Wyrwy w kontekście

Dużo szarpaniny mamy w tym życiu publicznym. Co chwilę ktoś wyrywa komuś coś z kontekstu albo – dla odmiany – próbuje włożyć w usta nie jego słowa. Okazuje się, że ze słów przeciwników politycznych można układać przepiękne mozaiki o dowolnej tematyce. Wystarczy tylko każdą wypowiedź pociąć na odpowiednio małe kawałki, a ograniczeniem staje się już tylko wyobraźnia.

Taka praktyka wśród polityków nie jest dla mnie niczym nowym. Przyzwyczaiłem się, że jeśli poseł rok temu mówił o kwadracie, to miał na myśli dzisiejsze koło i prawdopodobnie przyszłoroczny trójkąt. To po prostu kwestia spojrzenia na geometrię spraw społecznych pod odpowiednim kątem. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to pewnie dlatego, że nie jest w stanie znaleźć odpowiednio szerokiego kontekstu. Przykładowo, w skali niedofinansowanej służby zdrowia różnice w kształtach są przecież absolutnie bez znaczenia.

Martwi mnie jednak to, że wyrywaniem słów z kontekstu zaczynają zajmować się również dziennikarze. Oglądałem niedawno pewien program publicystyczny, w którym rozmówcę wręcz przymuszano do udzielenia odpowiedzi na zasadzie „tak czy nie”. Na szczęście wywiadowany zwrócił przytomnie uwagę, że świat nie składa się przecież z czerni i bieli, a zatem kontekst ma szalenie istotne znaczenie przy opisywaniu nierzadko subtelnych obszarów szarości. Nic dziwnego więc, że wypowiedź musi być nieco dłuższa, jeśli ma precyzyjnie oddawać myśl autora. Przyznam, że ta spontaniczna reakcja bardzo mi zaimponowała.

No cóż, niestety w dobie tweetów i czytania gazet nagłówkami (w czym przodują telewizyjne przeglądy prasy) nikt nie ma już czasu na wnikliwe zapoznanie się z tematem. Poznanie kontekstu staje się powoli luksusem dla bogatych. No, ale nie od dziś wiadomo, że wyborczych drzwi nie otwiera przemyślana i merytoryczna debata, a tych kilka dobrze dobranych słów wytrychów (najlepiej wyrwanych z kontekstu).

💥

FYA

W języku korporacji funkcjonuje znienawidzony przeze mnie zwrot FYA. Trzy niewinne literki oznaczają „for your action”, czyli coś co przetłumaczyłbym jako nieco bardziej elegancką formę od „nikt ci tego nie będzie tłumaczył, domyśl się o co chodzi i łap się za robotę”.

FYA pojawia się najczęściej na samej górze przydługiej i niezrozumiałej korespondencji, którą przełożony przekazuje niżej. FYA nie towarzyszą żadne dodatkowe wyjaśnienia czy wskazówki, zapewne po to, by nie tracić czasu. Nieważne jak, ważne żebyśmy działali. Czas to pieniądz, a więc śpieszmy się, by zarobić jak najwięcej. Zastanowimy się czy to miało sens, jak już będzie gotowe. Wtedy ewentualnie porozmawiamy. Tak mniej więcej wygląda filozofia FYA.

Za każdym razem kiedy widzę maila tego typu zastanawiam się, jaki był sens chodzenia na lekcje polskiego. Na co to całe czytanie Mickiewicza i Słowackiego, nauczanie o środkach stylistycznych i gramatyce. I nie chodzi tu nawet o zachwycanie się jakaś wielką literaturą, ale o zupełnie elementarne zasady; o to, że w języku polskim podstawą komunikacji jest zdanie, czyli wypowiedź z orzeczeniem. No, ale kto ma dzisiaj czas na pokazywanie ludzkiej twarzy?

Myślę, że ta dehumanizacja komunikacji jest najlepszym komentarzem do rzekomego humanizmu naszych czasów.

🤖