Stany pośrednie

Świat wymaga dzisiaj natychmiastowych efektów. Proszek musi od razu spierać plamę, płyn natychmiast usuwać tłuszcz, tabletka precyzyjnie identyfikować źródło bólu, najlepiej już na etapie wyjmowania z pudełka. Dietom stawia się najwyżej siedmiodniowe ultimatum, a efekty odżywek i past do zębów mają być widoczne już po pierwszym użyciu.

Podobnie bywa z nami. Wypada być wysoko wydajnym i efektywnym, najlepiej z perspektywą szybkiego awansu. Warto też regularnie zmieniać samochód – nieważne, że aktualny ma się nieźle. W duchu szybkiego rozwoju warto też jak najszybciej wyprowadzić się na swoje; przecież nieruchomość to najlepsza inwestycja, jak można tego nie rozumieć. Człowiek zdolny życiowo, to człowiek zdolny kredytowo. Cały czas do przodu. Cały czas szybciej, wyżej, silniej.

Każdy kto grał kiedyś w The Sims, wie ile radości daje odkrywanie kolejnych elementów wyposażenia domu. Wstawienie jacuzzi do salonu to było wydarzenie. Oczywiście wcześniej trzeba było znaleźć wirtualną pracę i zarobić wirtualną walutę. Grałem tygodniami, dopóki ktoś nie pokazał mi kodu na pieniądze. Przez chwilę było fajnie, mimo wszystko szybko zatęskniłem za stopniowym odkrywaniem tych wszystkich gadżetów. Gra się skończyła, wypaliła się w ciągu dwóch dni.

Babcia zawsze powtarzała, żeby się nie śpieszyć z jedzeniem, bo człowiek nawet nie zdąży poczuć smaku. Ale kto by tam patrzył na smak, kiedy wokół tyle rzeczy do spróbowania.

📊

Na pół gwizdka

Wszystko tak jakoś nagle wyhamowało. Zauważam u siebie coraz większe ilości wolnego czasu i coraz więcej niezapisanych stron w kalendarzu. W zeszłym roku miałem tyle spraw, że kajet na dwa tysiące dwadzieścia musiałem kupić jeszcze w listopadzie. To też trochę zakrawa na absurd, że człowiek wszędzie nosił tę tekturę i zanim cokolwiek zdecydował, to musiał się z tym tałatajstwem porozkładać i głęboko zastanowić, czy ma na cokolwiek czas. A teraz bardzo proszę, każdy termin jest tak samo idealny.

Równie przydatny jest teraz mój super zegarek z funkcją międzynarodowego czasu atomowego uchodzącego za najdokładniejszy na świecie. Dzięki niemu wiem, że przenosząc się o dziesiątej na kanapę, ryzyko spóźnienia się ograniczone zostaje do jednej sekundy pojawiającej się raz na sto trzydzieści osiem milionów lat. Są pewne rzeczy, na które po prostu nie wypada się spóźniać. Narożnik w salonie jest jedną z nich.

I tak sobie właśnie funkcjonuję w warunkach czasowego rozluźnienia. Nie wiem jak długo to potrwa, ale wiem, że tego właśnie potrzebowałem. Oderwania się od kalendarzy, zegarków, terminów, budzików i alertów. Teraz mogę na to wszystko nagwizdać. I to też na spokojnie – najlepiej na pół gwizdka.

🧘‍♂️

Daj lajka

Zostawcie mega łapek w górę, bo mnie to mega motywuje 👍

Taki oto wesoły rym z usłyszałem w pierwszych sekundach jednego z filmików na YouTube. Bohaterem filmu był młody chłopak – kto wie, być może przyszły influencer. Film nie traktował w zasadzie o niczym konkretnym. W moim odczuciu skupiał się przede wszystkim na zachęcaniu do subskrybowania kanału i komentowania filmu, bo – jak wielokrotnie podkreślał autor – „mega go to motywuje”.

Internetowy słownik języka polskiego PWN podpowiada, że motywować oznacza «skłaniać lub zachęcać do jakiegoś działania». Wyobrażam sobie zatem naszego youtubera u szczytu popularności, gdy rozchwytywany przez innych youtuberów, decyduje się w końcu na udzielenie wywiadu rzeki.

– Szanowny panie redaktorze, pyta mnie pan o motywację do działania, o motywację do codziennego wstania z łóżka, włączenia kamery i nagrania tego, co mam do powiedzenia światu. Otóż odpowiedź jest banalnie prosta: to co mnie motywuje, to łapki w górę. I powiem panu redaktorowi więcej. Z tego miejsca chciałem ogłosić swój nowy niezależny projekt artystyczny na najbliższą dekadę. Projekt polegać będzie na zebraniu lajka od każdego internauty na kuli ziemskiej. Projekt nazwałem roboczo „wszystkie łapki na pokład”. Owszem, jestem świadomy, że to ambitny cel, ale wiem, że mój kontent ma potencjał. A przy okazji – czy pan redaktor polubił już mój kanał?

Czasami trudno mi uwierzyć, że wirtualne kliknięcia przechowywane gdzieś na zagranicznych serwerach mają aż tak wielką siłę oddziaływania na to, co dzieje się tu i teraz. A może to ja jestem z poprzedniej epoki i nie widzę, że lajki to waluta przyszłości?

Nie wiem. Czasem mam ochotę cofnąć suba temu światu.

