Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Spadające gwiazdy na medialnym niebie

A dobra, pochwalę się: Ostatnio przejrzałem najnowszy numer „Party. Życie gwiazd” i nie rozpoznałem ani jednej gwiazdy.✨

Tu w zasadzie mógłbym zakończyć swoją myśl, niemniej należy się Wam parę słów wyjaśnienia. Otóż jeszcze parę lat temu mając w ręce tego typu wydawnictwo, byłbym w stanie określić, że ta pani z dzieckiem to chyba aktora filmowa, a tamten pan to pewnie muzyk. Teraz czuję się jak – przepraszam za trudne słowo – prozopagnostyk, który widzi, ale nie poznaje.

Nie mam pewności czy wynika to z mojej ignorancji, czy może bardziej z faktu, że niektóre gwiazdy, szczególnie te nowe, błyszczą na medialnym niebie trochę na siłę. Zapalają się, by za chwilę zgasnąć. A po nich przychodzą kolejne. I kolejne. I wciąż jest wielu astronomów gotowych śledzić ich losy.

Puste boiska, jako znak naszych czasów

W miejscu skąd pochodzę jest małe wiejskie boisko, w czasach podstawówki nasz główny punkt spotkań sportowo-towarzyskich. ⚽️

Od wczesnej wiosny do później jesieni graliśmy tam zawzięcie w piłkę, często do późnego wieczora. Kto miał rower, objeżdżał znajomych wołając ich na mecz, często też twardo negocjując czas wypożyczenia zawodnika z menadżerem klubu (czytaj: z mamą). Z pewnym rozżaleniem przyznam, że wielka gra nigdy nie była moim udziałem, bo z racji na słabą kondycję i grube kości zawsze stałem na bramce. Z tamtych czasów zapamiętałem dwie komendy: najpierw padało „Gruby, wyjdź na niego!” (to w sytuacji, gdy przeciwnik przebił się przez defensywę i szarżował wprost na moją bramkę), a zaraz po tym „Gruby, broń coś!” (kiedy piłka wpadała do siatki, a wpadała często). W zasadzie puszczałem wszystko jak leci, ale mimo wszystko grałem. Byłem jednym z nich i to było najlepsze!

Dzisiaj biegając już dla przyjemności mijam nasze stare boisko. Od kilku lat nie widziałem tam żywego człowieka, a przetarcia w polu karnym, które doskonale pamiętam, zarosły piękną, zieloną trawą.

Wygląda na to, że aplikacje na telefon już tak wiernie oddają grę w piłkę, że nie ma sensu organizować chłopaków i fatygować się na boisko

Oszczędzanie w czasach wielosztuk

Znowu sprzedawca spojrzał na mnie jak na głupka, bo nie chciałem kupić dodatkowej coli. Wiem, że jest super promocja i jak kupię dwie, to będzie taniej, ale ja mam tylko jeden żołądek, jedno pragnienie i żadnej torby, żeby nosić te wasze wielosztuki.

Niby bzdurna promocja, ale przy kasie czuję się jak Antygona: przepłacić, ale wyjść z jedną puszką czy kupić dwie lub trzy po normalnej cenie i upychać je gdzieś po kieszeniach. Czego bym nie zrobił i tak wydam więcej, bo nie da się kupić jednej coli w normalnej cenie. To taka ukryta kara za to, że miałem odwagę przyjść i kupić mniej, niż przewidują prognozy sprzedażowe na dany kwartał. W takich chwilach próbuje przełożyć rzeczywistość na realia moich dziadków, których bardzo cenię za zdroworozsądkowe podejście do życia. Nie wiem, co powiedzieliby widząc mnie wracającego od piekarza z trzema bochenkami chleba, ale na pewno nie słowa uznania dla poczynionych przeze mnie oszczędności, o czym próbował zapewniać mnie sprzedawca wciskający mi drugą kolę.

Czasem zastanawiam się co to za świat, w którym nawet oszczędzanie stało się nieopłacalne.

