Daj lajka

Zostawcie mega łapek w górę, bo mnie to mega motywuje 👍

Taki oto wesoły rym z usłyszałem w pierwszych sekundach jednego z filmików na YouTube. Bohaterem filmu był młody chłopak – kto wie, być może przyszły influencer. Film nie traktował w zasadzie o niczym konkretnym. W moim odczuciu skupiał się przede wszystkim na zachęcaniu do subskrybowania kanału i komentowania filmu, bo – jak wielokrotnie podkreślał autor – „mega go to motywuje”.

Internetowy słownik języka polskiego PWN podpowiada, że motywować oznacza «skłaniać lub zachęcać do jakiegoś działania». Wyobrażam sobie zatem naszego youtubera u szczytu popularności, gdy rozchwytywany przez innych youtuberów, decyduje się w końcu na udzielenie wywiadu rzeki.

– Szanowny panie redaktorze, pyta mnie pan o motywację do działania, o motywację do codziennego wstania z łóżka, włączenia kamery i nagrania tego, co mam do powiedzenia światu. Otóż odpowiedź jest banalnie prosta: to co mnie motywuje, to łapki w górę. I powiem panu redaktorowi więcej. Z tego miejsca chciałem ogłosić swój nowy niezależny projekt artystyczny na najbliższą dekadę. Projekt polegać będzie na zebraniu lajka od każdego internauty na kuli ziemskiej. Projekt nazwałem roboczo „wszystkie łapki na pokład”. Owszem, jestem świadomy, że to ambitny cel, ale wiem, że mój kontent ma potencjał. A przy okazji – czy pan redaktor polubił już mój kanał?

Czasami trudno mi uwierzyć, że wirtualne kliknięcia przechowywane gdzieś na zagranicznych serwerach mają aż tak wielką siłę oddziaływania na to, co dzieje się tu i teraz. A może to ja jestem z poprzedniej epoki i nie widzę, że lajki to waluta przyszłości?

Nie wiem. Czasem mam ochotę cofnąć suba temu światu.

Świat miliona bodźców

Ostatnimi czasy próbuję wypracować strategię poruszania się w świecie miliona bodźców. 🙉

Sprawa trudna i zdradliwa, bo nawet w sytuacji kiedy udaje mi się na chwilę zatrzymać artylerię powiadomień, szybko okazuje się, że tak naprawdę znajduję się w oku cyklonu. Tam też wiatr cichnie, by za chwilę uderzyć z podwójną mocą.

Dawno już wyłączyłem wszelkie powiadomienia w telefonie. Ostrożnie oglądam telewizję – tutaj atak jest wyjątkowo brutalny, bo reklama uderza niepodziewanie, najczęściej w trakcie filmu. Unikam egzotycznego w swojej nazwie sportu zwanego ‘serfowanie po internecie’. Teraz każdą rzecz w sieci sprawdzam ostrożnie, najczęściej ubrany w żelazny hełm marki AdBlock. Do kina staram się spóźniać, radio włączam po pełnej godzinie. Brzmi jak dzień świra, ale myślę, że dzięki temu chociaż częściowo uchroniłem się przed wiedzą o najnowszych lekach na upławy, brak apetytu u psa czy najlepszej wersji magnezu.

Sprawa komplikuje się, kiedy jestem w pracy. Tutaj przyjmowanie, przetwarzanie i odsyłanie informacji stanowi podstawę moich obowiązków. Czasem pocieszam się, że to tak naprawdę jedna wielka gra w tenisa, gdzie zamiast rakiet mamy komputery, a zamiast piłeczek maile. Niestety trudno zachować optymizm, kiedy w moją stroną leci jednocześnie dwanaście różnych piłek.

Ostatecznie myślę, że wcale nie muszę być na bieżąco ze światem, z tymi wszystkimi wiadomościami, zdjęciami znajomych, filmami na YouTube. Dzisiaj wiedzieć wszystko, to nie wiedzieć nic. I lepiej dojść do takich wniosków w domowym zaciszu niż na kozetce u psychologa.