Błazen na scenie

Przesłuchałem w ostatnim czasie kilka wykładów wygłoszonych przez ludzi w różnym wieku. Zauważyłem, że starsze osoby mówią na ogół zdecydowanie wolniej. Więcej czasu poświęcają na ubranie myśli w słowa, skupiają się na przekazaniu słuchaczom treści, niekoniecznie na zrobieniu świetnego wrażenia.

Wśród młodszych prelegentów tendencja jest dokładnie odwrotna. Mówi się dość sprawnie, bo nie wypada przekroczyć wyznaczonego czasu, samo mówienie natomiast coraz częściej nastawione jest na efekt, jaki ten czy inny wykład zrobi na publiczności. Są nawet wielkie podręczniki traktujące o tym, w jaki sposób mówić, żeby nas słuchano. Mam wrażenie, że wszystkie tego typu porady powstały wyłącznie dlatego, że ludzie ludziom próbują opowiadać coraz większe bzdury, a jak wiadomo, trudno utrzymać koncentrację, kiedy ktoś gada od rzeczy. Dlatego dzisiaj już się nie opowiada, dzisiaj sprzedaje się opowieści, najlepiej w sposób interaktywny, gdzie publiczność zaklaszcze, a prowadzący zaśpiewa.

To, co jest jednak pocieszające, to fakt, że są jeszcze osoby (najczęściej ze świata nauki lub sztuki, najczęściej nieco starsze), które bez uciekania się do zbędnych ozdobników, potrafią gromadzić dużą publiczność. Takich wykładów słucha się z zapartym tchem i wypiekami na ustach. Nie potrzeba laserów, obracanej sceny czy tajnych technik utrzymywana koncentracji – liczy się wyłącznie autorytet.

Podsumowując, jeśli następnym razem ktoś będzie wam pstrykał przed nosem mówiąc, że za chwile powie wam coś, co na zawsze zmieni wasze życie, to prawdopodobnie trafiliście do złej sali. Jeśli ten ktoś próbuje wam dodatkowo sprzedać garnki, to znak, że należy uciekać.

🎪

Na pół

Jako dziecko zachwycała mnie dokładność, z jaką pani w mięsnym odkrajała „na oko” kawał schabu i zawsze okazywało się, że odcięta część jest dokładnie takiej wielkości, jakiej zażyczył sobie klient. Mam wrażenie, że na podobnej zasadzie wielki masarski nóż podzielił wczoraj Polskę na dwie idealne części.

Wyniki niedzielnego głosowania to w zasadzie jedynie podsumowanie wieloletniego procesu, w którym politycy różnego autoramentu prześcigali się w obrzucaniu swoich przeciwników najgorszymi inwektywami, a to wszystko jedynie dla politycznej kariery, rozpoznawalności i lepszej pozycji w strukturach partii. Uwagi nie przyciąga już przemyślany komentarz do bieżącej sytuacji, ale krzykliwy i emocjonalny atak na konkretną osobę czy zjawisko. Wysadzenie mostu w powietrze jest przecież dużo bardziej efektowne niż jego zbudowanie. Skąd mamy wiedzieć jak podać rękę skoro codziennie z każdej strony mówi się nam, że dłoń ma być zaciśnięta w pięść i gotowa do ataku?

A może już teraz należałoby podjąć decyzję o budowie muru na Wiśle, który oddzielać będzie jedną Polskę od drugiej? Mielibyśmy Polskę Zachodnią i Polskę Wschodnią, oczywiście każda z nich byłaby bardziej polska od tej drugiej. Każda miałaby też swojego prezydenta, radio i telewizję. Zniknąłby problem sąsiedzkich kłótni czy niszczenia plakatów wyborczych. W każdej z Polsk rozkwitałaby demokracja, której znakiem rozpoznawczym byłyby debaty organizowane dokładnie tak, jak ta ostatnia. Mielibyśmy dwie równoległe, ale jakże dumne Polski.Przykro jest patrzeć na tę sytuację.

Naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zbliżyć do siebie tak podzielony kraj. Nigdy nie widziałem też, żeby pani w mięsnym była w stanie kiedykolwiek złączyć dwa kawałki i sprzedać jako jeden. Pewne rzeczy są po prostu nieodwracalne.

💔

Siedzę na ławeczce na mojej ulicy

Lubię czasem usiąść w okolicach przystanku i obserwować odjeżdżające tramwaje. Co jakiś czas przyjeżdża wagon z siedzącymi w rzędzie ludźmi, przystaje na krótko, by za chwilę ruszyć dalej. Każdy z pasażerów wiezie w swojej reklamówce przemyśleń jakiś cel podróży; znany tylko sobie sens tej całej wycieczki. Przyglądam się i wymyślam powody, dla których wszyscy oni siedzą teraz z głową przy szybie czekając na swój przystanek. Zdarzają się twarze, których wyraz pozwala zajrzeć naprawdę głęboko do torby.

Obserwacje z perspektywy mojej ławeczki są bardzo przyjemne. Nie wymagają przede wszystkim wchodzenia w ten specyficzny miejski przeciąg, gdzie podmuchy czasu potrafią zrywać czapki z głów. To takie swego rodzaju „chapeau bas”, ukłon podziwu skierowany w stronę ulotności chwili. Bo jak inaczej określić sytuację, kiedy z powodu awarii torowiska minuty zaczynają nagle upływać dwa razy szybciej?

