Czy to jest może kryminał?

Sytuacja z dzisiaj. Empik. 🛒

Wykładam w kasie dwie gazety i książkę pt. „Co mówią zwłoki” Sue Black.

– Czy to jest może kryminał? – pyta pani kasjerka z zaciekawieniem odwracając książkę.

– Wie pani co, chyba nie do końca. Z tego co słyszałem to bardziej wspomnienia z pracy antropologa sądowego. Jakieś tam wątki kryminalne niby są, ale podejrzewam, że napewno nie w takim wydaniu jak można by się spodziewać po powieści. Poszukuje pani jakiegoś dobrego kryminału?

Pani znika nagle za komputerem pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi.

– Literatura faktu łamane na reportaż – odpowiada za chwilę nieco zrezygnowana.

– No tak bym to rzeczywiście klasyfikował. Nie jest to w każdym razie klasyczny kryminał. A dlaczego pani pyta jeśli można wiedzieć?

– Bo gdyby pan kupował kryminał to mamy taką promocję, że druga książka jest za pół ceny.

– Aha, no to tak jak ustaliliśmy, to nie jest kryminał, więc niestety nie skorzystam.

– To zachęcam jeszcze do zapoznania się z ofertą Empik Premium…

I pomyśleć, że przez chwile dałem się nabrać, że ktoś chce ze mną podyskutować o książkach. Tyle lat na karku, a wciąż naiwny jak dziecko.

Nobel dla Tokarczuk, radość dla czytelników!

O ja, Olga Tokarczuk dostała nobla! 💥

Tak mniej więcej brzmiała moja pierwsza myśl, kiedy internat zalała informacja o nagrodzie dla polskiej pisarki. Przyznam, że wydarzenia na świecie rzadko dotykają mnie osobiście, ale w tym wypadku to było coś wyjątkowego. Być może dlatego, że czytam Tokarczuk i bardzo cenię jej niecodzienną umiejętność łączenia słów, nadawania im nowego znaczenia, a przez to budowania naprawdę czarujących metafor. Tokarczuk porównałbym do Zishe Breitbarta zwanego królem żelaza, przy czym Tokarczuk nie wygina stali a słowa, i nie dłońmi a piórem.

Nobel dla Tokarczuk ma dla mnie dwa wymiary. Pierwszy, bardziej osobisty polega na wyróżnieniu tekstów, po które z przyjemnością sięgam mniej więcej od czasów „Gry na wielu bębenkach”. Miłosz, Szymborska – w porządku, ale to zdecydowanie nie moje pokolenie. Do ich twórczości nie potrafię podejść inaczej niż przez pryzmat nagrody. Tokarczuk doceniłem na długo przed wczorajszą decyzją Komitetu Noblowskiego.

Drugi wymiar, nieco szerszy, wiąże się z docenieniem polskiej literatury zarówno w dobie kiepskiej kondycji polskiego czytelnictwa, jak i czasach kultury obrazkowej, memów i wszelkich prostych treści, które dzień po dniu pchają nas w stronę wtórnego analfabetyzmu. Pod tym względem ta nagroda ma w sobie piękno świecącej jasno gwiazdy.

Myślę też, że nobel dla autora jest w gruncie rzeczy małym noblem dla czytelników i właśnie wczoraj takiego małego nobla odebrałem. Olga, dziękuję!

Książki kupuję, nie wypożyczam. Niestety

Mam trochę problem z kupowaniem książek 📖

Z jednej strony bardzo lubię odwiedzać księgarnie, przeglądać półki z nowościami, pytać o nowe i stare tytuły, na końcu wracać do domu z nową książką i po prostu czytać. Z drugiej mam świadomość, że poza kilkoma ulubionymi pozycjami do większość książek nie będę wracać tak często i po przeczytaniu nie będą mi raczej szczególnie potrzebne.

Próbowałem przerzucić się na czytanie książek z bibliotek, ale tu pojawiły się dwie zasadnicze przeszkody: Po pierwsze, o ile nie ma problemu z dostępnością starych tytułów, o tyle o nowe pozycje trzeba walczyć z szybkością i zaangażowaniem godnym maklera giełdowego przy jednoczesnej niemałej wiedzy na temat zasad działania systemu. A te, mam wrażenie, są zupełnie inne dla każdej biblioteki – zasady rezerwacji, przedłużenia, kolejka oczekujących, katalog centralny, katalog lokalny, itd. Na szczęście jest pani Danusia, która potrafi pomóc, kiedy skończą mi się już pomysły na prawidłowe wypełnienie rewersu.

