Kto się wstydzi latać?

Coś czuję, że flygskam się u nas nie przyjmie. ✈️

Świat zwraca uwagę na ślad węglowy. Mówi się o tym, by zrezygnować z samolotów na rzecz podróży pociągami, by przesiąść się z samochodów na transport zbiorowy, by gasić światło, oszczędzać wodę, nie kupować plastiku, odpowiedzialnie segregować śmieci.

Kiedy się o tym przypomina, wszyscy z uznaniem kiwają głowami. Kiedy przychodzi do codziennych wyborów jakoś trudno zrezygnować z wygodnych rozwiązań. Skoro stać mnie na samochód to nie po to, by jeździć zatłoczonym tramwajem. Mam pieniądze, więc stać mnie na dietę w plastikowych pudełkach. Jestem zmęczony pracą, więc polecę wypocząć na drugim końcu świata. Przyjęliśmy konsumpcję jako wyznacznik jakości życia, co z założenia kłóci się z oszczędnym wykorzystaniem zasobów naszej planety. Niby się wstydzimy, ale jakoś tak bez przekonania.

Nie mam wątpliwości, że pojedynek wygody ‚tu i teraz’ z dobrem przyszłych pokoleń ‚tam i kiedyś’, wygra to pierwsze. Potrzeba naiwności szesnastolatki, by twierdzić inaczej.

Książki kupuję, nie wypożyczam. Niestety

Mam trochę problem z kupowaniem książek 📖

Z jednej strony bardzo lubię odwiedzać księgarnie, przeglądać półki z nowościami, pytać o nowe i stare tytuły, na końcu wracać do domu z nową książką i po prostu czytać. Z drugiej mam świadomość, że poza kilkoma ulubionymi pozycjami do większość książek nie będę wracać tak często i po przeczytaniu nie będą mi raczej szczególnie potrzebne.

Próbowałem przerzucić się na czytanie książek z bibliotek, ale tu pojawiły się dwie zasadnicze przeszkody: Po pierwsze, o ile nie ma problemu z dostępnością starych tytułów, o tyle o nowe pozycje trzeba walczyć z szybkością i zaangażowaniem godnym maklera giełdowego przy jednoczesnej niemałej wiedzy na temat zasad działania systemu. A te, mam wrażenie, są zupełnie inne dla każdej biblioteki – zasady rezerwacji, przedłużenia, kolejka oczekujących, katalog centralny, katalog lokalny, itd. Na szczęście jest pani Danusia, która potrafi pomóc, kiedy skończą mi się już pomysły na prawidłowe wypełnienie rewersu.

Po drugie, odwiedzając bibliotekę zawsze staram się wypożyczać kilka tytułów na raz i nie zawsze jestem w stanie zwrócić je na czas. W konsekwencji chcąc wypożyczyć kolejne książki muszę uregulować karę ze przetrzymanie poprzednich tytułów. Panie z wypożyczalni w takich sytuacjach zachęcają mnie do zrobienia prolongaty, ale jakoś mam wrażenie, że może ktoś właśnie czeka na moją książkę i przedłużając termin zwrotu sprawię mu przykrość. Posiadanie książki na własność jest pod tym względem bardzo wygodne.

Tak sobie myślę, że są pewne rzeczy na których nie warto oszczędzać, a jedną z nich są kupione na własność książki. Coś czuję, że szybko nie zrezygnuję z tej przyjemności.

PS Pani Danusiu, jeśli pani czyta ten wpis, to obiecuję, że do końca tygodnia oddam resztę książek i ureguluję zaległości. Pozdrawiam!

Minotaur z galerii handlowej

Szczerze nie lubię galerii handlowych 🛍

Zawsze kiedy muszę odwiedzić centrum handlowe robię to z dużą niechęcią. Tłok, hałas, głośna muzyka i rozpylane przez speców od marketingu zapachy powodują, że po dwudziestu minutach czuję się po prostu wyczerpany zakupami.

Może nie byłbym tak negatywnie nastawiony, gdyby nie fakt, że dzisiejsze galerie przybrały rozmiary wielkich labiryntów, z których wyjście bez zawiązanej uprzednio przy wyjściu nici może okazać się niemożliwe. Raz nawet pewna starsza pani poprosiła mnie o odprowadzenie do wyjścia, co z zadowoleniem uczyniłem czując się jak Wawrzyniec Żuławski ratujący w Tatrach piękne turystki, które pochłonięte urokiem gór gubiły szlaki. No, powiedzmy, że tak się czułem.

W galeriach jest jednak rzecz, która zawsze poprawia mi humor. Są to mianowicie znużeni trwaniem na posterunku i snujący się leniwie po piętrach ochroniarze w butach o przetartych do łysego podeszwach, którym przy każdym kroku noga zakroczna rozjeżdża się trochę do tyłu. Mijając te poślizgowe grupy interwencyjne nachodzą mnie obawy, czy w przypadku ataku terrorystycznego ci biedacy uwierzą w to, co widzą, a jeśli tak to czy dadzą radę doczłapać na czas do wyjścia.

