Kapitalizm w czasach zarazy

Ciekawe to czasy, w których dobro gospodarki stawia się ponad ludzie życie. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi wicegubernatora Teksasu, który sugeruje powrót do normalnego trybu pracy kosztem życia najstarszych obywateli. Wszystko to w imię rozwoju gospodarczego i lepszego jutra naszych wnuków.

W moim odczuciu słowa te brzmią co najmniej komicznie, bo zgodnie z opinią przeważającej części naukowców owo lepsze jutro czekające na kolejne pokolenia to nic innego jak powodzie, pożary, masowe wymieranie gatunków i okres gwałtownych zmian klimatycznych. Paradoksalnie to właśnie zamknięcie się w domach i przyduszenie światowej gospodarki może przynieść nam lepszą przyszłość, co już potwierdzają satelitarne zdjęcia zmniejszających się zanieczyszczeń powietrza czy chociażby pojawiające się w weneckich kanałach ryby.

Mam nadzieję, że nowa rzeczywistość, która nastąpi po wirusie będzie wolna od opinii wygłaszanych przez tego typu boomerskie autorytety. Być może będzie to czas, w którym zestawienie szeregowego pracownika korporacji po licencjacie z marketingu z zarabiającym dwa razy mniej lekarzem rezydentem ratującym życie i zdrowie pacjentów, skłoni nas do refleksji, że świat który mam nadzieję żegnamy, był światem ekonomicznych absurdów i niedorzeczności. Egzotyczne słowa Dana Patricka będą wtedy cytowane jako ostatnie słowa konającego kapitalizmu.

🤑

My tu mamy tak

Przez długi czas szukałem określenia, które w zgrabny sposób ujęłoby główną zasadę funkcjonowania Instagrama. Odpowiedź przyszła niespodziewanie podczas przeglądania story jednej z dziewcząt, która jest znana z tego, że ma trzynaście tysięcy obserwatorów (nie mylić z fanami). Otóż ta skądinąd piękna dziewczyna wrzucając zdjęcia jeszcze piękniejszych widoków rozciągających się za oknem jej apartamentu dodała krótkie: „my tu mamy tak”.

W mojej głowie od razu pojawiło się pytanie-riposta: „a ja mam jak?”. Dla pewności podniosłem żaluzje licząc że paskudny blok, który straszy z przeciwka został być może zdetonowany odsłaniając tym samym widok na piękną miejską zieleń. Nic z tych rzecz, siwizna przełamana ciemnymi zaciekami biła po oczach wyjątkowo dotkliwie. Pomyślałem wtedy, że nawet gdybym bardzo chciał zostać wydawcą swojej instagramowej gazetki pod tytułem „ja i moje życie”, to ze względów czysto estetycznych byłoby to po prostu niemożliwe. Co ja mam do pokazania światu? Jeżyka z parówek?

Mam takie poczucie, że hasztag „my tu mamy tak” idealnie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, w której ludzie budują swoją tożsamość już nie poprzez to jakimi w istocie są ludźmi, ale to gdzie bywają, co widzą i jakie rzeczy mają na talerzach. W zasadzie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że ci od pokazywania coraz częściej próbują wejść w rolę tych, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Tak jak wejście do garażu nie uczyni człowieka samochodem, tak duża popularność nie zrobi z nikogo eksperta. Warto o tym pamiętać, szczególnie dzisiaj kiedy habilitację z życia próbuje się zrobić na liczbie lajków.

