Turysta w świecie historii

Ostatnie miesiące spędziłem na zgłębianiu tematyki drugiej wojny światowej, głównie kwestii obozów koncentracyjnych. Czytałem, oglądałem, a wydarzenia z przeszłości ciążyły jak kamień przywiązany do głowy. Próbowałem nawet na chwilę uciec w zupełnie innym kierunku, mianowicie w świat Tybetu, ale i tam dopadły mnie wojenne upiory – autorka „Daleko wysoko…” przez dziesięć lat zajmowała się tym, co ja próbowałem zrozumieć w oparciu o kilka zaledwie książek i filmów.

Zgłębianie obozowych historii odstawiam na boczny tor. Doszedłem do wniosku, że ilość przeczytanych publikacji w żaden sposób nie przybliża mnie do pełnego zrozumienia wojennej tragedii. Wszystkie te obrazy są niby wyraźne, ale w gruncie rzeczy zbyt odległe dla współczesnego człowieka. W pewnych momentach odczuwałem nawet coś w rodzaju historycznej zniewagi, której dopuszczałem się czytając o marszach śmierci, sam siedząc pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Czułem się jak naiwny turysta, któremu w bezpiecznych warunkach uchyla się wrota okrutnej przeszłości i czeka na ożywioną reakcję. Turysta myśli, że dotyka istoty sprawy, podczas gdy ta pozostaje daleko poza jego zasięgiem. Jak blisko by nie podchodził, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tragedii tamtych lat. Najlepszym dowodem na intelektualną niedostępność przeszłości są współczesne rysunki na obozowych pryczach w jednym z baraków w Treblince. „Rafał z Torunia to był” – oto cała refleksja na temat wydarzeń, które miały tam miejsce.

Niestety dla mnie, człowieka wychowanego w czasach pokoju i dobrobytu, zapuszczanie się w otchłań wojennego nieszczęścia jest z góry skazane na porażkę. Mogę czytać, ale nigdy w pełni nie zrozumiem. Dla mnie historia to nie tylko fakty, ale i doświadczenia, a tych póki co nie potrafimy jeszcze przenosić z człowieka na człowieka. Może i lepiej. Niech tak zostanie.

👴

Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Moda na wirusa

Przyznam, że z dużym zainteresowaniem obserwuję luzowanie reżimu sanitarnego na naszych ulicach. Powiedziałbym nawet, że powoli wyłania się z tego pewna spójna stylizacja, polegająca na przykład na noszeniu maseczki zsuniętej nisko pod brodą (co w jakimś tam sposób wspiera zapewne pracę mięśni żwacza), czy na nonszalanckim noszeniu maski założonej tylko na jedno ucho. Jakby nie było maseczka jest, a że bardziej przypomina chorągiewkę niż środek ochronny – trudno, tak się teraz ludzie noszą.

Ciekawą propozycją są też długie, niemal weterynaryjne rękawiczki noszone tylko na jednej ręce. To pewnie dlatego, że jedna długa rękawiczka jest po prostu lepsza niż dwie krótkie. Poza tym podział rąk pozwala na specjalizację: jedną ręką kontaktujemy się ze skażonym światem, a drugą dedykujemy sterylnym czynnością osobistym. Jak to pisał święty Mateusz, „niech nie wie twoja lewa ręka, co czyni prawa”. Jakże aktualna myśl! Tylko nie daj Bóg się na chwilę zapomnieć i przejechać folią po czole. Umarł w butach!

Dopełnieniem pandemicznej elegancji są natomiast różnego rodzaju przyłbice bardzo chętnie ubierane na niedzielne spacery, niejednokrotnie personalizowane, na przykład poprzez wycięcie dziur na oczy w przeźroczystym tworzywie. Sam miałem okazję podziwiać dzisiaj taki model. Taka można powiedzieć burka-niewidka.

Pozostając jednak przy naszej religii i świętym Mateuszu, myślę, że z wirusem jest trochę jak z Kościołem – niby wszyscy wierzymy, ale jak przyjdzie co do czego, to nikt nie praktykuje. Może dlatego krzywa naszej „wiary” ciągle czeka na wypłaszczenie.

🦠