Jaworowi ludzie

Pamiętam z dzieciństwa grę w budowanie mostów. Budowniczymi byli niejacy jaworowi ludzie, którzy pracowali na zlecenie pana starosty. Śpiewało się o tysiącu przepuszczonych koni i jednym, pod którym most się zawalał. Doczytałem, że zabawa ma bardzo piękną i długą polską tradycję, ale teraz nie o tym.

Być może moje skojarzenia będą nieco oderwane od rzeczywistości, ale dzisiaj stojąc na światłach pomyślałem, że każdy z nas buduje taki most. Most, który wychodzi z wczesnych lat młodości i rozciąga się aż do bezpiecznej starości. Jest to konstrukcja, której nie tworzą stalowe przęsła, ale podejmowane kolejno w życiu decyzje. Dla jednych będzie to betonowa estakada wznoszona pod nadzorem majętnych rodziców, inni zmuszeni będą do poruszania się po niestabilnej drewnianej kładce. Wszyscy zmierzają jednak mniej więcej w tym samym kierunku: w stronę swoich mniejszych czy większych celów i marzeń.

I tak jak w zabawie o jaworowych ludziach od czasu do czasu nadchodzi moment, że skrupulatnie budowany most zawala się pod nami grzebiąc w gruzach większość dotychczasowych planów. Wtedy wszyscy eksperci głoszący stabilność i bezpieczeństwo naszych czasów rozkładają ręce kręcąc głową z niedowierzaniem. Myślę, że jeśli jest nad nami jakiś Starosta to właśnie patrzy na świat i nuci: „Jawor, Jawor, jaworowi ludzie, co wy tu robicie?”

🌉

My tu mamy tak

Przez długi czas szukałem określenia, które w zgrabny sposób ujęłoby główną zasadę funkcjonowania Instagrama. Odpowiedź przyszła niespodziewanie podczas przeglądania story jednej z dziewcząt, która jest znana z tego, że ma trzynaście tysięcy obserwatorów (nie mylić z fanami). Otóż ta skądinąd piękna dziewczyna wrzucając zdjęcia jeszcze piękniejszych widoków rozciągających się za oknem jej apartamentu dodała krótkie: „my tu mamy tak”.

W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie-riposta: „a ja mam jak?”. Dla pewności podniosłem żaluzje licząc że paskudny blok, który straszy z przeciwka został być może zdetonowany odsłaniając tym samym widok na piękną miejską zieleń. Nic z tych rzecz, siwizna przełamana ciemnymi zaciekami biła po oczach wyjątkowo dotkliwie. Pomyślałem wtedy, że nawet gdybym bardzo chciał zostać wydawcą swojej instagramowej gazetki pod tytułem „ja i moje życie”, to ze względów czysto estetycznych byłoby to po prostu niemożliwe. Co ja mam do pokazania światu? Jeżyka z parówek?

Mam takie poczucie, że hasztag „my tu mamy tak” idealnie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, w której ludzie budują swoją tożsamość już nie poprzez to jakimi w istocie są ludźmi, ale to gdzie bywają, co widzą i jakie rzeczy mają na talerzach. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ci od pokazywania coraz częściej próbują wejść w rolę tych, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Tak jak wejście do garażu nie uczyni człowieka samochodem, tak duża popularność nie zrobi z nikogo eksperta. Warto o tym pamiętać, szczególnie dzisiaj kiedy habilitację z życia próbuje się zrobić na liczbie lajków.

🎡

Nowe szaty króla

No, przyznam że piękny serial przyszło nam oglądać na samym początku drugiej dekady wieku. Serial, który przebija wszelkie produkcje Netflixa, bo rozgrywa się niemal na wszystkich kontynentach, przyciąga uwagę nawet najbardziej niezainteresowanych, a co najgorsze ludzie umierają w nim zupełnie na poważnie. Jest to też jedyny serial, który emitowany jest w czasie rzeczywistym i w którym trudno doszukać się jakkolwiek przemyślanej fabuły. Jest to w końcu jedyna produkcja, która angażuje tak duże środki, budzi tak wielką niepewność i tak mocno ingeruje w nasze życie, że w pewnym momencie coraz trudniej określić, gdzie przebiega granica pomiędzy obserwatorem wydarzeń a jego uczestnikiem.

Obecna sytuacja ma dla mnie jeszcze jeden ważny wymiar. Serial o chińskim wirusie obnaża nasze wyobrażenie o wspaniałym i niezniszczalnym świecie zbudowanym przez nowoczesnego człowieka. Bardzo dosadnie pokazuje, jak słabi jesteśmy wobec sił natury i jak bezsensowne okazują się ostatecznie nasze przełomowe przedsięwzięcia. No bo jaki sens ma dzisiaj chociażby taka misja na Marsa? Zajmujemy się podbijaniem kosmosu a nie potrafimy ogarnąć własnego podwórka. Dwa tysiące lat doświadczenia, a wszystko to jak krew w piach.