Po drugie, odwiedzając bibliotekę zawsze staram się wypożyczać kilka tytułów na raz i nie zawsze jestem w stanie zwrócić je na czas. W konsekwencji chcąc wypożyczyć kolejne książki muszę uregulować karę ze przetrzymanie poprzednich tytułów. Panie z wypożyczalni w takich sytuacjach zachęcają mnie do zrobienia prolongaty, ale jakoś mam wrażenie, że może ktoś właśnie czeka na moją książkę i przedłużając termin zwrotu sprawię mu przykrość. Posiadanie książki na własność jest pod tym względem bardzo wygodne.

Tak sobie myślę, że są pewne rzeczy na których nie warto oszczędzać, a jedną z nich są kupione na własność książki. Coś czuję, że szybko nie zrezygnuję z tej przyjemności.

PS Pani Danusiu, jeśli pani czyta ten wpis, to obiecuję, że do końca tygodnia oddam resztę książek i ureguluję zaległości. Pozdrawiam!

Brakuje mi dzisiaj księgarni z prawdziwego zdarzenia

Takich, gdzie pytanie o książkę nie powoduje przerażenia i nerwowej ucieczki do komputera. Lubię takie miejsca, gdzie księgarz uśmiecha się pod nosem i bez słowa rusza w stronę odpowiedniego regału. Kiedyś przy takim regale można było jeszcze podyskutować, zapytać od której książki warto rozpocząć przygodę z danym autorem, które tłumaczenie jest najlepsze. Zdarza się to jeszcze w antykwariatach i niektórych nowych księgarniach, w większości jednak pracują nie tyle księgarze, co sprzedawcy książek: „książka jest”, „książki nie ma” – to zazwyczaj ich podstawowy zakres kompetencji. Niby rozumiem, że w księgarni książki mają się sprzedawać, a od dyskutowania na ich temat są fora czy kluby dyskusyjne, niemniej jednak kiedyś te dwie funkcje udawało się z powodzeniem łączyć.

Z książką jest chyba trochę jak z obiadem: można delektować się posiłkiem polecanym przez szefa kuchni dyskutując nad stołem, można na szybko i w ciszy zjeść zapiekankę z przydrożnego baru. Tylko jaki sens ma to drugie?

Pisz pan książkę!

Od dzieciństwa z każdą książką starałem obchodzić się z szacunkiem, bo każda książka niosła ze sobą określone wartości. Pamiętam czasy, kiedy używane podręczniki kupowało się od starszych kolegów, by po roku przekazać je dalej. Pamiętam też, jak pani ze szkolnej biblioteki przy użyciu taśmy klejącej i nożyczek w skupieniu opatrywała wracające z frontu tytuły, by jak najszybciej przywrócić je do służby. Kolorowe historie w szarych okładach – tak pamiętam ten czas.

Dzisiaj wszyscy piszą książki i to tym chętniej, im mniej kompetencji ku temu posiadają. Księgarskie półki uginają się od sportowych poradników napisanych przez ludzi, który dwa lata temu zeszli z kanapy czy autobiografii coraz mniej znanych i coraz młodszych ludzi. „Pisz pan książkę!” to tytuł jednego z tych białych kruków, który najlepiej pokazuje, w którą stronę zmierzamy. Szare historie w kolorowych okładkach.

Ktoś powiedział niedawno, że kiedyś potrzebna była odwaga, by książkę napisać, dzisiaj potrzeba odwagi, by książkę przeczytać.

Mam dobrą wodę

Stojąc dzisiaj w jednym z supermarketów przed długim i wypełnionym po brzegi regałem z wodą przypomniał mi się fragment Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego:

„Mam dobrą wodę, ze swojej studni. (…) Wiele osób z domków przychodzi do mnie po tę wodę. Nie mogą się nachwalić, co za woda, co za woda. Kto kiedyś chwalił wodę, niech pan sam powie. (…) Bo niektórzy i dla sąsiadów w mieście biorą w prezencie. Do czego to doszło, woda w prezencie. Zwyczajna woda. Pomyślałby pan, że się kiedyś z wodą coś takiego stanie? Powiem panu, to najdokładniejsza miara, co się stało ze światem.”

Komu wolno pisać książki

Celebryci powinni mieć zakaz wydawania książek, tak uważam. Spora cześć tych kolorowych poradników ma wartość porównywalną do jednorazowych słomek: kupić, użyć, wyrzucić. Książki te nie niosą niestety żadnych uniwersalnych wartości, co potwierdza konieczność intensywnej reklamy w pierwszej fazie sprzedaży i mocne przeceny w końcowym okresie promocji. Po kilku tygodniach można je kupić za parę złotych, co jest niczym innym, jak zagraniem na nosie czytelnikom, którzy książkę kupili w oryginalnej cenie. Należy odróżnić pisarza, książkę i czytelnika od celebryty, produktu i konsumenta.