Wyścig z czasem

Czytam sobie, że jeszcze w 1907 roku żołnierze tureccy nie wiedzieli, czym jest godzina. Zapytani na pustyni syryjskiej, jak długo zajmuje podróż do najbliższej oazy mówili tylko, że już niedaleko, daleko albo bardzo daleko. Podobna sytuacja ma miejsce jeszcze dziś w niektórych obszarach Wschodu, gdzie dzieci do szkoły nie schodzą się punktualnie, ale stopniowo i po trochu.

Patrząc z nie tak przecież odległej perspektywy na dzisiejszy sposób uporządkowania zachodniego świata, całe to nasze mierzenie czasu wydaje mi się jednak trochę zabawne. Trudno znaleźć dzisiaj poważnego człowieka, który nie dałby się zakuć w kajdany czasu zwane potocznie zegarkiem naręcznym. Co więcej, przyjęliśmy, że marka tego urządzenia wyznacza status społeczny – zupełnie tak, jakby czas odczytywany z wieży ratusza miał być gorszej jakości.

Upływające sekundy straszą dzisiaj nie tylko z nadgarstka, ale również smartfona, komputera, radia czy deski rozdzielczej samochodu. Z każdego niemal miejsca sączy się subtelna informacja o ulotności chwili. Jakby tego było mało, całą Ziemię podzieliliśmy sobie na dwadzieścia cztery różne strefy czasowe. W konsekwencji, ostatniego dnia roku siedzimy już od popołudnia ubrani w sylwestrowe czapeczki i znudzeni oglądamy fajerwerki w Nowej Zelandii, licząc jednocześnie ile to jeszcze godzin zostało do „naszego” Nowego Roku.

Niestety, tak właśnie wyglądają skutki uboczne próby pojmania czasu przez naszą cywilizację. W pewnym momencie zrozumieliśmy po prostu, że czas to pieniądz, który wymaga wyjątkowej dokładności. Zamknęliśmy więc wschody i zachody słońca w dwudziestu czterech godzinach, które – o ironio – dwa razy w roku przesuwamy o godzinę w tę i z powrotem, powodując tym samym niemały dyskomfort u naszych zwierząt, które zegarków póki co nie noszą.

Mówi się, że my mamy zegarki, a Afryka ma czas. To trochę tak, jak jakby płynąć z nurtem rzeki i dodatkowo wiosłować. Dopływamy zmęczeni, a rzeka i tak nas po chwili dogania. Takie to korzyści z wyścigu z czasem.

⏰

Wieża kontroli lotów

Na temat jednego dnia trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że był dobry lub zły. Niewiele można powiedzieć też o tygodniu, który poza tym, że grupuje dni w siódemki, sam w sobie jest zbyt krótki, by poddać go szerszej ocenie. Tygodnie są na ogół męczące; często mówi się: „jak to dobrze, że ten tydzień już się kończy”. Niestety za nim przychodzi kolejny, dokładnie taki sam jeśli idzie o czas, który będziemy mieć do dyspozycji.

Trochę więcej można powiedzieć natomiast o miesiącu, który jest pewnego rodzaju łącznikiem pomiędzy rutyną rozciągniętą od poniedziałku do niedzieli, a szerszą perspektywą całego roku. Dopiero posłużenie się miesiącem jako jednostką czasu daje możliwość w miarę sprawnego nawigowania po niedawnej przeszłości i najbliższej przyszłości. Zarówno wszelkie podsumowania jak i plany, jeśli budować je na bazie dni czy tygodni, wydają się jakoś śmieszne małe. Powagi nadaje dopiero miesiąc jako najmniejszy fragment czasu dostrzegalny z perspektywy całego życia. To właśnie z powagi miesięcy buduje się majestat mijających lat (tak chętnie podsumowywanych ostatniego dnia roku), z lat natomiast tworzą się dekady, których w życiu przeciętnego człowieka jest mniej więcej tyle, co dni w tygodniu. Jeśli przyjąć tę optykę to u mnie jest już środa wieczór, a wciąż jakby tęsknię za wtorkiem.