Mięso, wódka i disco polo

Jeśli miałbym jeden wieczór na pokazanie obcokrajowcowi czym w istocie jest Polska, bez wahania zabrałbym go na tradycyjne polskie wesele. 👰

Takie, gdzie do białych koszul z krótkim rękawem nosi się szerokie, kuse krawaty, gdzie spracowane ręce wuja z wąsem odpalają papierosa od papierosa, gdzie na niepijących patrzy się jak na zdrajców ojczyzny, podobnie jak na tych, co nie jedzą mięsa. Zabrałbym go na wesele, na którym płonące półmiski z kotletami podawane są przez kelnerów w ciemnych okularach wbiegających na salę przy dźwiękach motywu z Mission Impossible, których układ choreograficzny nagradzany jest gromkimi brawami i tak już przejedzonych gości. To musiałby być ten typ wesela, gdzie podpity stryj rzuca niewybredne żarty w stronę młodych dziewcząt, a w tańcu łapie w sposób, który wszędzie indziej otagowany zostałby jako #MeToo.

Polskie wesela jak w soczewce pokazują kim jesteśmy i czym żyjemy, jak blisko nam do próżnego obżarstwa i pijaństwa, jak daleko do klasy i dobrego smaku.

Witamy w Polsce, kraju mięsa, wódki i disco polo.

Sprawny marketing w imię Pana

Czytam sobie, że nie dalej jak w zeszłym tygodniu przechowywana w madryckim klasztorze Wcielenia krew św. Pantaleona znów się upłynniła. 

„Do późnych godzin 27 lipca wierni tłumnie przybywali do klasztornego kościoła, aby zobaczyć to niezwykłe zjawisko i prosić świętego o opiekę.” Okazuje się, że krew pochodzi aż z III wieku i co roku we wspomnienie św. Pantaleona (a więc dokładnie 27 lipca) przybiera płynną postać. „Cały proces można obserwować na ekranach, które są w tym celu umieszczone w kościele.”

Trzeba przyznać, że pośród wielu zastrzeżeń, które można mieć do dzisiejszego Kościoła, nie można mu odmówić sprawnego marketingu. Msze święte online, spowiedź przez Internet, szeroki wachlarz mszy intencyjnych, w tym gregorianki, czyli 30 (!) mszy świętych odprawianych codziennie w intencji zmarłej osoby. Dla najmłodszych parafian system lojalnościowy w postaci karteczek adwentowych. Najlepszym przykładem sukcesu w tej materii jest portugalska Fatima, gdzie w długich kolejkach i na pełnym słońcu dziesiątki wiernych czekają na możliwość wrzucenia do ognia woskowych jelit, pęcherza lub piersi. Pamiętam rozczarowanie w oczach jednego z pielgrzymów, którego ręka roztopiła się w okolicach łokcia tworząc coś na kształt woskowego bajgla.

W Fatimie próżno szukać jednak woskowych miniaturek zdrowego rozsądku, które w intencji wiernych można by wrzucić do pieca.

Pisz pan książkę!

Od dzieciństwa z każdą książką starałem obchodzić się z szacunkiem, bo każda książka niosła ze sobą określone wartości. Pamiętam czasy, kiedy używane podręczniki kupowało się od starszych kolegów, by po roku przekazać je dalej. Pamiętam też, jak pani ze szkolnej biblioteki przy użyciu taśmy klejącej i nożyczek w skupieniu opatrywała wracające z frontu tytuły, by jak najszybciej przywrócić je do służby. Kolorowe historie w szarych okładach – tak pamiętam ten czas.

Dzisiaj wszyscy piszą książki i to tym chętniej, im mniej kompetencji ku temu posiadają. Księgarskie półki uginają się od sportowych poradników napisanych przez ludzi, który dwa lata temu zeszli z kanapy czy autobiografii coraz mniej znanych i coraz młodszych ludzi. „Pisz pan książkę!” to tytuł jednego z tych białych kruków, który najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierzamy. Szare historie w kolorowych okładkach.