Tak oto wygląda podręcznikowy kryzys w królestwie nastawionym na zysk i nieustanne zwiększanie rentowności. Król jest nagi. Za to z koroną na głowie.

👑

Joga z Wielkim Bratem

Z uwagi na wprowadzenie stanu epidemicznego postanowiłem w pełni zastosować się do zaleceń i możliwie maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Pogodziłem się z faktem, że większość sobotnich atrakcji została spisana na straty, w tym przede wszystkim joga, która jako jedyna pomaga na moje bóle pleców. Okazało się jednak, że zajęcia nie zostały odwołane, zmienia się tylko ich forma, mianowicie będziemy praktykować online.

Krótko przed dziewiątą włączyłem telewizor, rozwinąłem matę i zgodnie z poleceniami pani instruktorki przystąpiłem do pierwszej asany. Przypomniał mi się wtedy fragment „Roku 1984” George’a Orwella, w którym główny bohater wykonywał tzw. Podrygi Poranne: „Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.”.

Poza tenisówkami wszystko wyglądało bardzo podobnie. Przy dziewiątej próbie pogłębienia skłonu wiedziałem już, że Orwell doskonale przewidział przyszłość: „Smith! – wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. – 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!”.

Wisząc w pozycji psa z głową do dołu doszedłem do wniosku, że obecne czasy nie są aż tak odległe od wizji, którą zaproponował Orwell. Wręcz przeciwnie, oba światy mają niepokojąco wiele punktów wspólnych. No, może poza Wielkim Bratem, który w naszym wydaniu do najwyższych jednak nie należy.

🧘‍♂️

CYFROWE BEZGŁOWIE

Nad moim łóżkiem zawiesiłem małą półkę, na której kładę telefon. Jest to rozwiązanie nadzwyczaj wygodne, bo pozwala mi sięgnąć po niego zaraz po przebudzeniu. Kiedy ja śnię o fantastycznej krainie, gdzie ludzie komunikują się patrząc sobie w oczy, on oddaje się aktualizacyjnej medytacji, by od rana organizować mój dzień.

Bez niego byłbym zaledwie cieniem swojej własnej osoby. Charakterem z dykty. Pozostawiony sam sobie prawdopodobnie nie obudziłbym się nawet na czas, a obudzony utknąłbym na jednym kanale jak telewizor, do którego zgubiono pilota. Do nikogo bym nie napisał i niczego nie sprawdził. Jakże upokarzające wobec moich sąsiadów musiałyby być nieudolne próby sprawdzenia pogody przez uchylone okno: chłodno, ale tak chłodno na sześć czy bardziej na dziewięć stopni? Nie wiedziałbym jak się ubrać, a co dopiero jak żyć.

Na szczęście mam go w zasięgu ręki, co zdaje się rozwiązywać wszelkie poczucie ewentualnej pustki czy niepewności. W każdej chwili mogę wybrać aplikację, która wypełni mój czas, dzięki czemu nie muszę go spędzać ze sobą. To ostatnie bywa dość krępujące, stąd pomysł o zawieszeniu półki. Filmik z tutorialem zaproponował mi mój telefon.

📲

Wirus w koronie

Mam wrażenie, że od czasu wprowadzenia zakazu handlu, soboty w galeriach handlowych stały się tym, czym niedziele w kościołach: gromadzą wiernych jak żaden inny dzień w tygodniu. Do tego zarządcy prześcigają się w organizowaniu wewnętrznych eventów, aby to u nich pojawiło się jak najwięcej owieczek poszukujących handlowej dobrej nowiny (tu: atrakcyjnych promocji). Zadanie to jest o tyle ułatwione, że nie wymaga prowadzenia żadnych wojen religijnych – wszyscy wszak wyznają tę samą wiarę w uzdrawiającą moc pieniądza. Pytanie tylko gdzie go wydać, by dostać jak najwięcej.

Okazuje się, że handlowej liturgii nie są w stanie przeszkodzić nawet coraz głośniejsze ostrzeżenia o zbliżającym się koronawirusie i zalecenia, by w miarę możliwości unikać dużych skupisk ludzi. Dzisiaj byłem świadkiem jak dobre dwieście osób wraz z dziećmi na rękach w niesamowitym ścisku tłoczyło się wokół kilku stoisk na środku galerii, prawdopodobnie w celu odebrania jakiegoś darmowego upominku. Co ciekawe, w odwodzie zidentyfikowałem grupkę młodych ludzi o nieco ciemniejszej karnacji ubranych w kurtki z napisem Italia. Kierowali się w stronę KFC, zapewne po to by przywdziać korony i straszyć co bardziej rozumnych klientów.

