Borys Jelcyn gra w Chińczyka

Przeprosiłem się ostatnio z historią współczesną. Zacząłem czytać o latach powojennych w Europie i o dziwo lektura ta okazał się nadzwyczaj ciekawa. Z pewnością ciekawsza niż niewiele mówiące wojny punickie, które były tak dawno, że nie wiadomo czy w ogóle.

Znajomość najnowszej historii okazuje się dużo bardziej przydatna dla zrozumienia własnego położenia na świecie. Zawsze patrzyłem na swoje życie z perspektywy rodziny, ewentualnie społeczeństwa, w jakim przyszło mi się wychowywać. Nigdy nie byłem jednak w stanie docenić siły wiatrów historii, które spowodowały, że przyszło mi żyć akurat na tym kontynencie i po tej stronie nieistniejącej już żelaznej kurtyny. Równie dobrze mogłem przecież przyjść na świat nieco bardziej na zachód, mówić w zupełnie innym języku i nie głowić się na tym jak spuścić wodę w bezdotykowej toalecie podczas pierwszej wycieczki do Londynu. Niestety w tej grze to historia wybiera plansze i rozstawia pionki (przy czym demografia naszej planety wskazuje, że najczęściej gra się jednak w Chińczyka).

Drugą ważną rzeczą jest uświadomienie sobie, że świat miał się całkiem nieźle zanim się na nim pojawiłem, i zapewne będzie miał się nie najgorzej, kiedy będę się z nim żegnał. Czytanie o wydarzeniach na krótko poprzedzających rok mojego urodzenia sprawa wrażenie, że kolejny rozdział zostanie poświęcony w całości mojej osobie i serii wydarzeń, które ukształtowały mnie jako człowieka. Nic bardziej mylnego. Historia przejechała po tej ważnej dacie jak kolumna radzieckich czołgów w kierunku Czechosłowacji. Jeśli jest coś takiego jak dziejowy egocentryzm, to właśnie zostałem na niego skutecznie zaszczepiony.

Uświadomiłem sobie też, że jeśli nie jest się zawodnikiem rangi Regana, Thatcher czy Jelcyna to raczej nie ma co liczyć na trwałe zapisanie się w historii ludzkości (chociaż po tym ostatnim został przede wszystkim filmik na YouTube o nazwie „Best of drunk Boris Yeltsin!” z trzema milionami odsłon, co raczej nie zachęca ani do polityki, ani do alkoholu, a tym bardziej do obu tych rzeczy razem). Tak, Borys był alkoholikiem.

Znajomość historii daje też pewnego rodzaju ulgę, która wyraża się w zrozumieniu tego skąd się przychodzi i kim się jest, a przede wszystkim – co być może ważniejsze – kim się nie jest i dlaczego nie jest to winą danego człowieka. Szersze spojrzenie na ten aspekt pomaga zapobiec wielu niepotrzebnym frustracjom.

Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, że historia wpuściła mnie do gry w całkiem niezłym momencie. Pobiegam jeszcze trochę, a jak się zmęczę, to poproszę o zmianę. I znowu przyjdzie ktoś nowy i będzie biegać tam samo jak ja. A mecz będzie trwać w najlepsze.

Turysta w świecie historii

Ostatnie miesiące spędziłem na zgłębianiu tematyki drugiej wojny światowej, głównie kwestii obozów koncentracyjnych. Czytałem, oglądałem, a wydarzenia z przeszłości ciążyły jak kamień przywiązany do głowy. Próbowałem nawet na chwilę uciec w zupełnie innym kierunku, mianowicie w świat Tybetu, ale i tam dopadły mnie wojenne upiory – autorka „Daleko wysoko…” przez dziesięć lat zajmowała się tym, co ja próbowałem zrozumieć w oparciu o kilka zaledwie książek i filmów.

