Tłumacze świata

Rozmyślam ostatnio o fenomenie populistów. 📢

Skąd się wzięli? Dlaczego osiągają dobre wyniki w kolejnych krajach? Wydaje mi się, że odpowiedź jest dość prosta: wykładnia świata jaką proponują jest zwyczajnie łatwa do zrozumienia. My jesteśmy tu, a oni tam, my wam damy, a oni zabiorą. Brzmi to być może dość naiwnie, ale trzeba do tego dołożyć drugi element, jakim jest coraz mniejsze zrozumienie dla zmieniającego się świata.

W czasach kiedy zawód szewca przechodził z ojca na syna rzeczywistość była dużo bardziej przewidywalna: tu jest moje miejsce, takie mam możliwości, tak wygląda życie w moim małym miasteczku. Świat był do ogarnięcia jednym aktem umysłu. W dzisiejszym zglobalizowanym świecie jest to niemożliwe. Z całą pewnością nie pomaga w tym serwowany każdego dnia koktajl informacyjny, który przy braku szerszej wiedzy odbiorcy jest po prostu bełkotem gadających głów, który nijak nie przekłada się na zrozumienie świata. Do tego dochodzi pełen wachlarz mglistych możliwości (znajdź niszę, załóż firmę, weź dotację), do których wszyscy zachęcają, bo przecież „świat idzie do przodu”. W tym marszu przed siebie niestety nikt nie zwrócił uwagi, że na tyłach pochodu rośnie grupa osób z zadyszką.

Nowa rzeczywistość zaproponowała swoje zasady gry. Stare okazały się nieskuteczne, natomiast nowe nazbyt skomplikowane i wymagające. I tak oto na scenę weszli populiści, których uproszczenia stały się dla wielu tyleż jasnym wytłumaczeniem rzeczywistości, co jedyną szansą na powrót do gry.

Czy to jest może kryminał?

Sytuacja z dzisiaj. Empik. 🛒

Wykładam w kasie dwie gazety i książkę pt. „Co mówią zwłoki” Sue Black.

– Czy to jest może kryminał? – pyta pani kasjerka z zaciekawieniem odwracając książkę.

– Wie pani co, chyba nie do końca. Z tego co słyszałem to bardziej wspomnienia z pracy antropologa sądowego. Jakieś tam wątki kryminalne niby są, ale podejrzewam, że napewno nie w takim wydaniu jak można by się spodziewać po powieści. Poszukuje pani jakiegoś dobrego kryminału?

Pani znika nagle za komputerem pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi.

– Literatura faktu łamane na reportaż – odpowiada za chwilę nieco zrezygnowana.

– No tak bym to rzeczywiście klasyfikował. Nie jest to w każdym razie klasyczny kryminał. A dlaczego pani pyta jeśli można wiedzieć?

– Bo gdyby pan kupował kryminał to mamy taką promocję, że druga książka jest za pół ceny.

– Aha, no to tak jak ustaliliśmy, to nie jest kryminał, więc niestety nie skorzystam.

– To zachęcam jeszcze do zapoznania się z ofertą Empik Premium…

I pomyśleć, że przez chwile dałem się nabrać, że ktoś chce ze mną podyskutować o książkach. Tyle lat na karku, a wciąż naiwny jak dziecko.

Wysoka dziewczyna, czyli jak bardzo nie rozumiem wojny

Zastanawiam się czasem, jak długo byłbym w stanie wytrzymać w obliczu wojny i czy w ogóle. ⚔️

Do takich nietypowych przemyśleń jak na dwudziesty pierwszy wieku skłonił mnie seans „Wysokiej dziewczyny”, filmu który opowiada o próbie wyjścia z traumy drugiej wojny światowej. Wojnę znam wyłącznie z lekcji historii, starych fotografii i filmów właśnie. Łatwo mi o tym rozmawiać z perspektywy wygodnego fotela, dużo trudniej zrozumieć, czym wojna jest w rzeczywistości nie przeżywając jej na własnej skórze.

Biorąc pod uwagę że nigdy nie byłem głodny dłużej niż przez dziesięć godzin, nigdy porządnie nie zmarzłem, nie musiałem przymusowo opuszczać domu, nie byłem więziony ani nie doświadczyłem przemocy, która mogłaby zagrażać mojemu życiu, to moje rozumienie wojny jest raczej nikłe, jeśli w ogóle można powiedzieć, że wojnę w jakikolwiek sposób rozumiem. W tym kontekście zupełnie nie wyobrażam sobie swojego pokolenia w obliczu jakiegokolwiek poważniejszego konfliktu. Emotikony z polską flagą, bicepsem i karabinem wklejane na facebooka mogłyby okazać się niewystarczające do obrony kraju.