Ławeczka nie daje się ująć w żadną z trzech kategorii, według których uporządkowaliśmy sobie życie, czyli: przed czasem, o czasie i po czasie. Raz postawiona, stoi i nigdy się nie spóźnia, co w dzisiejszych czasach (!) jest niewątpliwe jej sporą zaletą. A w tramwaju? Nawet odległości między przystankami podaje się w minutach, zupełnie tak jakby odległość fizyczna, mierzona w metrach, niewiele już człowiekowi mówiła. Czym jest godzina spędzona w tramwaju? Powiedziałbym, że dokładnie trzema dwudziestominutowymi biletami skasowanymi na czas.

Stanisław Sojka śpiewa: „Siedzę na ławeczce i na nic nie czekam. Siedzę na ławeczce i patrzę”. To chyba najlepszy komentarz do naszego wiecznie spóźnionego świata. Oczywiście o ile w kontekście wieczności można mówić o jakimkolwiek spóźnieniu.

🚋

Liczby rzymskie, cyfry arabskie

W jednej z internetowych sond ulicznych zapytano o opinię na temat wprowadzenia cyfr arabskich w polskich szkołach. W bogatym wachlarzu odpowiedzi znalazły się stwierdzenia, że to musi być coś strasznego i że w żadnym wypadku nie można pozwalać na wpływy islamistów.

Przypomniałem sobie o tym obserwując pewnego dobrze zbudowanego pana w teatrze, który nerwowo porównywał numer rzędu napisany na bilecie z rzymskimi oznaczeniami na fotelach. Na zmianę liczył rzędy po czym mrużył oczy to na bilet, to na fotel. Zrezygnowany podszedł w końcu do obsługi, która wskazała rząd dziewiętnasty (dwa iksy oddzielone kreseczką). W ten oto sposób został bezboleśnie wyręczony z odpowiedzi na jedyne pytanie, jakie kultura kieruje do odbiorcy jeszcze przed podniesieniem kurtyny.

Swoją drogą zapis rzymski to bardzo elegancki sposób na wstępną weryfikację kompetencji. Osobiście dorzuciłbym jeszcze jakieś proste pytanko przy kasowaniu biletów, typu: czy japoński wojownik to sandacz, mintaj czy samuraj. Może w ten sposób na sale trafiałoby mniej komentujących każda scenę krzykaczy i jaskiniowców.

🔢

Czy to jest może kryminał?

Sytuacja z dzisiaj. Empik. 🛒

Wykładam w kasie dwie gazety i książkę pt. „Co mówią zwłoki” Sue Black.

– Czy to jest może kryminał? – pyta pani kasjerka z zaciekawieniem odwracając książkę.

– Wie pani co, chyba nie do końca. Z tego co słyszałem to bardziej wspomnienia z pracy antropologa sądowego. Jakieś tam wątki kryminalne niby są, ale podejrzewam, że napewno nie w takim wydaniu jak można by się spodziewać po powieści. Poszukuje pani jakiegoś dobrego kryminału?

Pani znika nagle za komputerem pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi.

– Literatura faktu łamane na reportaż – odpowiada za chwilę nieco zrezygnowana.

– No tak bym to rzeczywiście klasyfikował. Nie jest to w każdym razie klasyczny kryminał. A dlaczego pani pyta jeśli można wiedzieć?

– Bo gdyby pan kupował kryminał to mamy taką promocję, że druga książka jest za pół ceny.

– Aha, no to tak jak ustaliliśmy, to nie jest kryminał, więc niestety nie skorzystam.

– To zachęcam jeszcze do zapoznania się z ofertą Empik Premium…

I pomyśleć, że przez chwile dałem się nabrać, że ktoś chce ze mną podyskutować o książkach. Tyle lat na karku, a wciąż naiwny jak dziecko.

Nobel dla Tokarczuk, radość dla czytelników!

O ja, Olga Tokarczuk dostała nobla! 💥

Tak mniej więcej brzmiała moja pierwsza myśl, kiedy internat zalała informacja o nagrodzie dla polskiej pisarki. Przyznam, że wydarzenia na świecie rzadko dotykają mnie osobiście, ale w tym wypadku to było coś wyjątkowego. Być może dlatego, że czytam Tokarczuk i bardzo cenię jej niecodzienną umiejętność łączenia słów, nadawania im nowego znaczenia, a przez to budowania naprawdę czarujących metafor. Tokarczuk porównałbym do Zishe Breitbarta zwanego królem żelaza, przy czym Tokarczuk nie wygina stali a słowa, i nie dłońmi a piórem.

Nobel dla Tokarczuk ma dla mnie dwa wymiary. Pierwszy, bardziej osobisty polega na wyróżnieniu tekstów, po które z przyjemnością sięgam mniej więcej od czasów „Gry na wielu bębenkach”. Miłosz, Szymborska – w porządku, ale to zdecydowanie nie moje pokolenie. Do ich twórczości nie potrafię podejść inaczej niż przez pryzmat nagrody. Tokarczuk doceniłem na długo przed wczorajszą decyzją Komitetu Noblowskiego.

Drugi wymiar, nieco szerszy, wiąże się z docenieniem polskiej literatury zarówno w dobie kiepskiej kondycji polskiego czytelnictwa, jak i czasach kultury obrazkowej, memów i wszelkich prostych treści, które dzień po dniu pchają nas w stronę wtórnego analfabetyzmu. Pod tym względem ta nagroda ma w sobie piękno świecącej jasno gwiazdy.

Myślę też, że nobel dla autora jest w gruncie rzeczy małym noblem dla czytelników i właśnie wczoraj takiego małego nobla odebrałem. Olga, dziękuję!