No cóż, może regulamin galerii handlowych zakazuje przenoszenia chorób drogą kropelkową. A może to już etap robienia zapasów na wypadek zamknięcia wszystkich tego typu miejsc handlu? No nie, tego byśmy nie przeżyli. Wykończyłoby nas dużo szybciej niż jakiś tam wirus.

🦠

Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Standard pięciu gniazdek

Bezustannie dyskutujemy o odnawialnych źródłach energii, rosnących cenach prądu i wszystkim tym, co powinniśmy zmienić, żeby zapewnić odpowiednią podaż prądu. Jakoś nikt szczególnie nie chce zabrać się za drugą stronę tej układanki, czyli próbę ograniczenia naszego zapotrzebowania na energię.

Policzyłem ostatnio ilu gniazdek elektrycznych potrzebuję do życia. Wyszło pięć: router, lodówka, pralka i komputer, które wpięte są na stałe, a okresowo także ładowarka do telefonu albo nocna lampka. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę wspomnienia z dzieciństwa u dziadków, gdzie jeden kontakt przypadał na jeden pokój, uważam, że całkiem sporo. Przekładając tę matematyczną prawidłowość na standard życia, należałoby uznać, że żyję w pięciokrotnie wyższym standardzie niż moi dziadkowie: standardzie pięciu gniazdek. Teza taka brzmi co najmniej intrygująco.

Wydawałoby się też, że skoro z codziennych zajęć wyręcza mnie aż pięć urządzeń to powinienem mieć zdecydowanie więcej czasu niż kiedyś. Tu akurat tendencja jest dokładnie odwrotna, co uważam za kolejny argument za tym, że świat staje na głowie. Pytanie, czy energia z wiatraków wystarczy, by powstrzymać tę nienaturalną pozycję przed upadkiem.

🔌

Wielkie jest czekanie

W robieniu zdjęć z wakacji zatoczyłem ogromne koło i ponownie znalazłem się tam, gdzie byłem mając jakieś osiem lat. Wtedy na wszelkie wyjazdy zabierałem mały analogowy aparat wyposażony w trzydzieści sześć klatek, które należało starannie rozłożyć na wszystkie dni wyjazdu. Niedługo potem modne stały się aparaty cyfrowe wyparte ostatecznie przez smartfony. W efekcie z każdych ostatnich wakacji przywoziłem na kartach pamięci setki zdjęć, z których żadne nie dostąpiło zaszczytu wydrukowania i umieszczenia w albumie. Absurd sytuacji uświadomiła mi dopiero reklama aplikacji umożliwiającej usuwanie duplikatów zdjęć zrobionych w takiej samej scenerii, bo przecież zawsze robi się kilka, żeby móc potem „coś wybrać”.

Ostatnio wróciłem do aparatu analogowego i uważam to za świetne rozwiązanie. Ograniczony długością kliszy nie fotografuję już wszystkiego, co widzę, co powoduje z kolei, że na wakacjach jestem przede wszystkim turystą, a nie archiwistą. Każde zdjęcie wymaga chwili namysłu, przyjrzenia się scenerii i wyczekania na odpowiedni moment do uruchomienia migawki. Najbardziej podoba mi się jednak fakt, że – wbrew powszechnym dzisiaj tendencjom – fotografii analogowej nie możemy mieć tu i teraz. Możliwość obejrzenia zdjęć wymaga cierpliwości. Tej samej zresztą, której kiedyś wymagało oczekiwanie na kartkę czy list od przyjaciela. Sztuka czekania stała się jakoś dziwnie niemodna.

🕰

Wieczny student

Ktoś powiedział, że człowiek może mówić lub słuchać. Kiedy mówi, to na ogół wyłącznie to, co sam wie. Kiedy słucha, to zawsze ma szansę dowiedzieć się czegoś nowego. Idąc tym tropem zacząłem słuchać wykładów publikowanych w sieci, co uważam za jedno ze swoich ciekawszych odkryć ostatnich tygodni. Słucham wszystkiego bez wyjątku: wykładów historycznych, językowych, medycznych, politycznych. Google podpowiada, że pod hasłem „wykład” możemy znaleźć prawie milion filmów na YouTube. Myślę, że warto czasem rzucić trochę świeżych treści na sita swojej pamięci. A nuż coś zostanie. A jak już zostanie to może i zakiełkuje.

