Merytoryczny cep

Człowiek przedinternetowy mógł nie wiedzieć. Mógł pozwolić sobie na wzruszenie ramionami i szczere „nie wiem”. Słowa te padały spontanicznie, nikt nie nosił przecież encyklopedii w teczce. Niewiedza była naturalna, a człowiek na niej przyłapany raczej bezbronny.

Człowiek internetowy wie wszystko. Dokładniej mówiąc wie wszystko o wszystkim i o każdej porze. Właścicielowi smartfona nie wypada nie wiedzieć. Nieważne, że to wiedza łapana na szybko, sczytywana kątem oka z małego ekranu pomiędzy jednym a drugim przystankiem. Nieważne, że bez źródła, bez przypisu. Brzmi jak „fakt autentyczny” więc musi być prawdą. Poza tym kto ma dzisiaj czas na weryfikowanie źródeł? Chyba tylko krenolodzy.

Liczy się czas i siła. Informacja ma być raczej szybka i przytłaczająca niż prawdziwa i precyzyjna. Jak ostrzał z artylerii. Człowiek internetowy doskonale wie też, że w każdej plotce jest ziarno prawdy, które trzeba zasiać dalej. Łyka wiec trzy pierwsze wyniki z Google’a i pokrzepiwszy się niczym dobrą wódka, gotów jest ruszyć w chaotyczny bój na argumenty. Walki o rację nie wygrywa się przecież odkrytą piersią faktów. Tu potrzeba merytorycznego cepa.

📣

Przetwórnia newsów

Macie czasem tak, że chcielibyście poczytać w sieci o czymś ciekawym czy inspirującym, ale szybciutko rozbijacie się o informacyjny bełkot?

Miałem kiedyś przyjemność pracować w przetwórni mięsa, konkretnie w prestiżowym departamencie parówek. Zasada była prosta: dwa wagoniki lodu, jeden wagonik przypraw i trochę mięsa. Wszystko mieliła wielka maszyna, a schłodzoną pulpę upychała w podłużne, foliowe osłonki. Parówki pakowane były następnie do kolorowych woreczków, które wywożono na sprzedaż.

Wszystko wskazuje na to, że niektóre portale wykradły ten pilnie strzeżony know-how. Stały się teraz przetwórniami newsów, które z ochłapów opinii potrafią zrobić informacyjnego steka z kością. Super. Szkoda tylko, że po kolacji z parówek dalej jestem głodny, a po internetowej prasówce nadal nic nie wiem.