Zgłębianie obozowych historii odstawiam na boczny tor. Doszedłem do wniosku, że ilość przeczytanych publikacji w żaden sposób nie przybliża mnie do pełnego zrozumienia wojennej tragedii. Wszystkie te obrazy są niby wyraźne, ale w gruncie rzeczy zbyt odległe dla współczesnego człowieka. W pewnych momentach odczuwałem nawet coś w rodzaju historycznej zniewagi, której dopuszczałem się czytając o marszach śmierci, sam siedząc pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Czułem się jak naiwny turysta, któremu w bezpiecznych warunkach uchyla się wrota okrutnej przeszłości i czeka na ożywioną reakcję. Turysta myśli, że dotyka istoty sprawy, podczas gdy ta pozostaje daleko poza jego zasięgiem. Jak blisko by nie podchodził, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tragedii tamtych lat. Najlepszym dowodem na intelektualną niedostępność przeszłości są współczesne rysunki na obozowych pryczach w jednym z baraków w Treblince. „Rafał z Torunia to był” – oto cała refleksja na temat wydarzeń, które miały tam miejsce.

Niestety dla mnie, człowieka wychowanego w czasach pokoju i dobrobytu, zapuszczanie się w otchłań wojennego nieszczęścia jest z góry skazane na porażkę. Mogę czytać, ale nigdy w pełni nie zrozumiem. Dla mnie historia to nie tylko fakty, ale i doświadczenia, a tych póki co nie potrafimy jeszcze przenosić z człowieka na człowieka. Może i lepiej. Niech tak zostanie.

👴

Szeregowy Goniec

– Co ty tutaj robisz o tej porze? – zapytała wyraźnie zdziwiona młoda kobieta zza długiego kontuaru.

– Byłem z paczką u jednej babki. Dzwonię, a ona do mnie, że dzisiaj akurat przyszła do pracy i żebym jej podrzucił na trzecie piętro. Miała na mnie tu czekać. ­– odpowiedział kurier w lekko rozpiętym już firmowym uniformie spoglądając ostentacyjnie na zegarek. Przewiesił się przez kontuar wbijając wzrok w recepcjonistkę, tak jakby to od niej zależało czy dostarczy dzisiaj ostatnią z powierzonych mu paczek.

W rzeczywistości wszystkie przesyłki zostały już dzisiaj rozdane. Wiedział o tym kurier i wiedział o tym doskonale również Konstanty, który z identyfikatorem w ręce przepychał się właśnie przez wykonaną ze stali nierdzewnej bramkę obrotową. Karta dostępu, którą otrzymał pierwszego dnia w pracy musiała mieć jakiś defekt, bo za każdym razem kiedy przykładał ją do czytnika, sygnalizator diodowy najpierw odmawiał dostępu, a potem wymuszał wykonanie kilku uderzeń biodrami o ramiona bramki. Zarówno wejście jak i wyjście z budynku było więc dla Konstantego małym aktem żenady, który konsekwentnie odgrywał każdego dnia.

Każdego dnia mijał też recepcję, na której siedziała owa młoda kobieta w tej samej granatowej marynarce i okrągłych, trochę za dużych okularach. Z początku na widok dziewczyny odpowiadał głośne „dzień dobry”, z czasem uświadomił sobie, że na ten sam pomysł mogli wpaść również inny mężczyźni wchodzący do biura i odpowiadanie każdemu z nich na uprzejme powitanie może być dla młodej damy rzeczą o wiele gorszą niż jego walka z obrotową bramką. Zmienił więc strategię i od tego czasu przechodząc koło wielkiej jasnobeżowej lady kłaniał się lekko w powietrzu, tak jak robią to starsi ludzie, kiedy mijają kogoś znanego im z widzenia. Z perspektywy recepcjonistki pozostawał więc niezauważalny – ot, jeden z wielu szarych ludzi, którzy przyszli zarobić na ratę kredytu.

Konstanty z kolei doskonale znał rozkład dnia pracowników recepcji. Wiedział, że poranek to przede wszystkim wpuszczanie tych, którzy zapomnieli kart, a wieczór to wyczekiwanie na moment zamknięcia całego budynku. Resztę dnia zabierały czynności takie jak przeglądanie zafoliowanych gazet, po które nikt się jeszcze nie zgłosił, oglądanie YouTube’a, apatyczne wpatrywanie się w mokry ślad, jaki na gresowej podłodze zostawiała za sobą maszyna myjąca, czy – co być może z tych wszystkich czynności najciekawsze – rozmowy z dostawcami listów i paczek.

