompetencji ku temu posiadają. Księgarskie półki uginają się od sportowych poradników napisanych przez ludzi, który dwa lata temu zeszli z kanapy czy autobiografii coraz mniej znanych i coraz młodszych ludzi. „Pisz pan książkę!” to tytuł jednego z tych białych kruków, który najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierzamy. Szare historie w kolorowych okładkach.

Ktoś powiedział niedawno, że kiedyś potrzebna była odwaga, by książkę napisać, dzisiaj potrzeba odwagi, by książkę przeczytać.

Komu wolno pisać książki

Celebryci powinni mieć zakaz wydawania książek, tak uważam. Spora cześć tych kolorowych poradników ma wartość porównywalną do jednorazowych słomek: kupić, użyć, wyrzucić. Książki te nie niosą niestety żadnych uniwersalnych wartości, co potwierdza konieczność intensywnej reklamy w pierwszej fazie sprzedaży i mocne przeceny w końcowym okresie promocji. Po kilku tygodniach można je kupić za parę złotych, co jest niczym innym, jak zagraniem na nosie czytelnikom, którzy książkę kupili w oryginalnej cenie. Należy odróżnić pisarza, książkę i czytelnika od celebryty, produktu i konsumenta.