Samolot z papieru

Z podstawówki zapamiętałem, że ucząc się i będąc ciekawy świata mogę dolecieć gdziekolwiek zechcę – zupełnie jak precyzyjnie złożony samolot z papieru. 🛫

Przez wszystkie lata nauczania składałem więc origami własnej osoby, by siłą rozpędu dolecieć na studia. Po pięciu latach mogłem oficjalnie dorysować na skrzydłach skrót „mgr” i wylądować w pierwszej w miarę dobrze płatnej pracy. W tym momencie wystrzeliły szampany, a na lotnisku przywitała mnie delegacja znajomych gratulując sukcesu i życząc wysokich zarobków.

I nagle okazało się, że codzienność zaczęła sprowadzać się do wykonywania tych samych obowiązków i pogoni za coraz wyższą pensją. Papierowy samolot razem z całą moją ciekawością świata przepadł gdzieś na dnie szuflady.

Zacząłem zastanawiać się czy tak ma wyglądać modelowy lot przez dorosłe życie – zakończony na pierwszym możliwym lotnisku. Być może. W moim wypadku czuję jednak, że wiatr zmian może przynieść jeszcze bardzo wiele dobrego, czego i Wam życzę.

Wypalenie zawodowe

Wiesz, ja to się już chyba wypaliłam zawodowo w tym urzędzie – wyznaje mi przy obiedzie znajoma, lat trzydzieści dwa. 🤷‍♀️

Niby wszystko super, praca można powiedzieć zbieżna z moimi zainteresowaniami, bo to jednak Departament Czasu Wolnego i Rekreacji, ale ty wiesz, ile my tam mamy obowiązków? Ostatnio przyszła do mnie dyrektora i mówi: Jola, trzeba będzie ulotkę zrobić o tej ścieżce zdrowia, co to ją wizytowałaś. Bo wiesz, zrobili w parku taką ścieżkę z kostki i parę razy wysłali mnie tam z urzędu, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku. Pochodziłam w kółko, no ale myślę sobie, co będę wracać, rozpisałam delegację to jeszcze posiedzę, pokarmię gołębie czy coś. No i ona żebym ulotkę o tym zrobiła. A wiesz, ja w umowie nie mam nic o pracy twórczej, no to poprosiłam dyrekcję o spotkanie całego zespołu z prośbą o wyjaśnienie naszego zakresu obowiązków, bo wiesz, dzisiaj się zgodzisz na ulotkę, a jutro co? Przemówienie prezydenta miasta z okazji mistrzostw w wędkarstwie spławikowym? Dziękuję bardzo! Biedna Basia siedziała po nocach i czytała o kołowrotkach. Nie no mówię ci, ja przy środzie to czuje się jak rozjechana przez walec. Autentycznie. Śniadanie, kawka, fajeczka, coś tam pogadamy i tu raptem trzynasta, obiad, no to co tak efektywnie zrobisz przez dwie godziny? Wiesz, to by się dało, ale to potrzeba ludzi. Efekt jest taki, że przychodzi piątek i ja totalnie nie wiem jak się nazywam. Ale tak totalnie. I powiedz mi, ile można w takim tempie?

Nie wiem Jola – odpowiadam jednak na to retoryczne pytanie – może czas pomyśleć o jakiejś spokojniejszej robocie.

Pokolenie Y w drodze na Mount Everest

Kolejny milenials spada ze ściany 🧗🏻‍♀️

Żyjemy w globalnej wiosce. Miejscu, w którym bez problemu możemy śledzić ludzi sukcesu. Ci którym się udało, zapewniają nas, że wszystko zależy od motywacji, ciężkiej pracy i poświęcenia. Wtórują im wszelkiej maści trenerzy biznesu i kołczowie od samorozwoju.

W tym wszystkim pojawia się moje pokolenie – ludzi pewnych siebie, zmotywowanych, przekonanych o swojej wyjątkowości, z biografią Steva Jobsa w plecaku. Dla części z nich sukces staje się obsesją, tym większą im dłużej się nie pojawia. Przecież wszyscy mówią, że wystarczy marzyć!

W ostatnim czasie obserwuję sytuacje, gdzie wspólne życiowe wyprawy dwójki ludzi zamieniają się w dramatyczny atak szczytowy jednej z nich. Silna potrzeba sukcesu sprzyja decyzji o porzuceniu bazy, tym samym ciężaru jakim w drodze na szczyt okazuje się partner. I być może wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że każda wspinaczka ma jednak wiele niepewnych chwytów. W takiej sytuacji odpadnięcie od skały bez asekuracji drugiej osoby może na długo przesłonić marzenia o zdobywaniu szczytów.

Zamki na piasku

Mam wrażenie, że praca w korporacji jest jak budowa zamku w piaskownicy. Na początku każdy otrzymuje swój kawałek piasku, zestaw foremek i krótką instrukcję użytkownika. Praca odbywa się pod nadzorem starszego piaskowego, a więc człowieka który z piasku potrafi lepić pałace. Gdy jest dobrze – milczy, jeśli karci to tylko na kanapkę: super; jesteś beznadziejny; oby tak dalej! Co jakiś czas zarząd piaskownicy wprowadza nowy proces, którego nikt nie rozumie. W efekcie powstaje makabryczna budowla, do której nikt się nie przyznaje. Niby każdy jest do czegoś przypisany, ale ostatecznie nikt za nic nie odpowiada. Naprzeciw piaskowemu wypaleniu wychodzą nowe atrakcje w Bajowym Lesie oraz coroczne, płomienne przemowy Piaskowego Dziadka. To tutaj mówi się, że kto pod kim dołki kopie, ten wyższe zamki stawia.