Nibylandia

Zauważam ostatnio ciekawe zjawisko zakładania psich profilów na Instagramie. Na jednym zdjęciu piesek śpi, na innym się bawi, na trzecim jest smutny, a na czwartym wesoły. Już nie człowiek, a zwierzak staje się bohaterem codzienności.

Nie powinno mnie to właściwie dziwić, bo od dłuższego czasu obserwuję zmianę modelu młodej rodziny z ‘dwa plus jeden’ na ‘dwa plus pies’. Przypomina mi to trochę demonstracyjną wersję gry w rodzica: niby czujemy na sobie odpowiedzialność za żywą istotę, ale jednak wszystkie problematyczne funkcje typu szkoła czy dorastanie są wyłączone. Takie, można powiedzieć, rodzicielstwo w wersji soft.

Myślę też, że kto jak kto, ale akurat moje pokolenie, które połowę dzieciństwa spędziło grając w The Sims powinno być wybitnie przygotowane do założenia rodziny i posiadania potomstwa. Tutaj sprawy mają się dokładnie na odwrót, bo trzydzieści lat to często zbyt młody wiek na stały związek, a co dopiero decyzję o potomku. Najpierw warto sprawdzić się jako administrator psiego profilu, a potem się zobaczy.

Chciałoby się powiedzieć, że młodzi ludzie schodzą na psy(!), ale byłbym tu jednak bardzo ostrożny z krytyką. Tak po prostu wygląda Nibylandia – kraina Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni. Nikt o zdrowych zmysłach nie opuszcza jej na własne życzenie, choć wszyscy wiedzą, że deportacja jest nieunikniona.

🧚‍♀️

CYFROWE BEZGŁOWIE

Nad moim łóżkiem zawiesiłem małą półkę, na której kładę telefon. Jest to rozwiązanie nadzwyczaj wygodne, bo pozwala mi sięgnąć po niego zaraz po przebudzeniu. Kiedy ja śnię o fantastycznej krainie, gdzie ludzie komunikują się patrząc sobie w oczy, on oddaje się aktualizacyjnej medytacji, by od rana organizować mój dzień.

Bez niego byłbym zaledwie cieniem swojej własnej osoby. Charakterem z dykty. Pozostawiony sam sobie prawdopodobnie nie obudziłbym się nawet na czas, a obudzony utknąłbym na jednym kanale jak telewizor, do którego zgubiono pilota. Do nikogo bym nie napisał i niczego nie sprawdził. Jakże upokarzające wobec moich sąsiadów musiałyby być nieudolne próby sprawdzenia pogody przez uchylone okno: chłodno, ale tak chłodno na sześć czy bardziej na dziewięć stopni? Nie wiedziałbym jak się ubrać, a co dopiero jak żyć.

Na szczęście mam go w zasięgu ręki, co zdaje się rozwiązywać wszelkie poczucie ewentualnej pustki czy niepewności. W każdej chwili mogę wybrać aplikację, która wypełni mój czas, dzięki czemu nie muszę go spędzać ze sobą. To ostatnie bywa dość krępujące, stąd pomysł o zawieszeniu półki. Filmik z tutorialem zaproponował mi mój telefon.

📲

Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.

Wysoka dziewczyna, czyli jak bardzo nie rozumiem wojny

Zastanawiam się czasem, jak długo byłbym w stanie wytrzymać w obliczu wojny i czy w ogóle. ⚔️

Do takich nietypowych przemyśleń jak na dwudziesty pierwszy wieku skłonił mnie seans „Wysokiej dziewczyny”, filmu który opowiada o próbie wyjścia z traumy drugiej wojny światowej. Wojnę znam wyłącznie z lekcji historii, starych fotografii i filmów właśnie. Łatwo mi o tym rozmawiać z perspektywy wygodnego fotela, dużo trudniej zrozumieć, czym wojna jest w rzeczywistości nie przeżywając jej na własnej skórze.

Biorąc pod uwagę że nigdy nie byłem głodny dłużej niż przez dziesięć godzin, nigdy porządnie nie zmarzłem, nie musiałem przymusowo opuszczać domu, nie byłem więziony ani nie doświadczyłem przemocy, która mogłaby zagrażać mojemu życiu, to moje rozumienie wojny jest raczej nikłe, jeśli w ogóle można powiedzieć, że wojnę w jakikolwiek sposób rozumiem. W tym kontekście zupełnie nie wyobrażam sobie swojego pokolenia w obliczu jakiegokolwiek poważniejszego konfliktu. Emotikony z polską flagą, bicepsem i karabinem wklejane na facebooka mogłyby okazać się niewystarczające do obrony kraju.

Z drugiej strony cieszę się, że dane mi jest żyć w bezpiecznych i dostatnich czasach. Może to głupie, ale wolę, żeby wojna pozostała dla mnie wyłącznie absurdalnym wspomnieniem z dzieciństwa, gdzie podczas obiadu nie mogłem się nadziwić, dlaczego moja prababcia nakłada drugie danie na ten sam talerz, z którego przed chwilą jadła rosół.

– Babciu, przecież to jest brudne po zupie, pod spodem masz talerz! – śmiałem się jako dziecko. A babcia tylko uśmiechała się w milczeniu głaszcząc mnie po głowie.

Pokolenie Y w drodze na Mount Everest

Kolejny milenials spada ze ściany 🧗🏻‍♀️

Żyjemy w globalnej wiosce. Miejscu, w którym bez problemu możemy śledzić ludzi sukcesu. Ci którym się udało, zapewniają nas, że wszystko zależy od motywacji, ciężkiej pracy i poświęcenia. Wtórują im wszelkiej maści trenerzy biznesu i kołczowie od samorozwoju.

W tym wszystkim pojawia się moje pokolenie – ludzi pewnych siebie, zmotywowanych, przekonanych o swojej wyjątkowości, z biografią Steva Jobsa w plecaku. Dla części z nich sukces staje się obsesją, tym większą im dłużej się nie pojawia. Przecież wszyscy mówią, że wystarczy marzyć!

W ostatnim czasie obserwuję sytuacje, gdzie wspólne życiowe wyprawy dwójki ludzi zamieniają się w dramatyczny atak szczytowy jednej z nich. Silna potrzeba sukcesu sprzyja decyzji o porzuceniu bazy, tym samym ciężaru jakim w drodze na szczyt okazuje się partner. I być może wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że każda wspinaczka ma jednak wiele niepewnych chwytów. W takiej sytuacji odpadnięcie od skały bez asekuracji drugiej osoby może na długo przesłonić marzenia o zdobywaniu szczytów.