Nibylandia

Zauważam ostatnio ciekawe zjawisko zakładania psich profilów na Instagramie. Na jednym zdjęciu piesek śpi, na innym się bawi, na trzecim jest smutny, a na czwartym wesoły. Już nie człowiek, a zwierzak staje się bohaterem codzienności.

Nie powinno mnie to właściwie dziwić, bo od dłuższego czasu obserwuję zmianę modelu młodej rodziny z ‘dwa plus jeden’ na ‘dwa plus pies’. Przypomina mi to trochę demonstracyjną wersję gry w rodzica: niby czujemy na sobie odpowiedzialność za żywą istotę, ale jednak wszystkie problematyczne funkcje typu szkoła czy dorastanie są wyłączone. Takie, można powiedzieć, rodzicielstwo w wersji soft.

Myślę też, że kto jak kto, ale akurat moje pokolenie, które połowę dzieciństwa spędziło grając w The Sims powinno być wybitnie przygotowane do założenia rodziny i posiadania potomstwa. Tutaj sprawy mają się dokładnie na odwrót, bo trzydzieści lat to często zbyt młody wiek na stały związek, a co dopiero decyzję o potomku. Najpierw warto sprawdzić się jako administrator psiego profilu, a potem się zobaczy.

Chciałoby się powiedzieć, że młodzi ludzie schodzą na psy(!), ale byłbym tu jednak bardzo ostrożny z krytyką. Tak po prostu wygląda Nibylandia – kraina Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni. Nikt o zdrowych zmysłach nie opuszcza jej na własne życzenie, choć wszyscy wiedzą, że deportacja jest nieunikniona.

🧚‍♀️

My tu mamy tak

Przez długi czas szukałem określenia, które w zgrabny sposób ujęłoby główną zasadę funkcjonowania Instagrama. Odpowiedź przyszła niespodziewanie podczas przeglądania story jednej z dziewcząt, która jest znana z tego, że ma trzynaście tysięcy obserwatorów (nie mylić z fanami). Otóż ta skądinąd piękna dziewczyna wrzucając zdjęcia jeszcze piękniejszych widoków rozciągających się za oknem jej apartamentu dodała krótkie: „my tu mamy tak”.

W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie-riposta: „a ja mam jak?”. Dla pewności podniosłem żaluzje licząc że paskudny blok, który straszy z przeciwka został być może zdetonowany odsłaniając tym samym widok na piękną miejską zieleń. Nic z tych rzecz, siwizna przełamana ciemnymi zaciekami biła po oczach wyjątkowo dotkliwie. Pomyślałem wtedy, że nawet gdybym bardzo chciał zostać wydawcą swojej instagramowej gazetki pod tytułem „ja i moje życie”, to ze względów czysto estetycznych byłoby to po prostu niemożliwe. Co ja mam do pokazania światu? Jeżyka z parówek?

Mam takie poczucie, że hasztag „my tu mamy tak” idealnie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, w której ludzie budują swoją tożsamość już nie poprzez to jakimi w istocie są ludźmi, ale to gdzie bywają, co widzą i jakie rzeczy mają na talerzach. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ci od pokazywania coraz częściej próbują wejść w rolę tych, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Tak jak wejście do garażu nie uczyni człowieka samochodem, tak duża popularność nie zrobi z nikogo eksperta. Warto o tym pamiętać, szczególnie dzisiaj kiedy habilitację z życia próbuje się zrobić na liczbie lajków.

🎡

Świat miliona bodźców

Ostatnimi czasy próbuję wypracować strategię poruszania się w świecie miliona bodźców. 🙉

Sprawa trudna i zdradliwa, bo nawet w sytuacji kiedy udaje mi się na chwilę zatrzymać artylerię powiadomień, szybko okazuje się, że tak naprawdę znajduję się w oku cyklonu. Tam też wiatr cichnie, by za chwilę uderzyć z podwójną mocą.

Dawno już wyłączyłem wszelkie powiadomienia w telefonie. Ostrożnie oglądam telewizję – tutaj atak jest wyjątkowo brutalny, bo reklama uderza niepodziewanie, najczęściej w trakcie filmu. Unikam egzotycznego w swojej nazwie sportu zwanego ‘serfowanie po internecie’. Teraz każdą rzecz w sieci sprawdzam ostrożnie, najczęściej ubrany w żelazny hełm marki AdBlock. Do kina staram się spóźniać, radio włączam po pełnej godzinie. Brzmi jak dzień świra, ale myślę, że dzięki temu chociaż częściowo uchroniłem się przed wiedzą o najnowszych lekach na upławy, brak apetytu u psa czy najlepszej wersji magnezu.

Sprawa komplikuje się, kiedy jestem w pracy. Tutaj przyjmowanie, przetwarzanie i odsyłanie informacji stanowi podstawę moich obowiązków. Czasem pocieszam się, że to tak naprawdę jedna wielka gra w tenisa, gdzie zamiast rakiet mamy komputery, a zamiast piłeczek maile. Niestety trudno zachować optymizm, kiedy w moją stroną leci jednocześnie dwanaście różnych piłek.

Ostatecznie myślę, że wcale nie muszę być na bieżąco ze światem, z tymi wszystkimi wiadomościami, zdjęciami znajomych, filmami na YouTube. Dzisiaj wiedzieć wszystko, to nie wiedzieć nic. I lepiej dojść do takich wniosków w domowym zaciszu niż na kozetce u psychologa.