Konstanty wiedział, że na trzecim piętrze nie ma nikogo, kto mógłby być zainteresowany otrzymaniem paczki. Wiedział o tym przede wszystkim dlatego, że sam przed chwilą owe piętro opuścił i był niemal pewny, że wychodził ostatni. Historyjka z roztargnioną klientką, dla której uczynny kurier przemierza miasto wzdłuż i wszerz była zapewne tylko pretekstem do odwiedzenia młodej recepcjonistki – tym razem w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach, bo w piątek wieczorem, bez krzątających się w te i z powrotem pracowników biurowca. Przepchnąwszy się przez bramkę Konstanty zauważył kątem oka jak młoda kobieta wdzięczy się do chłopaka, a ten przerzucony przez kontuar stoi niemal na palcach czarując ją przy użyciu swoich najlepszych zaklęć.

Przez moment wyobraził sobie, jak przerywa tę całą scenę: klaszcze głośno w dłonie, krzyczy coś o weekendzie, po czym staje na baczność przed recepcją i z wojskową dyscypliną odmeldowuje kompanię z trzeciego piętra. Następnie zwraca się do kuriera, kładzie rękę na jego ramieniu i patrząc w oczy mówi coś w stylu: „Na dzisiaj to koniec, szeregowy Goniec. Wykonaliście kawał dobrej roboty. Możecie się odmeldować i nie niepokoić już tej pięknej młodej damy.”

Nie chciał jednak w żadnym stopniu uczestniczyć w tym wydarzeniu. Uznał, że kto jak kto, ale recepcjonistka w za dużych okularach ma najlepsze kompetencje, aby w wypadku zagrożenia – tu ze strony d(o)ręczyciela– skutecznie wezwać pomoc. Zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi budynku zostawił tę dwójkę samym sobie.

Na zewnątrz padało, a silny wiatr łamał parasole.

Wyrwy w kontekście

Dużo szarpaniny mamy w tym życiu publicznym. Co chwilę ktoś wyrywa komuś coś z kontekstu albo – dla odmiany – próbuje włożyć w usta nie jego słowa. Okazuje się, że ze słów przeciwników politycznych można układać przepiękne mozaiki o dowolnej tematyce. Wystarczy tylko każdą wypowiedź pociąć na odpowiednio małe kawałki, a ograniczeniem staje się już tylko wyobraźnia.

Taka praktyka wśród polityków nie jest dla mnie niczym nowym. Przyzwyczaiłem się, że jeśli poseł rok temu mówił o kwadracie, to miał na myśli dzisiejsze koło i prawdopodobnie przyszłoroczny trójkąt. To po prostu kwestia spojrzenia na geometrię spraw społecznych pod odpowiednim kątem. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to pewnie dlatego, że nie jest w stanie znaleźć odpowiednio szerokiego kontekstu. Przykładowo, w skali niedofinansowanej służby zdrowia różnice w kształtach są przecież absolutnie bez znaczenia.

Martwi mnie jednak to, że wyrywaniem słów z kontekstu zaczynają zajmować się również dziennikarze. Oglądałem niedawno pewien program publicystyczny, w którym rozmówcę wręcz przymuszano do udzielenia odpowiedzi na zasadzie „tak czy nie”. Na szczęście wywiadowany zwrócił przytomnie uwagę, że świat nie składa się przecież z czerni i bieli, a zatem kontekst ma szalenie istotne znaczenie przy opisywaniu nierzadko subtelnych obszarów szarości. Nic dziwnego więc, że wypowiedź musi być nieco dłuższa, jeśli ma precyzyjnie oddawać myśl autora. Przyznam, że ta spontaniczna reakcja bardzo mi zaimponowała.

No cóż, niestety w dobie tweetów i czytania gazet nagłówkami (w czym przodują telewizyjne przeglądy prasy) nikt nie ma już czasu na wnikliwe zapoznanie się z tematem. Poznanie kontekstu staje się powoli luksusem dla bogatych. No, ale nie od dziś wiadomo, że wyborczych drzwi nie otwiera przemyślana i merytoryczna debata, a tych kilka dobrze dobranych słów wytrychów (najlepiej wyrwanych z kontekstu).

💥

Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️

Joga z Wielkim Bratem

Z uwagi na wprowadzenie stanu epidemicznego postanowiłem w pełni zastosować się do zaleceń i możliwie maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Pogodziłem się z faktem, że większość sobotnich atrakcji została spisana na straty, w tym przede wszystkim joga, która jako jedyna pomaga na moje bóle pleców. Okazało się jednak, że zajęcia nie zostały odwołane, zmienia się tylko ich forma, mianowicie będziemy praktykować online.

