Złoty spławik

Sklep odzieżowy w jednej z galerii.

– Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc?

– Dzień dobry. Tak, chciałem zapytać o produkty promocyjne. Widzę po plakatach, że macie państwo przeceny do siedemdziesięciu procent. Jakie towary objęte są zniżką?

– No, generalnie wszystko poza nową kolekcją, czyli tutaj te dwa wieszaczki i tam jeszcze jeden, ale to dział damski.

Dziękuję i udaję się w stronę wskazanych wieszaczków. Nie wiem czemu sprzedawcy tak chętnie wszystko zdrabniają? Żeby świat był mniej brutalny? A może żeby klient więcej kupił? Już słyszę w głowie: Jakieś spodenki dla pana? Ma pan już letnią kurteczkę? Proszę zobaczyć tutaj, mamy świetne bawełniane majteczki dla prawdziwych mężczyzn. Paragon czy fakturka? I tutaj reszta pieniążków dla pana i jeszcze kuponik rabatowy.

Rozglądam się za swoim rozmiarem. Jakby nie patrzeć, jeśli można kupić coś za trzydzieści złotych zamiast za sto, to może rzeczywiście warto rzucić okiem. Jak widać pandemia zmusza do radykalnych przecen. Ostatecznie znalazłem jedną rzecz przecenioną o pięćdziesiąt procent, reszta obniżona o jakieś dwadzieścia, trzydzieści. Pochodzi pani z zaplecza.

– Szuka pan czegoś konkretnego?

– Tak, chciałbym kupić coś za trzydzieści procent ceny, niestety nie mogę nic znaleźć. Czy byłaby pani uprzejma mi pomóc?

– Ale… jak to za trzydzieści procent?

– No, po siedemdziesięcioprocentowej obniżce, tak jak jest napisane na plakacie. Znajdę u państwa coś takiego?

– A, o tej reklamie pan mówi. Nie, my tu nic takiego nie mamy. To trzeba by po metkach patrzeć, ale kto by to liczył. Siedemdziesięciu to tu nie będzie na pewno.

Prawie mnie miała. Już pływałem wokół haczyka zrobionego z odwróconego wieszaka. Wystarczyło tylko umiejętnie pociągnąć za żyłkę, a potem jednym ruchem złowić mnie podbierakiem. Podziękowałem, w myślach przyznałem pani ekspedientce grand prix w kategorii „Złoty spławik”, ukłoniłem się i wyszedłem.

🐟

Pandemia na wynos

Naprzemienne zamrażanie i rozmrażanie gospodarki skutkuje wykształceniem się bardzo ciekawych postaw wśród małych firm. Jedni ograniczają możliwość płacenia wyłącznie do karty, inni tylko do gotówki. Pierwszych zachęca do tego zapewne konieczność zachowania dystansu społecznego, dla drugich ważniejsze jest natomiast utrzymanie odpowiednio dystansu wobec służb celno-skarbowych. Przyjęcie zapłaty na konto podczas zakazu może oznaczać, że dystans ten raptownie się zmniejszy.

Najbardziej zaciekawiła mnie jednak informacja wywieszona na jednej z mijanych przeze mnie sklepowych witryn, głosząca że: „płatność niemożliwa wyłącznie kartą”. Zatrzymałem się na chwilę, by pokontemplować ten przewrotny komunikat. Czyli jeśli mam ze sobą tylko kartę, to nic nie kupię? A jak będę mieć kartę i 10 zł, to zrobię zakupy? Skoro nie można wyłącznie kartą, to może można wyłącznie gotówką? To nie dało się napisać prościej? Wróciłbym i dopytał, ale sklep zamknięto do odwołania. Chyba nie tylko mnie nie przekonał ten odwrócony frontem do klienta przekaz.

Podobnie ma się rzecz z opracowanym na potrzeby pandemii sposobem podawania pizzy: niby na miejscu, ale jednak w kartonie. W przypadku kontroli zawsze można klientowi zamknąć wieko i wciskając nerwowo płaszczyk poinformować, że klient ten właśnie wychodził. No cóż, może kiedyś z sentymentem będziemy wspominać czasy, w których jedzenie na miejscu było nie na miejscu, a określenie „na wynos” znaczyło mniej więcej tyle, co „wynocha”. I bardzo dobrze! Póki co, w tym całym szaleństwie humor to jedyne skuteczne lekarstwo.

