Szeregowy Goniec

– Co ty tutaj robisz o tej porze? – zapytała wyraźnie zdziwiona młoda kobieta zza długiego kontuaru.

– Byłem z paczką u jednej babki. Dzwonię, a ona do mnie, że dzisiaj akurat przyszła do pracy i żebym jej podrzucił na trzecie piętro. Miała na mnie tu czekać. ­– odpowiedział kurier w lekko rozpiętym już firmowym uniformie spoglądając ostentacyjnie na zegarek. Przewiesił się przez kontuar wbijając wzrok w recepcjonistkę, tak jakby to od niej zależało czy dostarczy dzisiaj ostatnią z powierzonych mu paczek.

W rzeczywistości wszystkie przesyłki zostały już dzisiaj rozdane. Wiedział o tym kurier i wiedział o tym doskonale również Konstanty, który z identyfikatorem w ręce przepychał się właśnie przez wykonaną ze stali nierdzewnej bramkę obrotową. Karta dostępu, którą otrzymał pierwszego dnia w pracy musiała mieć jakiś defekt, bo za każdym razem kiedy przykładał ją do czytnika, sygnalizator diodowy najpierw odmawiał dostępu, a potem wymuszał wykonanie kilku uderzeń biodrami o ramiona bramki. Zarówno wejście jak i wyjście z budynku było więc dla Konstantego małym aktem żenady, który konsekwentnie odgrywał każdego dnia.

Każdego dnia mijał też recepcję, na której siedziała owa młoda kobieta w tej samej granatowej marynarce i okrągłych, trochę za dużych okularach. Z początku na widok dziewczyny odpowiadał głośne „dzień dobry”, z czasem uświadomił sobie, że na ten sam pomysł mogli wpaść również inny mężczyźni wchodzący do biura i odpowiadanie każdemu z nich na uprzejme powitanie może być dla młodej damy rzeczą o wiele gorszą niż jego walka z obrotową bramką. Zmienił więc strategię i od tego czasu przechodząc koło wielkiej jasnobeżowej lady kłaniał się lekko w powietrzu, tak jak robią to starsi ludzie, kiedy mijają kogoś znanego im z widzenia. Z perspektywy recepcjonistki pozostawał więc niezauważalny – ot, jeden z wielu szarych ludzi, którzy przyszli zarobić na ratę kredytu.

Konstanty z kolei doskonale znał rozkład dnia pracowników recepcji. Wiedział, że poranek to przede wszystkim wpuszczanie tych, którzy zapomnieli kart, a wieczór to wyczekiwanie na moment zamknięcia całego budynku. Resztę dnia zabierały czynności takie jak przeglądanie zafoliowanych gazet, po które nikt się jeszcze nie zgłosił, oglądanie YouTube’a, apatyczne wpatrywanie się w mokry ślad, jaki na gresowej podłodze zostawiała za sobą maszyna myjąca, czy – co być może z tych wszystkich czynności najciekawsze – rozmowy z dostawcami listów i paczek.

Konstanty wiedział, że na trzecim piętrze nie ma nikogo, kto mógłby być zainteresowany otrzymaniem paczki. Wiedział o tym przede wszystkim dlatego, że sam przed chwilą owe piętro opuścił i był niemal pewny, że wychodził ostatni. Historyjka z roztargnioną klientką, dla której uczynny kurier przemierza miasto wzdłuż i wszerz była zapewne tylko pretekstem do odwiedzenia młodej recepcjonistki – tym razem w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach, bo w piątek wieczorem, bez krzątających się w te i z powrotem pracowników biurowca. Przepchnąwszy się przez bramkę Konstanty zauważył kątem oka jak młoda kobieta wdzięczy się do chłopaka, a ten przerzucony przez kontuar stoi niemal na palcach czarując ją przy użyciu swoich najlepszych zaklęć.

Przez moment wyobraził sobie, jak przerywa tę całą scenę: klaszcze głośno w dłonie, krzyczy coś o weekendzie, po czym staje na baczność przed recepcją i z wojskową dyscypliną odmeldowuje kompanię z trzeciego piętra. Następnie zwraca się do kuriera, kładzie rękę na jego ramieniu i patrząc w oczy mówi coś w stylu: „Na dzisiaj to koniec, szeregowy Goniec. Wykonaliście kawał dobrej roboty. Możecie się odmeldować i nie niepokoić już tej pięknej młodej damy.”

Nie chciał jednak w żadnym stopniu uczestniczyć w tym wydarzeniu. Uznał, że kto jak kto, ale recepcjonistka w za dużych okularach ma najlepsze kompetencje, aby w wypadku zagrożenia – tu ze strony d(o)ręczyciela– skutecznie wezwać pomoc. Zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi budynku zostawił tę dwójkę samym sobie.

