Intelektualne Bieszczady

W tym roku rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Dokładnie tak! Zawsze o tym mówiłem, ale jakoś nigdy nie mogłem się zdecydować. Człowiek gniecie się tanimi liniami, żeby zobaczyć czy hotel na drugim końcu świata wygląda tak jak w katalogu, podczas kiedy u nas jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia. Koniec z twardą turystyką i drinkami obcych mocarstw na „all excuse me”! Pora wstać z turystycznych kolan!

Bieszczady mają tę wielką zaletę, że nie wymagają wielkiego planowania. Nie trzeba sprawdzać ważności paszportu, załatwiać wizy, wymieniać waluty czy kupować specjalnego ubezpieczenia. Odpada cały ten stres związany z perfekcyjnym zaplanowaniem wyjazdu, tak żeby nie pominąć żadnej z kluczowych atrakcji i nie wyjść na durnia przez znajomymi. No bo jak wytłumaczyć się z turystycznego faux pas, że będąc w Egipcie nie widziało się piramid. Skandal! W tym wypadku hasło „Bieszczady” idealnie nadaje się do ucięcia wszelkich spekulacji na temat planów wyjazdowych. Bieszczady to Bieszczady – czego nie rozumiesz?

Wiem też, że nie jestem jedyny, który w dobie pandemii wybiera się w polskie góry. Można nawet powiedzieć, że jestem już wewnętrznie przygotowany na ewentualny small talk z sąsiadem lub kolegą z pracy, którego zapewne spotkam na szlaku lub w kolejce po gofra. Już sam fakt tego, że spotykamy się w tym, a nie innym miejscu, będzie bardzo wymowny; kto wie, być może przywitamy się jedynie uniesieniem słomkowych kapeluszy, gdyż wszelkie rozmowy czy wyjaśnienia będą po prostu zbędne. I tak właśnie wyobrażam sobie Bieszczady: jako stan zupełnej swobody umysłu i wewnętrznej równowagi. Polska Mekka dla wyznawców spokoju.

Do zobaczenia na szlaku. Albo w kolejce po gofra.

Pokolenie Y w drodze na Mount Everest

Kolejny milenials spada ze ściany 🧗🏻‍♀️

Żyjemy w globalnej wiosce. Miejscu, w którym bez problemu możemy śledzić ludzi sukcesu. Ci którym się udało, zapewniają nas, że wszystko zależy od motywacji, ciężkiej pracy i poświęcenia. Wtórują im wszelkiej maści trenerzy biznesu i kołczowie od samorozwoju.

W tym wszystkim pojawia się moje pokolenie – ludzi pewnych siebie, zmotywowanych, przekonanych o swojej wyjątkowości, z biografią Steva Jobsa w plecaku. Dla części z nich sukces staje się obsesją, tym większą im dłużej się nie pojawia. Przecież wszyscy mówią, że wystarczy marzyć!

W ostatnim czasie obserwuję sytuacje, gdzie wspólne życiowe wyprawy dwójki ludzi zamieniają się w dramatyczny atak szczytowy jednej z nich. Silna potrzeba sukcesu sprzyja decyzji o porzuceniu bazy, tym samym ciężaru jakim w drodze na szczyt okazuje się partner. I być może wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że każda wspinaczka ma jednak wiele niepewnych chwytów. W takiej sytuacji odpadnięcie od skały bez asekuracji drugiej osoby może na długo przesłonić marzenia o zdobywaniu szczytów.

Za co kocham Tatry

Siedząc w Murowańcu obserwuję ulewę i myślę o rzeczach, za które kocham nasze Tatry. ⛰

Przede wszystkim za pozdrowienia i bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy w dobie Internetu wciąż pozostają najlepszym źródłem informacji. O drodze, o warunkach na szalaku, o tym czy „daleko jeszcze?”. W końcu znów rozmawiamy! Zupełnie jak za czasów Kasprowicza czy Przerwy-Tetmajera.

W drugiej kolejności za cudowne widoki i długie szlaki, które pozwalają wyprostować najbardziej kręte myśli. Następnie za szarlotkę w Murowańcu i wspólne budowanie wież z kubków po piwie w Piątce. Za walkę o gniazdka i poranne debaty o pogodzie.

W końcu za solidne lekcje szacunku do gór. A to doceniam dopiero, gdy zupełnie bezpieczny popijam ciepłą herbatę w schronisku i obserwuję helikopter wracający gdzieś z znad Orlej Perci.