🍕

Pomiędzy sztuką a sztuczką

Jakiś czas temu w ramach wspierania kultury z legalnego źródła wybrałem się do kina na Psy 3. Trzydzieści złotych, które zostawiłem w kasie, nie uchroniło mnie jednak przed subtelnym policzkiem, który producent filmu wymierzył mi i reszcie widzów mniej więcej w połowie seansu prezentując na ekranie wielką paczkę kawy promującą „partnera” filmu. Jak później doczytałem, firma ta „od wielu lat jest mecenasem polskiej sztuki”.

Co to za sztuka, która bez pardonu atakuje odbiorcę reklamowym przekazem? Wyobrażacie sobie Ostatnią Wieczerzę da Vinci, w której Jezus dyskretnie reklamuje chlebek z lokalnej piekarni? Albo Panny z Awinionu pozujące z maszynkami do golenia dla kobiet? Nie wiem, co w tej sytuacji jest gorsze: czy to, że producent zamienia sztukę filmową w sztuczkę marketingową, czy to że my jako widzowie przyjmujemy takie rozwiązania jako normę, dając tym samym przyzwolenie na tę podprogową indoktrynację. Widocznie uważa się nas za zbyt mało rozgarniętych, aby stając przed sklepową półką dokonać prawidłowego wyboru. Wplatanie reklamy w film, za który żąda się pieniędzy, jest w mojej ocenie po prostu nieuczciwe.

Granica tolerancji przeciętnego konsumenta w kwestii reklamy od lat przesuwana jest niestety w stronę absurdu. Jaki obraz rzeczywistości się z tego wyłania? A no taki, że przy wjeździe do Zakopanego wita nas Mariusz Pudzianowski, ambasador polskiej blachodachówki, swoisty stalowy dyplomata bez teki. W telewizji oglądamy natomiast Zygmunta Hajzera, którego nikt nie kojarzy już jako radiowca czy dziennikarza, ale jako gościa od proszku do prania. I żeby było jasne – nie tego, który sam sprzedaje. Podobnie rzecz ma się z Magdą Gessler, która promując suplement diety wspierający trawienie daje świadectwo historycznej prawdzie, iż każda rewolucja pożera własne dzieci. I słowo pożera nie jest tu bynajmniej przypadkowe. Obrazu dopełnia Edyta Herbuś, która w nieco starej, ale jakże zmysłowej reklamie środka przeciwko stonce uwodzi insekta erotycznym tańcem przy wtórze afrykańskich bębnów (gorąco polecam Waszej uwadze tę kapitalną kompozycję).

Wszystko to byłoby pewnie do przełknięcia, gdyby dziwne pomysły agencji reklamowych spotykały się ze zdecydowaną reakcją odbiorców. Ale skoro nikogo nie razi już zestawienie brutalnej kreacji Bogusława Lindy z zalewanym cappuccino, to chyba nie ma o czym rozmawiać. Oto jak w prosty sposób można utopić kultowe kino w filiżance kawy.

🤹‍♀️

Pacjent w Ministerstwie Zdrowia Psychicznego

Zaskakujące jak wiele jest rzeczy, bez których człowiek potrafi przeżyć. Zmuszony okolicznościami rezygnuje z jałowych spacerów po wnętrzach galerii handlowych. Nie snuje się już tak gęsto pomiędzy regałami marketów budowlanych w poszukiwaniu tej konkretnej ażurowej donicy, którą umyślił kupić akurat dzisiaj, bo właśnie dzisiaj zobaczył reklamę, w której szczęśliwy człowiek to człowiek z donicą typu Fuksja. Wolny od ciężaru żółtych toreb nie ustawia się w długich kolejkach po szwedzkie klopsiki czy kawę na wynos, ograniczając zakupy jedynie do tego, co do życia rzeczywiście niezbędne. Okazuje się, że w nowych okolicznościach da się żyć i oddychać. Dzień po dniu odkrywa jak iluzoryczna była większość jego potrzeb wykreowana przez majstrów od promocji.