Na zewnątrz padało, a silny wiatr łamał parasole.

FYA

W języku korporacji funkcjonuje znienawidzony przeze mnie zwrot FYA. Trzy niewinne literki oznaczają „for your action”, czyli coś co przetłumaczyłbym jako nieco bardziej elegancką formę od „nikt ci tego nie będzie tłumaczył, domyśl się o co chodzi i łap się za robotę”.

FYA pojawia się najczęściej na samej górze przydługiej i niezrozumiałej korespondencji, którą przełożony przekazuje niżej. FYA nie towarzyszą żadne dodatkowe wyjaśnienia czy wskazówki, zapewne po to, by nie tracić czasu. Nieważne jak, ważne żebyśmy działali. Czas to pieniądz, a więc śpieszmy się, by zarobić jak najwięcej. Zastanowimy się czy to miało sens, jak już będzie gotowe. Wtedy ewentualnie porozmawiamy. Tak mniej więcej wygląda filozofia FYA.

Za każdym razem kiedy widzę maila tego typu zastanawiam się, jaki był sens chodzenia na lekcje polskiego. Na co to całe czytanie Mickiewicza i Słowackiego, nauczanie o środkach stylistycznych i gramatyce. I nie chodzi tu nawet o zachwycanie się jakaś wielką literaturą, ale o zupełnie elementarne zasady; o to, że w języku polskim podstawą komunikacji jest zdanie, czyli wypowiedź z orzeczeniem. No, ale kto ma dzisiaj czas na pokazywanie ludzkiej twarzy?

Myślę, że ta dehumanizacja komunikacji jest najlepszym komentarzem do rzekomego humanizmu naszych czasów.

🤖

To ja, mugol z korporacji

Tuż po zaparzeniu porannej kawy dostałem maila z tysiącem załączników i jakże zwięzłą myślą przewodnią mojego przełożonego o treści „ogarnij pls dzis” (pisownia oryginalna). 📩

Spoglądam na nietkniętą kawkę czując jednocześnie, że moje ciśnienie jest już w okolicach górnego C. Równie dobrze mógłbym teraz wrócić do kuchni, przeprosić kilka osób blokujących drogę do zlewu i z uśmiechem wylać kawę. Zamiast tego dopisuję jednak kolejną pozycję do listy.

Koło południa stwierdzam, że czas najwyższy zacząć wczytywać się w załączniki. Już mam otwierać pierwszy z nich, gdy dostaję równie krótkiego maila o treści „zapomnij o tym”.

Zamykam oczy czując rozpierającą radości. Wyobrażam sobie jak mój przełożony podchodzi do mnie ubrany w melonik i czarną pelerynę, celuje we mnie różdżką, mruczy pod nosem zaklęcie zapomnienia, po czym wraca do siebie. Przez ścianę słyszę jego rozmowę: „Tak panie ministrze, to moja wina, przypadkowo przesłałem pana maila do jednego z naszych etatowych mugoli. Tak, pamięć wyczyszczona, ale jak znam życie, to nawet nie raczył otworzyć maila.”

Wracam do rzeczywistości czując jednocześnie lekkie zażenowanie kierunkiem, w którym pobiegły moje myśli. Wzburzony tą wizją otwieram jednak pierwszego Excela, ale szybko stwierdzam, że w istocie jest to dla mnie czarna magia. Usuwam maila czując pewnego rodzaju ulgę, ale i rozczarowanie.

Taki tam, magiczny czwartek w korporacji.

Zamki na piasku

Mam wrażenie, że praca w korporacji jest jak budowa zamku w piaskownicy. Na początku każdy otrzymuje swój kawałek piasku, zestaw foremek i krótką instrukcję użytkownika. Praca odbywa się pod nadzorem starszego piaskowego, a więc człowieka który z piasku potrafi lepić pałace. Gdy jest dobrze – milczy, jeśli karci to tylko na kanapkę: super; jesteś beznadziejny; oby tak dalej! Co jakiś czas zarząd piaskownicy wprowadza nowy proces, którego nikt nie rozumie. W efekcie powstaje makabryczna budowla, do której nikt się nie przyznaje. Niby każdy jest do czegoś przypisany, ale ostatecznie nikt za nic nie odpowiada. Naprzeciw piaskowemu wypaleniu wychodzą nowe atrakcje w Bajowym Lesie oraz coroczne, płomienne przemowy Piaskowego Dziadka. To tutaj mówi się, że kto pod kim dołki kopie, ten wyższe zamki stawia.