Krótko przed dziewiątą włączyłem telewizor, rozwinąłem matę i zgodnie z poleceniami pani instruktorki przystąpiłem do pierwszej asany. Przypomniał mi się wtedy fragment „Roku 1984” George’a Orwella, w którym główny bohater wykonywał tzw. Podrygi Poranne: „Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.”.

Poza tenisówkami wszystko wyglądało bardzo podobnie. Przy dziewiątej próbie pogłębienia skłonu wiedziałem już, że Orwell doskonale przewidział przyszłość: „Smith! – wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. – 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!”.

Wisząc w pozycji psa z głową do dołu doszedłem do wniosku, że obecne czasy nie są aż tak odległe od wizji, którą zaproponował Orwell. Wręcz przeciwnie, oba światy mają niepokojąco wiele punktów wspólnych. No, może poza Wielkim Bratem, który w naszym wydaniu do najwyższych jednak nie należy.

🧘‍♂️

Zainteresowania: dobry film, dobra książka, dobra muzyka

Moja babcia zwykła powtarzać, że gdyby nie ten cholerny reumatyzm to by diabłu łeb ukręciła. Przyznam, że zawsze fascynowała mnie ta zdecydowana chęć do działania, chęć do realizacji różnych życiowych projektów i zainteresowań. Staram się to podejście przełożyć na ludzi mojego pokolenia, niestety odnoszę wrażenie, że część z nich to właśnie tacy młodzi reumatycy.

Oczywiście nie uważam, że każdy musi mieć swój startup, być multiinstrumentalistą czy mistrzem świata w wędkarstwie spławikowym. Chodzi raczej o pasję, o codzienne zainteresowania, o to co nas naprawdę pociąga i powoduje błysk w oku. Jeden z moich kolegów zajmuje się na przykład malowaniem figurek do gier bitewnych. Łapiąc za pędzelek odpływa w zupełnie inny świat. Tak naprawdę nigdy nie byłem w stanie go zrozumieć (ani kolegi ani jego świata), niemniej szanowałem zaangażowanie, z jakim podchodził do swojego hobby.

W tym aspekcie zupełnie nie trafia do mnie argumentacja, że oto największą pasją młodego, zdrowego człowieka jest oglądanie Netlixa, co słyszę ostatnio bodaj najczęściej w kontekście wolnego czasu. Sam też lubię filmy, staram się regularnie chodzić do kina, ale w żadnym wypadku nie wymieniłbym tego jako mojej naczelnej pasji, tak samo jak pasją nie powinno się czynić samego faktu czytania książek czy słuchania muzyki. „Lubię dobry film, dobrą książkę i dobrą muzykę.” Zdanie, które nie mówi absolutnie nic o człowieku (no może poza tym, że ma zdrowy wzrok, jest piśmienny i słyszy).

Być może moje obruszenie jest nieco na wyrost, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego wobec tak wielu dostępnych dzisiaj dziedzin, w których można rozwijać się chociażby dla samej przyjemności jej poznawania, wciąż tak wiele osób woli jednak zasiąść przed kolejnym sezonem kolejnego serialu.

Myślę, że to kwestia czasu, kiedy o Antonio Vivaldim będzie mówić się, że to ten kompozytor, który nagrał tylko cztery sezony.

🧐

Czy to jest może kryminał?

Sytuacja z dzisiaj. Empik. 🛒

Wykładam w kasie dwie gazety i książkę pt. „Co mówią zwłoki” Sue Black.

– Czy to jest może kryminał? – pyta pani kasjerka z zaciekawieniem odwracając książkę.

– Wie pani co, chyba nie do końca. Z tego co słyszałem to bardziej wspomnienia z pracy antropologa sądowego. Jakieś tam wątki kryminalne niby są, ale podejrzewam, że napewno nie w takim wydaniu jak można by się spodziewać po powieści. Poszukuje pani jakiegoś dobrego kryminału?

Pani znika nagle za komputerem pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi.

– Literatura faktu łamane na reportaż – odpowiada za chwilę nieco zrezygnowana.