Bywa, że zastanawiam się, jak pokierować tym wielkim, rozciągniętym w czasie jak miech akordeonu monstrum nazywanym życiem. W jaki sposób, dysponując zaledwie kilkunastoma godzinami w ciągu całego dnia, ukierunkować ten rozlewający się latami potok decyzji i wydarzeń, tak aby efekt końcowy były chociaż w minimalnym stopniu zadowalający. Czuję się przy tym jak pilot samolotu, któremu kazano lądować w zupełnej mgle na nieznanym lotnisku. Ale przecież i to jest możliwe, o ile ma się dobrego nawigatora. I chyba o to w tym wszystkim chodzi: o doświadczonego człowieka, który skoryguje lot w nieznane i sprowadzi bezpiecznie na ziemię.

Myślę, że warto jak najszybciej odnaleźć taką osobę, bo jak pisała Wisława Szymborska, „życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie”. Na końcu i tak trzeba będzie gdzieś lądować.

🛬

Siedzę na ławeczce na mojej ulicy

Lubię czasem usiąść w okolicach przystanku i obserwować odjeżdżające tramwaje. Co jakiś czas przyjeżdża wagon z siedzącymi w rzędzie ludźmi, przystaje na krótko, by za chwilę ruszyć dalej. Każdy z pasażerów wiezie w swojej reklamówce przemyśleń jakiś cel podróży; znany tylko sobie sens tej całej wycieczki. Przyglądam się i wymyślam powody, dla których wszyscy oni siedzą teraz z głową przy szybie czekając na swój przystanek. Zdarzają się twarze, których wyraz pozwala zajrzeć naprawdę głęboko do torby.

Obserwacje z perspektywy mojej ławeczki są bardzo przyjemne. Nie wymagają przede wszystkim wchodzenia w ten specyficzny miejski przeciąg, gdzie podmuchy czasu potrafią zrywać czapki z głów. To takie swego rodzaju „chapeau bas”, ukłon podziwu skierowany w stronę ulotności chwili. Bo jak inaczej określić sytuację, kiedy z powodu awarii torowiska minuty zaczynają nagle upływać dwa razy szybciej?

Ławeczka nie daje się ująć w żadną z trzech kategorii, według których uporządkowaliśmy sobie życie, czyli: przed czasem, o czasie i po czasie. Raz postawiona, stoi i nigdy się nie spóźnia, co w dzisiejszych czasach (!) jest niewątpliwe jej sporą zaletą. A w tramwaju? Nawet odległości między przystankami podaje się w minutach, zupełnie tak jakby odległość fizyczna, mierzona w metrach, niewiele już człowiekowi mówiła. Czym jest godzina spędzona w tramwaju? Powiedziałbym, że dokładnie trzema dwudziestominutowymi biletami skasowanymi na czas.

Stanisław Sojka śpiewa: „Siedzę na ławeczce i na nic nie czekam. Siedzę na ławeczce i patrzę”. To chyba najlepszy komentarz do naszego wiecznie spóźnionego świata. Oczywiście o ile w kontekście wieczności można mówić o jakimkolwiek spóźnieniu.

🚋

Lot nad Atlantykiem

Zauważyłem, że w czasie izolacji wiele osób powraca do robótek ręcznych, puzzli, kolorowania i innych rzeczy, na które dawno straciliśmy czas. Ciekawe, że to co kiedyś było zupełnie naturalne, powróciło nie tak dawno jako nowe remedium na stres i nadmiar bodźców. I teraz pięknie wkomponowuje się w nasze puste godziny.

