Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

Czy plastikowa słomka uratuje świat?

Takie wątpliwości naszły mnie ostatnio kiedy w kolejnej kawiarni przeczytałem, że słomki wydawane są wyłącznie na wyraźne żądanie klienta. (Swoją drogą ciekawe jak obsługa reaguje, gdy o słomkę prosi osoba z zaburzeniami mowy). Z jednej strony rozumiem potrzebę ograniczania plastiku, z drugiej mam wrażenie, że słomka ma tu jedynie charakter symbolu służący do poprawy wizerunku danego miejsca jako „przyjaznego środowisku”.

Spora część tego typu lokali nie ma przecież żadnego problemu z energią zużywaną na zasilanie wiszących na ścianach telewizorów (kto przychodzi do kawiarni oglądać teledyski?) czy energią niezbędną, by noc w noc podświetlać swoje ogromne logo. Pominę nadużywaną niejednokrotnie klimatyzację czy toalety, które potrafią ciec godzinami. Brak słomek zamiast stać się wisienką na torcie działań zgodnych z naturą, stał się listkiem figowym, zza którego wypuszcza się kolejne chmurki CO2.

No cóż, nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wskazanie winnego.

Ucieczka przed końcem świata

Dzisiaj dojrzałem zawieszony na murze nekrolog Ludzkości informujący, że zginiemy w 2050 r. z powodu globalnego ocieplenia, utraty miejsc zdatnych do zamieszkania, głodu, suszy i wojen. Przystanąłem na chwilę, żeby wczytać się w to osobliwe zawiadomienie, ale zaraz podszedł do mnie chłopak z ulotką HIVE opowiadając o darmowych przejazdach. Mówił, że stanął przy tym plakacie, bo dużo osób tu podchodzi i jemu wtedy łatwiej te ulotki rozdać, bo jak człowiek stoi to raczej nie odmawia. Też wziąłem. To jest właśnie to uczucie, kiedy w odpowiedzi na troskę o zbliżającą się zagładę Ziemi dostajesz darmowe punkty na hulajnogę