– No tak bym to rzeczywiście klasyfikował. Nie jest to w każdym razie klasyczny kryminał. A dlaczego pani pyta jeśli można wiedzieć?

– Bo gdyby pan kupował kryminał to mamy taką promocję, że druga książka jest za pół ceny.

– Aha, no to tak jak ustaliliśmy, to nie jest kryminał, więc niestety nie skorzystam.

– To zachęcam jeszcze do zapoznania się z ofertą Empik Premium…

I pomyśleć, że przez chwile dałem się nabrać, że ktoś chce ze mną podyskutować o książkach. Tyle lat na karku, a wciąż naiwny jak dziecko.

Nobel dla Tokarczuk, radość dla czytelników!

O ja, Olga Tokarczuk dostała nobla! 💥

Tak mniej więcej brzmiała moja pierwsza myśl, kiedy internat zalała informacja o nagrodzie dla polskiej pisarki. Przyznam, że wydarzenia na świecie rzadko dotykają mnie osobiście, ale w tym wypadku to było coś wyjątkowego. Być może dlatego, że czytam Tokarczuk i bardzo cenię jej niecodzienną umiejętność łączenia słów, nadawania im nowego znaczenia, a przez to budowania naprawdę czarujących metafor. Tokarczuk porównałbym do Zishe Breitbarta zwanego królem żelaza, przy czym Tokarczuk nie wygina stali a słowa, i nie dłońmi a piórem.

Nobel dla Tokarczuk ma dla mnie dwa wymiary. Pierwszy, bardziej osobisty polega na wyróżnieniu tekstów, po które z przyjemnością sięgam mniej więcej od czasów „Gry na wielu bębenkach”. Miłosz, Szymborska – w porządku, ale to zdecydowanie nie moje pokolenie. Do ich twórczości nie potrafię podejść inaczej niż przez pryzmat nagrody. Tokarczuk doceniłem na długo przed wczorajszą decyzją Komitetu Noblowskiego.

Drugi wymiar, nieco szerszy, wiąże się z docenieniem polskiej literatury zarówno w dobie kiepskiej kondycji polskiego czytelnictwa, jak i czasach kultury obrazkowej, memów i wszelkich prostych treści, które dzień po dniu pchają nas w stronę wtórnego analfabetyzmu. Pod tym względem ta nagroda ma w sobie piękno świecącej jasno gwiazdy.

Myślę też, że nobel dla autora jest w gruncie rzeczy małym noblem dla czytelników i właśnie wczoraj takiego małego nobla odebrałem. Olga, dziękuję!

Książki kupuję, nie wypożyczam. Niestety

Mam trochę problem z kupowaniem książek 📖

Z jednej strony bardzo lubię odwiedzać księgarnie, przeglądać półki z nowościami, pytać o nowe i stare tytuły, na końcu wracać do domu z nową książką i po prostu czytać. Z drugiej mam świadomość, że poza kilkoma ulubionymi pozycjami do większość książek nie będę wracać tak często i po przeczytaniu nie będą mi raczej szczególnie potrzebne.

Próbowałem przerzucić się na czytanie książek z bibliotek, ale tu pojawiły się dwie zasadnicze przeszkody: Po pierwsze, o ile nie ma problemu z dostępnością starych tytułów, o tyle o nowe pozycje trzeba walczyć z szybkością i zaangażowaniem godnym maklera giełdowego przy jednoczesnej niemałej wiedzy na temat zasad działania systemu. A te, mam wrażenie, są zupełnie inne dla każdej biblioteki – zasady rezerwacji, przedłużenia, kolejka oczekujących, katalog centralny, katalog lokalny, itd. Na szczęście jest pani Danusia, która potrafi pomóc, kiedy skończą mi się już pomysły na prawidłowe wypełnienie rewersu.

Po drugie, odwiedzając bibliotekę zawsze staram się wypożyczać kilka tytułów na raz i nie zawsze jestem w stanie zwrócić je na czas. W konsekwencji chcąc wypożyczyć kolejne książki muszę uregulować karę ze przetrzymanie poprzednich tytułów. Panie z wypożyczalni w takich sytuacjach zachęcają mnie do zrobienia prolongaty, ale jakoś mam wrażenie, że może ktoś właśnie czeka na moją książkę i przedłużając termin zwrotu sprawię mu przykrość. Posiadanie książki na własność jest pod tym względem bardzo wygodne.

