Nobel dla Tokarczuk, radość dla czytelników!

O ja, Olga Tokarczuk dostała nobla! 💥

Tak mniej więcej brzmiała moja pierwsza myśl, kiedy internat zalała informacja o nagrodzie dla polskiej pisarki. Przyznam, że wydarzenia na świecie rzadko dotykają mnie osobiście, ale w tym wypadku to było coś wyjątkowego. Być może dlatego, że czytam Tokarczuk i bardzo cenię jej niecodzienną umiejętność łączenia słów, nadawania im nowego znaczenia, a przez to budowania naprawdę czarujących metafor. Tokarczuk porównałbym do Zishe Breitbarta zwanego królem żelaza, przy czym Tokarczuk nie wygina stali a słowa, i nie dłońmi a piórem.

Nobel dla Tokarczuk ma dla mnie dwa wymiary. Pierwszy, bardziej osobisty polega na wyróżnieniu tekstów, po które z przyjemnością sięgam mniej więcej od czasów „Gry na wielu bębenkach”. Miłosz, Szymborska – w porządku, ale to zdecydowanie nie moje pokolenie. Do ich twórczości nie potrafię podejść inaczej niż przez pryzmat nagrody. Tokarczuk doceniłem na długo przed wczorajszą decyzją Komitetu Noblowskiego.

Drugi wymiar, nieco szerszy, wiąże się z docenieniem polskiej literatury zarówno w dobie kiepskiej kondycji polskiego czytelnictwa, jak i czasach kultury obrazkowej, memów i wszelkich prostych treści, które dzień po dniu pchają nas w stronę wtórnego analfabetyzmu. Pod tym względem ta nagroda ma w sobie piękno świecącej jasno gwiazdy.

Myślę też, że nobel dla autora jest w gruncie rzeczy małym noblem dla czytelników i właśnie wczoraj takiego małego nobla odebrałem. Olga, dziękuję!