Pamiętam, jak w dzieciństwie wyciągałem spod łóżka wielki karton klocków LEGO i rozsypywałem je na podłogę tworząc ogromny ocean malutkich części. Następnie uzbrojony jedynie w swoją wyobraźnię wzbijałem się w przestworza dziwnych projektów wypatrując z uwagą potrzebnych elementów. To było coś, co mógłbym porównać do samotnego lotu nad spokojną taflą Atlantyku w długie, słoneczne popołudnie. Tak właśnie opisałbym dzieciństwo – jako czas, w którym skupienie się na jednej rzeczy było czymś oczywistym i zupełnie naturalnym. Nie wiem czy tamten świat był lepszy od tego dzisiejszego, ale z pewnością oferował dużo więcej czasu.

Dobrze jest wyłączyć na chwilę autopilota i siąść za sterami swojego czasu. W piątek bywa to szczególnie ważne!

🛩

Na pół gwizdka

Wszystko tak jakoś nagle wyhamowało. Zauważam u siebie coraz większe ilości wolnego czasu i coraz więcej niezapisanych stron w kalendarzu. W zeszłym roku miałem tyle spraw, że kajet na dwa tysiące dwadzieścia musiałem kupić jeszcze w listopadzie. To też trochę zakrawa na absurd, że człowiek wszędzie nosił tę tekturę i zanim cokolwiek zdecydował, to musiał się z tym tałatajstwem porozkładać i głęboko zastanowić, czy ma na cokolwiek czas. A teraz bardzo proszę, każdy termin jest tak samo idealny.

Równie przydatny jest teraz mój super zegarek z funkcją międzynarodowego czasu atomowego uchodzącego za najdokładniejszy na świecie. Dzięki niemu wiem, że przenosząc się o dziesiątej na kanapę, ryzyko spóźnienia się ograniczone zostaje do jednej sekundy pojawiającej się raz na sto trzydzieści osiem milionów lat. Są pewne rzeczy, na które po prostu nie wypada się spóźniać. Narożnik w salonie jest jedną z nich.

I tak sobie właśnie funkcjonuję w warunkach czasowego rozluźnienia. Nie wiem jak długo to potrwa, ale wiem, że tego właśnie potrzebowałem. Oderwania się od kalendarzy, zegarków, terminów, budzików i alertów. Teraz mogę na to wszystko nagwizdać. I to też na spokojnie – najlepiej na pół gwizdka.

🧘‍♂️

Wielkie jest czekanie

W robieniu zdjęć z wakacji zatoczyłem ogromne koło i ponownie znalazłem się tam, gdzie byłem mając jakieś osiem lat. Wtedy na wszelkie wyjazdy zabierałem mały analogowy aparat wyposażony w trzydzieści sześć klatek, które należało starannie rozłożyć na wszystkie dni wyjazdu. Niedługo potem modne stały się aparaty cyfrowe wyparte ostatecznie przez smartfony. W efekcie z każdych ostatnich wakacji przywoziłem na kartach pamięci setki zdjęć, z których żadne nie dostąpiło zaszczytu wydrukowania i umieszczenia w albumie. Absurd sytuacji uświadomiła mi dopiero reklama aplikacji umożliwiającej usuwanie duplikatów zdjęć zrobionych w takiej samej scenerii, bo przecież zawsze robi się kilka, żeby móc potem „coś wybrać”.

Ostatnio wróciłem do aparatu analogowego i uważam to za świetne rozwiązanie. Ograniczony długością kliszy nie fotografuję już wszystkiego, co widzę, co powoduje z kolei, że na wakacjach jestem przede wszystkim turystą, a nie archiwistą. Każde zdjęcie wymaga chwili namysłu, przyjrzenia się scenerii i wyczekania na odpowiedni moment do uruchomienia migawki. Najbardziej podoba mi się jednak fakt, że – wbrew powszechnym dzisiaj tendencjom – fotografii analogowej nie możemy mieć tu i teraz. Możliwość obejrzenia zdjęć wymaga cierpliwości. Tej samej zresztą, której kiedyś wymagało oczekiwanie na kartkę czy list od przyjaciela. Sztuka czekania stała się jakoś dziwnie niemodna.

🕰