Tak sobie myślę, że są pewne rzeczy na których nie warto oszczędzać, a jedną z nich są kupione na własność książki. Coś czuję, że szybko nie zrezygnuję z tej przyjemności.

PS Pani Danusiu, jeśli pani czyta ten wpis, to obiecuję, że do końca tygodnia oddam resztę książek i ureguluję zaległości. Pozdrawiam!

Brakuje mi dzisiaj księgarni z prawdziwego zdarzenia

Takich, gdzie pytanie o książkę nie powoduje przerażenia i nerwowej ucieczki do komputera. Lubię takie miejsca, gdzie księgarz uśmiecha się pod nosem i bez słowa rusza w stronę odpowiedniego regału. Kiedyś przy takim regale można było jeszcze podyskutować, zapytać od której książki warto rozpocząć przygodę z danym autorem, które tłumaczenie jest najlepsze. Zdarza się to jeszcze w antykwariatach i niektórych nowych księgarniach, w większości jednak pracują nie tyle księgarze, co sprzedawcy książek: „książka jest”, „książki nie ma” – to zazwyczaj ich podstawowy zakres kompetencji. Niby rozumiem, że w księgarni książki mają się sprzedawać, a od dyskutowania na ich temat są fora czy kluby dyskusyjne, niemniej jednak kiedyś te dwie funkcje udawało się z powodzeniem łączyć.

Z książką jest chyba trochę jak z obiadem: można delektować się posiłkiem polecanym przez szefa kuchni dyskutując nad stołem, można na szybko i w ciszy zjeść zapiekankę z przydrożnego baru. Tylko jaki sens ma to drugie?

Pisz pan książkę!

Od dzieciństwa z każdą książką starałem obchodzić się z szacunkiem, bo każda książka niosła ze sobą określone wartości. Pamiętam czasy, kiedy używane podręczniki kupowało się od starszych kolegów, by po roku przekazać je dalej. Pamiętam też, jak pani ze szkolnej biblioteki przy użyciu taśmy klejącej i nożyczek w skupieniu opatrywała wracające z frontu tytuły, by jak najszybciej przywrócić je do służby. Kolorowe historie w szarych okładach – tak pamiętam ten czas.

Dzisiaj wszyscy piszą książki i to tym chętniej, im mniej kompetencji ku temu posiadają. Księgarskie półki uginają się od sportowych poradników napisanych przez ludzi, który dwa lata temu zeszli z kanapy czy autobiografii coraz mniej znanych i coraz młodszych ludzi. „Pisz pan książkę!” to tytuł jednego z tych białych kruków, który najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierzamy. Szare historie w kolorowych okładkach.

Ktoś powiedział niedawno, że kiedyś potrzebna była odwaga, by książkę napisać, dzisiaj potrzeba odwagi, by książkę przeczytać.

Mam dobrą wodę

Stojąc dzisiaj w jednym z supermarketów przed długim i wypełnionym po brzegi regałem z wodą przypomniał mi się fragment Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego:

„Mam dobrą wodę, ze swojej studni. (…) Wiele osób z domków przychodzi do mnie po tę wodę. Nie mogą się nachwalić, co za woda, co za woda. Kto kiedyś chwalił wodę, niech pan sam powie. (…) Bo niektórzy i dla sąsiadów w mieście biorą w prezencie. Do czego to doszło, woda w prezencie. Zwyczajna woda. Pomyślałby pan, że się kiedyś z wodą coś takiego stanie? Powiem panu, to najdokładniejsza miara, co się stało ze światem.”

Komu wolno pisać książki

Celebryci powinni mieć zakaz wydawania książek, tak uważam. Spora cześć tych kolorowych poradników ma wartość porównywalną do jednorazowych słomek: kupić, użyć, wyrzucić. Książki te nie niosą niestety żadnych uniwersalnych wartości, co potwierdza konieczność intensywnej reklamy w pierwszej fazie sprzedaży i mocne przeceny w końcowym okresie promocji. Po kilku tygodniach można je kupić za parę złotych, co jest niczym innym, jak zagraniem na nosie czytelnikom, którzy książkę kupili w oryginalnej cenie. Należy odróżnić pisarza, książkę i czytelnika od celebryty, produktu i konsumenta.