Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Minotaur z galerii handlowej

Szczerze nie lubię galerii handlowych 🛍

Zawsze kiedy muszę odwiedzić centrum handlowe robię to z dużą niechęcią. Tłok, hałas, głośna muzyka i rozpylane przez speców od marketingu zapachy powodują, że po dwudziestu minutach czuję się po prostu wyczerpany zakupami.

Może nie byłbym tak negatywnie nastawiony, gdyby nie fakt, że dzisiejsze galerie przybrały rozmiary wielkich labiryntów, z których wyjście bez zawiązanej uprzednio przy wyjściu nici może okazać się niemożliwe. Raz nawet pewna starsza pani poprosiła mnie o odprowadzenie do wyjścia, co z zadowoleniem uczyniłem czując się jak Wawrzyniec Żuławski ratujący w Tatrach piękne turystki, które pochłonięte urokiem gór gubiły szlaki. No, powiedzmy, że tak się czułem.

W galeriach jest jednak rzecz, która zawsze poprawia mi humor. Są to mianowicie znużeni trwaniem na posterunku i snujący się leniwie po piętrach ochroniarze w butach o przetartych do łysego podeszwach, którym przy każdym kroku noga zakroczna rozjeżdża się trochę do tyłu. Mijając te poślizgowe grupy interwencyjne nachodzą mnie obawy, czy w przypadku ataku terrorystycznego ci biedacy uwierzą w to, co widzą, a jeśli tak to czy dadzą radę doczłapać na czas do wyjścia.