Jak nie utonąć w morzu konsumpcjonizmu

Po raz kolejny sprzątając mieszkanie zapełniłem dwa kartony zupełnie bezużytecznymi rzeczami. 📦

Jakieś notesy, kable, zużyte flamastry, stare filmy na DVD i masę innych równie nieprzydatnych rzeczy. Zacząłem zastanawiać się skąd we mnie to zamiłowanie do gromadzenia. Przecież niczego nie kolekcjonuję, niczego też nie zostawiam na czarną godzinę, przed którą tak bardzo przestrzegał mnie dziadek, a która jakoś nigdy nie chciała nadejść. Nadeszła za to godzina dziadka, który – gdyby to od niego zależało – w ostatnią podróż zabrałby zapewne co bardziej przydatne rzeczy z garażu.

Unikam przecen. Nie biorę darmowych próbek. Pozostaję niewzruszony, jeśli idzie o zachęty do skorzystania z oferty promocyjnej w Empiku. Wszystko, jak widać, na nic. Ale i na to znalazłem sposób. Wszystkie zbędne rzeczy zawożę regularnie na pchli targ, gdzie każdy przedmiot zyskuje nowego właściciela. To jedyne rozwiązanie żeby starym przedmiotom dać nowe życie, a samemu nie zatonąć w zdradliwych wodach konsumpcjonizmu.

I tylko dziadek w grobie się przewraca.

Oszczędzanie w czasach wielosztuk

Znowu sprzedawca spojrzał na mnie jak na głupka, bo nie chciałem kupić dodatkowej coli. Wiem, że jest super promocja i jak kupię dwie, to będzie taniej, ale ja mam tylko jeden żołądek, jedno pragnienie i żadnej torby, żeby nosić te wasze wielosztuki.

Niby bzdurna promocja, ale przy kasie czuję się jak Antygona: przepłacić, ale wyjść z jedną puszką czy kupić dwie lub trzy po normalnej cenie i upychać je gdzieś po kieszeniach. Czego bym nie zrobił i tak wydam więcej, bo nie da się kupić jednej coli w normalnej cenie. To taka ukryta kara za to, że miałem odwagę przyjść i kupić mniej, niż przewidują prognozy sprzedażowe na dany kwartał. W takich chwilach próbuje przełożyć rzeczywistość na realia moich dziadków, których bardzo cenię za zdroworozsądkowe podejście do życia. Nie wiem, co powiedzieliby widząc mnie wracającego od piekarza z trzema bochenkami chleba, ale na pewno nie słowa uznania dla poczynionych przeze mnie oszczędności, o czym próbował zapewniać mnie sprzedawca wciskający mi drugą kolę.

Czasem zastanawiam się co to za świat, w którym nawet oszczędzanie stało się nieopłacalne.

Czy plastikowa słomka uratuje świat?

Takie wątpliwości naszły mnie ostatnio kiedy w kolejnej kawiarni przeczytałem, że słomki wydawane są wyłącznie na wyraźne żądanie klienta. (Swoją drogą ciekawe jak obsługa reaguje, gdy o słomkę prosi osoba z zaburzeniami mowy). Z jednej strony rozumiem potrzebę ograniczania plastiku, z drugiej mam wrażenie, że słomka ma tu jedynie charakter symbolu służący do poprawy wizerunku danego miejsca jako „przyjaznego środowisku”.

Spora część tego typu lokali nie ma przecież żadnego problemu z energią zużywaną na zasilanie wiszących na ścianach telewizorów (kto przychodzi do kawiarni oglądać teledyski?) czy energią niezbędną, by noc w noc podświetlać swoje ogromne logo. Pominę nadużywaną niejednokrotnie klimatyzację czy toalety, które potrafią ciec godzinami. Brak słomek zamiast stać się wisienką na torcie działań zgodnych z naturą, stał się listkiem figowym, zza którego wypuszcza się kolejne chmurki CO2.

No cóż, nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wskazanie winnego.

Komu wolno pisać książki

Celebryci powinni mieć zakaz wydawania książek, tak uważam. Spora cześć tych kolorowych poradników ma wartość porównywalną do jednorazowych słomek: kupić, użyć, wyrzucić. Książki te nie niosą niestety żadnych uniwersalnych wartości, co potwierdza konieczność intensywnej reklamy w pierwszej fazie sprzedaży i mocne przeceny w końcowym okresie promocji. Po kilku tygodniach można je kupić za parę złotych, co jest niczym innym, jak zagraniem na nosie czytelnikom, którzy książkę kupili w oryginalnej cenie. Należy odróżnić pisarza, książkę i czytelnika od celebryty, produktu i konsumenta.

Rzeka zwana Instagramem

Nie rozumiem powszechnego ubolewania nad słabością społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dożyliśmy tak wygodnych i bezpiecznych czasów, że jednoczenie się i walka o cokolwiek stała się po prostu niepotrzebna. Odchodzą starzy obywatele, a ich miejsce zajmują młodzi, wygodni konsumenci. Ważne są regularne przesyłki z Zalando, lunch w nowo otwartej knajpie i wakacje na Madagaskarze. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, więc płyniemy bezrefleksyjnie z prądem rzeki postów z Instagrama i absurdalnych tematów poruszanych w telewizji śniadaniowej, w której nawet prowadzący z coraz większym trudem ukrywają swoje zażenowanie. Myślę, że ani to złe, ani dobre. Nie ma co się gniewać na obojętnych obywateli-konsumentów, bo i ten gniew obejdą obojętnością. Pytanie tylko, czy na końcu radosnego potoku nie czeka wodospad.