Oszczędzanie w czasach wielosztuk

Znowu sprzedawca spojrzał na mnie jak na głupka, bo nie chciałem kupić dodatkowej coli. Wiem, że jest super promocja i jak kupię dwie, to będzie taniej, ale ja mam tylko jeden żołądek, jedno pragnienie i żadnej torby, żeby nosić te wasze wielosztuki.

Niby bzdurna promocja, ale przy kasie czuję się jak Antygona: przepłacić, ale wyjść z jedną puszką czy kupić dwie lub trzy po normalnej cenie i upychać je gdzieś po kieszeniach. Czego bym nie zrobił i tak wydam więcej, bo nie da się kupić jednej coli w normalnej cenie. To taka ukryta kara za to, że miałem odwagę przyjść i kupić mniej, niż przewidują prognozy sprzedażowe na dany kwartał. W takich chwilach próbuje przełożyć rzeczywistość na realia moich dziadków, których bardzo cenię za zdroworozsądkowe podejście do życia. Nie wiem, co powiedzieliby widząc mnie wracającego od piekarza z trzema bochenkami chleba, ale na pewno nie słowa uznania dla poczynionych przeze mnie oszczędności, o czym próbował zapewniać mnie sprzedawca wciskający mi drugą kolę.

Czasem zastanawiam się co to za świat, w którym nawet oszczędzanie stało się nieopłacalne.

Mecenasi sztuki zwanej życiem

W aktualnej „Polityce” polecam wywiad z socjolożką Martą Olcoń-Kubicką o tym, jak młodzi zarządzają swoimi finansami: „Mówią o sobie, że są bardzo niezależni, ale po analizie ich budżetów okazywało się, że rodzice do nich regularnie dosypują w różnej formie. W realizacji aspiracji i budowaniu dobrego życia w kapitalizmie przez młodą klasę średnią potrzebne okazuje się wsparcie rodziców”.

Z moich obserwacji dodałbym, że w czasach, gdy w percepcji młodych ludzi studia stały się czasem beztroskiej zabawy, a pierwsza praca wyzyskiem za psie pieniądze, rodzice pozostają ostatnią instytucją, która pozwala na życie godne Instagrama. Rodzice stali się mecenasami sztuki życia swoich dzieci.

„Mama pyta czy chcę jakiś przelew. Mówię: »bardzo proszę«”.