Z drugiej strony cieszę się, że dane mi jest żyć w bezpiecznych i dostatnich czasach. Może to głupie, ale wolę, żeby wojna pozostała dla mnie wyłącznie absurdalnym wspomnieniem z dzieciństwa, gdzie podczas obiadu nie mogłem się nadziwić, dlaczego moja prababcia nakłada drugie danie na ten sam talerz, z którego przed chwilą jadła rosół.

– Babciu, przecież to jest brudne po zupie, pod spodem masz talerz! – śmiałem się jako dziecko. A babcia tylko uśmiechała się w milczeniu głaszcząc mnie po głowie.

Świat miliona bodźców

Ostatnimi czasy próbuję wypracować strategię poruszania się w świecie miliona bodźców. 🙉

Sprawa trudna i zdradliwa, bo nawet w sytuacji kiedy udaje mi się na chwilę zatrzymać artylerię powiadomień, szybko okazuje się, że tak naprawdę znajduję się w oku cyklonu. Tam też wiatr cichnie, by za chwilę uderzyć z podwójną mocą.

Dawno już wyłączyłem wszelkie powiadomienia w telefonie. Ostrożnie oglądam telewizję – tutaj atak jest wyjątkowo brutalny, bo reklama uderza niepodziewanie, najczęściej w trakcie filmu. Unikam egzotycznego w swojej nazwie sportu zwanego ‘serfowanie po internecie’. Teraz każdą rzecz w sieci sprawdzam ostrożnie, najczęściej ubrany w żelazny hełm marki AdBlock. Do kina staram się spóźniać, radio włączam po pełnej godzinie. Brzmi jak dzień świra, ale myślę, że dzięki temu chociaż częściowo uchroniłem się przed wiedzą o najnowszych lekach na upławy, brak apetytu u psa czy najlepszej wersji magnezu.

Sprawa komplikuje się, kiedy jestem w pracy. Tutaj przyjmowanie, przetwarzanie i odsyłanie informacji stanowi podstawę moich obowiązków. Czasem pocieszam się, że to tak naprawdę jedna wielka gra w tenisa, gdzie zamiast rakiet mamy komputery, a zamiast piłeczek maile. Niestety trudno zachować optymizm, kiedy w moją stroną leci jednocześnie dwanaście różnych piłek.

Ostatecznie myślę, że wcale nie muszę być na bieżąco ze światem, z tymi wszystkimi wiadomościami, zdjęciami znajomych, filmami na YouTube. Dzisiaj wiedzieć wszystko, to nie wiedzieć nic. I lepiej dojść do takich wniosków w domowym zaciszu niż na kozetce u psychologa.

Wypalenie zawodowe

Wiesz, ja to się już chyba wypaliłam zawodowo w tym urzędzie – wyznaje mi przy obiedzie znajoma, lat trzydzieści dwa. 🤷‍♀️

Niby wszystko super, praca można powiedzieć zbieżna z moimi zainteresowaniami, bo to jednak Departament Czasu Wolnego i Rekreacji, ale ty wiesz, ile my tam mamy obowiązków? Ostatnio przyszła do mnie dyrektora i mówi: Jola, trzeba będzie ulotkę zrobić o tej ścieżce zdrowia, co to ją wizytowałaś. Bo wiesz, zrobili w parku taką ścieżkę z kostki i parę razy wysłali mnie tam z urzędu, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku. Pochodziłam w kółko, no ale myślę sobie, co będę wracać, rozpisałam delegację to jeszcze posiedzę, pokarmię gołębie czy coś. No i ona żebym ulotkę o tym zrobiła. A wiesz, ja w umowie nie mam nic o pracy twórczej, no to poprosiłam dyrekcję o spotkanie całego zespołu z prośbą o wyjaśnienie naszego zakresu obowiązków, bo wiesz, dzisiaj się zgodzisz na ulotkę, a jutro co? Przemówienie prezydenta miasta z okazji mistrzostw w wędkarstwie spławikowym? Dziękuję bardzo! Biedna Basia siedziała po nocach i czytała o kołowrotkach. Nie no mówię ci, ja przy środzie to czuje się jak rozjechana przez walec. Autentycznie. Śniadanie, kawka, fajeczka, coś tam pogadamy i tu raptem trzynasta, obiad, no to co tak efektywnie zrobisz przez dwie godziny? Wiesz, to by się dało, ale to potrzeba ludzi. Efekt jest taki, że przychodzi piątek i ja totalnie nie wiem jak się nazywam. Ale tak totalnie. I powiedz mi, ile można w takim tempie?

Nie wiem Jola – odpowiadam jednak na to retoryczne pytanie – może czas pomyśleć o jakiejś spokojniejszej robocie.