Dzisiaj wszyscy dookoła straszą recesją i spadkiem rozwoju, niestety nikt nie interesuje się stanem pacjenta. A ten od dłuższego czasu pozostawał w wysokiej gorączce zakupów targany raz po raz konwulsjami wciąż niewystarczającego wzrostu PKB. Szczęśliwie objawy ustąpiły, a chory po szczególnie wycieńczającym roku powoli wraca do siebie.

Ktoś powie, że odwracam kota ogonem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zgadza się – siedząc od dwóch tygodni w domu trudno o inny ogląd spraw. Wirus atakuje nasze płuca, ale być może wyleczy nasze głowy. Trzymajcie się zdrowo w tych osobliwych czasach!

🤒

Sprawny marketing w imię Pana

Czytam sobie, że nie dalej jak w zeszłym tygodniu przechowywana w madryckim klasztorze Wcielenia krew św. Pantaleona znów się upłynniła. 

„Do późnych godzin 27 lipca wierni tłumnie przybywali do klasztornego kościoła, aby zobaczyć to niezwykłe zjawisko i prosić świętego o opiekę.” Okazuje się, że krew pochodzi aż z III wieku i co roku we wspomnienie św. Pantaleona (a więc dokładnie 27 lipca) przybiera płynną postać. „Cały proces można obserwować na ekranach, które są w tym celu umieszczone w kościele.”

Trzeba przyznać, że pośród wielu zastrzeżeń, które można mieć do dzisiejszego Kościoła, nie można mu odmówić sprawnego marketingu. Msze święte online, spowiedź przez Internet, szeroki wachlarz mszy intencyjnych, w tym gregorianki, czyli 30 (!) mszy świętych odprawianych codziennie w intencji zmarłej osoby. Dla najmłodszych parafian system lojalnościowy w postaci karteczek adwentowych. Najlepszym przykładem sukcesu w tej materii jest portugalska Fatima, gdzie w długich kolejkach i na pełnym słońcu dziesiątki wiernych czekają na możliwość wrzucenia do ognia woskowych jelit, pęcherza lub piersi. Pamiętam rozczarowanie w oczach jednego z pielgrzymów, którego ręka roztopiła się w okolicach łokcia tworząc coś na kształt woskowego bajgla.

W Fatimie próżno szukać jednak woskowych miniaturek zdrowego rozsądku, które w intencji wiernych można by wrzucić do pieca.

Druga twarz wujka McDonalda

Ciekawostka z branży reklamowej: W swojej najnowszej reklamie McDonald’s dowodzi, że jedzenie z Maka wcale nim nie jest. Eksperyment polega na sprzedaży burgerów pod przykrywką zwykłego food trucka i badaniu reakcji konsumentów na informację, że oto zjedli burgera spod żółtej litery M. Jakaż przepaść musiała powstać pomiędzy wyobrażeniem o smacznym, rzemieślniczym burgerze a produkowanym taśmowo cheesie. To trochę tak, jakby w środku zimy zasłonić komuś oczy, wywieźć do Wałbrzycha i zapytać o odczucia. „Spoko? No widzisz, a w Wałbrzychu jesteś”.

Komu wolno pisać książki

Celebryci powinni mieć zakaz wydawania książek, tak uważam. Spora cześć tych kolorowych poradników ma wartość porównywalną do jednorazowych słomek: kupić, użyć, wyrzucić. Książki te nie niosą niestety żadnych uniwersalnych wartości, co potwierdza konieczność intensywnej reklamy w pierwszej fazie sprzedaży i mocne przeceny w końcowym okresie promocji. Po kilku tygodniach można je kupić za parę złotych, co jest niczym innym, jak zagraniem na nosie czytelnikom, którzy książkę kupili w oryginalnej cenie. Należy odróżnić pisarza, książkę i czytelnika od celebryty, produktu i konsumenta.