Ktoś powiedział niedawno, że kiedyś potrzebna była odwaga, by książkę napisać, dzisiaj potrzeba odwagi, by książkę przeczytać.

Maurycy, co ty tutaj piejesz o siódmej rano?

Byłem ostatnio świadkiem sytuacji, w której jadący w gęstym korku samochód zablokował połowę przejścia dla pieszych. Młode małżeństwo z wózkiem zamiast ominąć pojazd zaczęło napastliwie uderzać dłońmi w tył samochodu wyrażając tym samym dezaprobatę dla bezmyślności kierowcy. Pomyślałem wtedy, że zatraciliśmy gdzieś zdolność do pochłaniania małych, codziennych ciosów. Każda niedogodność musi zostać skomentowana, za każdą akcją idzie nasza reakcja, co w rezultacie prowadzi do absurdów pokroju procesu koguta Maurycego pozwanego o zbyt wczesne pianie. W takich sytuacjach zawsze odsyłać będę do nieśmiertelnej w moim wypadku „Sztuki życia według stoików” Piotra Stankiewicza, a w szczególności zawartych tam nauk Marka Aureliusza. Obu panów gorąco polecam Waszej uwadze.

Życie jest nowelą

Myślę, że najlepszym przykładem, który obrazuje w jak bardzo nieporadnych czasach żyjemy jest skomplikowane prawo podatkowe. Płacimy tak wiele różnych podatków, które kalkulowane są w tak różne sposoby i których obowiązek zapłaty powstaje w tak różnych momentach, że nie sposób odnaleźć się w tym bez pomocy doradcy podatkowego. Co ciekawe, wpływy z podatków redystrybuowane są na tak wiele różnych sposobów, że do ich zbierania i rozdzielania potrzebna jest ogromna administracja. Każdą wpłaconą i wypłaconą złotówkę trzeba przecież odnotować. Przepisy zmieniają się tak szybko, że nie sposób za nimi nadążyć. W tym kontekście powiedzenie, że „życie jest nowelą” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Z jednej strony chwalimy przejrzystość i prostotę, z drugiej wciąż dopisujemy nowe artykuły. Niby latamy w kosmos, a na co dzień wciąż łatamy te same dziury w skarpetach.

Jadąc na jednym kółku

Jednym z moich ulubionych absurdów dzisiejszych czasów jest rezygnacja z chodzenia przy jednoczesnym wzroście zainteresowania różnego rodzaju aktywnością ruchową, w tym – co najciekawsze – bieganiem. Do pracy jeździmy na elektrycznych hulajnogach, po pracy pocimy się na elektrycznych bieżniach. Zupełnie tak, jakby ruch bez zewnętrznego zasilania był już niemożliwy. Nie wiem czy to świat tak urósł, że musimy przemierzać go na elektrycznym kole, czy to my tak bardzo skurczyliśmy się w pogoni za wygodą i innowacyjnością.

Rzeka zwana Instagramem

Nie rozumiem powszechnego ubolewania nad słabością społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dożyliśmy tak wygodnych i bezpiecznych czasów, że jednoczenie się i walka o cokolwiek stała się po prostu niepotrzebna. Odchodzą starzy obywatele, a ich miejsce zajmują młodzi, wygodni konsumenci. Ważne są regularne przesyłki z Zalando, lunch w nowo otwartej knajpie i wakacje na Madagaskarze. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, więc płyniemy bezrefleksyjnie z prądem rzeki postów z Instagrama i absurdalnych tematów poruszanych w telewizji śniadaniowej, w której nawet prowadzący z coraz większym trudem ukrywają swoje zażenowanie. Myślę, że ani to złe, ani dobre. Nie ma co się gniewać na obojętnych obywateli-konsumentów, bo i ten gniew obejdą obojętnością. Pytanie tylko, czy na końcu radosnego potoku nie czeka wodospad.