FYA

W języku korporacji funkcjonuje znienawidzony przeze mnie zwrot FYA. Trzy niewinne literki oznaczają „for your action”, czyli coś co przetłumaczyłbym jako nieco bardziej elegancką formę od „nikt ci tego nie będzie tłumaczył, domyśl się o co chodzi i łap się za robotę”.

FYA pojawia się najczęściej na samej górze przydługiej i niezrozumiałej korespondencji, którą przełożony przekazuje niżej. FYA nie towarzyszą żadne dodatkowe wyjaśnienia czy wskazówki, zapewne po to, by nie tracić czasu. Nieważne jak, ważne żebyśmy działali. Czas to pieniądz, a więc śpieszmy się, by zarobić jak najwięcej. Zastanowimy się czy to miało sens, jak już będzie gotowe. Wtedy ewentualnie porozmawiamy. Tak mniej więcej wygląda filozofia FYA.

Za każdym razem kiedy widzę maila tego typu zastanawiam się, jaki był sens chodzenia na lekcje polskiego. Na co to całe czytanie Mickiewicza i Słowackiego, nauczanie o środkach stylistycznych i gramatyce. I nie chodzi tu nawet o zachwycanie się jakaś wielką literaturą, ale o zupełnie elementarne zasady; o to, że w języku polskim podstawą komunikacji jest zdanie, czyli wypowiedź z orzeczeniem. No, ale kto ma dzisiaj czas na pokazywanie ludzkiej twarzy?

Myślę, że ta dehumanizacja komunikacji jest najlepszym komentarzem do rzekomego humanizmu naszych czasów.

🤖

To ja, mugol z korporacji

Tuż po zaparzeniu porannej kawy dostałem maila z tysiącem załączników i jakże zwięzłą myślą przewodnią mojego przełożonego o treści „ogarnij pls dzis” (pisownia oryginalna). 📩

Spoglądam na nietkniętą kawkę czując jednocześnie, że moje ciśnienie jest już w okolicach górnego C. Równie dobrze mógłbym teraz wrócić do kuchni, przeprosić kilka osób blokujących drogę do zlewu i z uśmiechem wylać kawę. Zamiast tego dopisuję jednak kolejną pozycję do listy.

Koło południa stwierdzam, że czas najwyższy zacząć wczytywać się w załączniki. Już mam otwierać pierwszy z nich, gdy dostaję równie krótkiego maila o treści „zapomnij o tym”.

Zamykam oczy czując rozpierającą radości. Wyobrażam sobie jak mój przełożony podchodzi do mnie ubrany w melonik i czarną pelerynę, celuje we mnie różdżką, mruczy pod nosem zaklęcie zapomnienia, po czym wraca do siebie. Przez ścianę słyszę jego rozmowę: „Tak panie ministrze, to moja wina, przypadkowo przesłałem pana maila do jednego z naszych etatowych mugoli. Tak, pamięć wyczyszczona, ale jak znam życie, to nawet nie raczył otworzyć maila.”

Wracam do rzeczywistości czując jednocześnie lekkie zażenowanie kierunkiem, w którym pobiegły moje myśli. Wzburzony tą wizją otwieram jednak pierwszego Excela, ale szybko stwierdzam, że w istocie jest to dla mnie czarna magia. Usuwam maila czując pewnego rodzaju ulgę, ale i rozczarowanie.

Taki tam, magiczny czwartek w korporacji.

Zamki na piasku

Mam wrażenie, że praca w korporacji jest jak budowa zamku w piaskownicy. Na początku każdy otrzymuje swój kawałek piasku, zestaw foremek i krótką instrukcję użytkownika. Praca odbywa się pod nadzorem starszego piaskowego, a więc człowieka który z piasku potrafi lepić pałace. Gdy jest dobrze – milczy, jeśli karci to tylko na kanapkę: super; jesteś beznadziejny; oby tak dalej! Co jakiś czas zarząd piaskownicy wprowadza nowy proces, którego nikt nie rozumie. W efekcie powstaje makabryczna budowla, do której nikt się nie przyznaje. Niby każdy jest do czegoś przypisany, ale ostatecznie nikt za nic nie odpowiada. Naprzeciw piaskowemu wypaleniu wychodzą nowe atrakcje w Bajowym Lesie oraz coroczne, płomienne przemowy Piaskowego Dziadka. To tutaj mówi się, że kto pod kim dołki kopie, ten wyższe zamki stawia.