Standard pięciu gniazdek

Bezustannie dyskutujemy o odnawialnych źródłach energii, rosnących cenach prądu i wszystkim tym, co powinniśmy zmienić, żeby zapewnić odpowiednią podaż prądu. Jakoś nikt szczególnie nie chce zabrać się za drugą stronę tej układanki, czyli próbę ograniczenia naszego zapotrzebowania na energię.

Policzyłem ostatnio ilu gniazdek elektrycznych potrzebuję do życia. Wyszło pięć: router, lodówka, pralka i komputer, które wpięte są na stałe, a okresowo także ładowarka do telefonu albo nocna lampka. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę wspomnienia z dzieciństwa u dziadków, gdzie jeden kontakt przypadał na jeden pokój, uważam, że całkiem sporo. Przekładając tę matematyczną prawidłowość na standard życia, należałoby uznać, że żyję w pięciokrotnie wyższym standardzie niż moi dziadkowie: standardzie pięciu gniazdek. Teza taka brzmi co najmniej intrygująco.

Wydawałoby się też, że skoro z codziennych zajęć wyręcza mnie aż pięć urządzeń to powinienem mieć zdecydowanie więcej czasu niż kiedyś. Tu akurat tendencja jest dokładnie odwrotna, co uważam za kolejny argument za tym, że świat staje na głowie. Pytanie, czy energia z wiatraków wystarczy, by powstrzymać tę nienaturalną pozycję przed upadkiem.

🔌

Ucieczka przed końcem świata

Dzisiaj dojrzałem zawieszony na murze nekrolog Ludzkości informujący, że zginiemy w 2050 r. z powodu globalnego ocieplenia, utraty miejsc zdatnych do zamieszkania, głodu, suszy i wojen. Przystanąłem na chwilę, żeby wczytać się w to osobliwe zawiadomienie, ale zaraz podszedł do mnie chłopak z ulotką HIVE opowiadając o darmowych przejazdach. Mówił, że stanął przy tym plakacie, bo dużo osób tu podchodzi i jemu wtedy łatwiej te ulotki rozdać, bo jak człowiek stoi to raczej nie odmawia. Też wziąłem. To jest właśnie to uczucie, kiedy w odpowiedzi na troskę o zbliżającą się zagładę Ziemi dostajesz darmowe punkty na hulajnogę