Słuchanie wykładów ma też dla mnie bardzo praktyczną zaletę, mianowicie pracownicy naukowi na ogół nie upraszają się o subskrybowanie ich projektów badawczych. Na nasze szczęście świat nauki jeszcze nie przewalutował się na lajki.

👨‍🎓

Liczby rzymskie, cyfry arabskie

W jednej z internetowych sond ulicznych zapytano o opinię na temat wprowadzenia cyfr arabskich w polskich szkołach. W bogatym wachlarzu odpowiedzi znalazły się stwierdzenia, że to musi być coś strasznego i że w żadnym wypadku nie można pozwalać na wpływy islamistów.

Przypomniałem sobie o tym obserwując pewnego dobrze zbudowanego pana w teatrze, który nerwowo porównywał numer rzędu napisany na bilecie z rzymskimi oznaczeniami na fotelach. Na zmianę liczył rzędy po czym mrużył oczy to na bilet, to na fotel. Zrezygnowany podszedł w końcu do obsługi, która wskazała rząd dziewiętnasty (dwa iksy oddzielone kreseczką). W ten oto sposób został bezboleśnie wyręczony z odpowiedzi na jedyne pytanie, jakie kultura kieruje do odbiorcy jeszcze przed podniesieniem kurtyny.

Swoją drogą zapis rzymski to bardzo elegancki sposób na wstępną weryfikację kompetencji. Osobiście dorzuciłbym jeszcze jakieś proste pytanko przy kasowaniu biletów, typu: czy japoński wojownik to sandacz, mintaj czy samuraj. Może w ten sposób na sale trafiałoby mniej komentujących każda scenę krzykaczy i jaskiniowców.

🔢

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

pik, kier, trefl i karo

Masz karty? 🃏

Przyznam, że nie słyszałem tego pytania już od wielu lat. A przecież jeszcze nie tak dawno karty do gry były podstawą każdego wyjazdu. Grało się w Pana, Kuku, Durnia i jeszcze parę innych, których bez Wikipedii nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Była też oczywiście nudna i niekończąca się wojna, gra która w swoim założeniu miała chyba pokazywać bezsens jakichkolwiek konfliktów. Najdłużej przy życiu utrzymał się Poker, ale w tym wypadku źródeł sukcesu upatrywałbym raczej w jego hazardowych odsłonach – w moim przypadku była to jakże emocjonująca gra na zapałki.

Czy nasze wnuki będą grać w karty? Czy w świecie wirtualnej rzeczywistości ktokolwiek będzie zainteresowany emocjami jakie towarzyszą siedzeniu przy stole i wyrzuceniu kolejnych kartoników? Obawiam się, że nie. Co więcej wydaje mi się, że klasyczna talia kart trafi wkrótce do muzeum (zapewne gdzieś w okolice ilustracji przedstawiających grę w toczenie koła), a pik, kier, trefl i karo będą kojarzone raczej z czymś pomiędzy gatunkami koni a fajnymi imionami dla psów.

I tak oto po cichu zakończy się piękna historia klasycznych gier karcianych.

Czerstwe delicje

– Moi drodzy, dziękuję za waszą obecność na dzisiejszym spotkaniu. 👍

Organizacyjnie dodam tylko, że mamy rezerwację na dwie godziny, później z tego co widziałem salę przejmuje Miejski Zespół ds. Rozpraszania Smogu. Mam nadzieję, że uda się nam zmieścić w czasie. No dobrze, to zaczynajmy. Jak już pewnie wiecie po siedmiu latach pracy nasz zespół opuszcza Marylka. Będzie z nami do końca przyszłego miesiąca, natomiast zgodnie z najnowszymi wytycznymi już teraz musimy ustalić kto i w jakim zakresie przejmie jej obowiązki.
– No ale ona nie miała żadnych obowiązków.
– Jak to nie miała obowiązków? To skąd taka ilość nadgodzin?
– Nad tą broszurą o delfinach siedziała kilka miesięcy, ale oficjalnie to nie miała przypisanych projektów.
– Jakich znowu delfinach?
– Długa historia, poza tym projekt ostatecznie i tak trafił do kosza to nawet panu nie mówiliśmy. Totalna klapa. A tak to ja raczej nic nie kojarzę.
– Czyli po siedmiu latach pracy Marylki nie zostało nic co musielibyśmy po niej, no nie wiem, przejąć, dokończyć, sfinalizować?
– No, tak by się to wstępnie prezentowało. Chyba że mówimy o tych delicjach, co zostały po szkoleniu, one są chyba dalej w jej szafce. Podejrzewam, że już dawno czerstwe.
– No to przynieś te delicje, bo co ja wpiszę w protokół? I kawę zabierz. Tym czerstwym na sucho to się przecież podusimy.

Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.