🎡

Czerstwe delicje

– Moi drodzy, dziękuję za waszą obecność na dzisiejszym spotkaniu. 👍

Organizacyjnie dodam tylko, że mamy rezerwację na dwie godziny, później z tego co widziałem salę przejmuje Miejski Zespół ds. Rozpraszania Smogu. Mam nadzieję, że uda się nam zmieścić w czasie. No dobrze, to zaczynajmy. Jak już pewnie wiecie po siedmiu latach pracy nasz zespół opuszcza Marylka. Będzie z nami do końca przyszłego miesiąca, natomiast zgodnie z najnowszymi wytycznymi już teraz musimy ustalić kto i w jakim zakresie przejmie jej obowiązki.
– No ale ona nie miała żadnych obowiązków.
– Jak to nie miała obowiązków? To skąd taka ilość nadgodzin?
– Nad tą broszurą o delfinach siedziała kilka miesięcy, ale oficjalnie to nie miała przypisanych projektów.
– Jakich znowu delfinach?
– Długa historia, poza tym projekt ostatecznie i tak trafił do kosza to nawet panu nie mówiliśmy. Totalna klapa. A tak to ja raczej nic nie kojarzę.
– Czyli po siedmiu latach pracy Marylki nie zostało nic co musielibyśmy po niej, no nie wiem, przejąć, dokończyć, sfinalizować?
– No, tak by się to wstępnie prezentowało. Chyba że mówimy o tych delicjach, co zostały po szkoleniu, one są chyba dalej w jej szafce. Podejrzewam, że już dawno czerstwe.
– No to przynieś te delicje, bo co ja wpiszę w protokół? I kawę zabierz. Tym czerstwym na sucho to się przecież podusimy.

Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.

Samolot z papieru

Z podstawówki zapamiętałem, że ucząc się i będąc ciekawy świata mogę dolecieć gdziekolwiek zechcę – zupełnie jak precyzyjnie złożony samolot z papieru. 🛫

Przez wszystkie lata nauczania składałem więc origami własnej osoby, by siłą rozpędu dolecieć na studia. Po pięciu latach mogłem oficjalnie dorysować na skrzydłach skrót „mgr” i wylądować w pierwszej w miarę dobrze płatnej pracy. W tym momencie wystrzeliły szampany, a na lotnisku przywitała mnie delegacja znajomych gratulując sukcesu i życząc wysokich zarobków.

I nagle okazało się, że codzienność zaczęła sprowadzać się do wykonywania tych samych obowiązków i pogoni za coraz wyższą pensją. Papierowy samolot razem z całą moją ciekawością świata przepadł gdzieś na dnie szuflady.

Zacząłem zastanawiać się czy tak ma wyglądać modelowy lot przez dorosłe życie – zakończony na pierwszym możliwym lotnisku. Być może. W moim wypadku czuję jednak, że wiatr zmian może przynieść jeszcze bardzo wiele dobrego, czego i Wam życzę.

Wypalenie zawodowe

Wiesz, ja to się już chyba wypaliłam zawodowo w tym urzędzie – wyznaje mi przy obiedzie znajoma, lat trzydzieści dwa. 🤷‍♀️

Niby wszystko super, praca można powiedzieć zbieżna z moimi zainteresowaniami, bo to jednak Departament Czasu Wolnego i Rekreacji, ale ty wiesz, ile my tam mamy obowiązków? Ostatnio przyszła do mnie dyrektora i mówi: Jola, trzeba będzie ulotkę zrobić o tej ścieżce zdrowia, co to ją wizytowałaś. Bo wiesz, zrobili w parku taką ścieżkę z kostki i parę razy wysłali mnie tam z urzędu, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku. Pochodziłam w kółko, no ale myślę sobie, co będę wracać, rozpisałam delegację to jeszcze posiedzę, pokarmię gołębie czy coś. No i ona żebym ulotkę o tym zrobiła. A wiesz, ja w umowie nie mam nic o pracy twórczej, no to poprosiłam dyrekcję o spotkanie całego zespołu z prośbą o wyjaśnienie naszego zakresu obowiązków, bo wiesz, dzisiaj się zgodzisz na ulotkę, a jutro co? Przemówienie prezydenta miasta z okazji mistrzostw w wędkarstwie spławikowym? Dziękuję bardzo! Biedna Basia siedziała po nocach i czytała o kołowrotkach. Nie no mówię ci, ja przy środzie to czuje się jak rozjechana przez walec. Autentycznie. Śniadanie, kawka, fajeczka, coś tam pogadamy i tu raptem trzynasta, obiad, no to co tak efektywnie zrobisz przez dwie godziny? Wiesz, to by się dało, ale to potrzeba ludzi. Efekt jest taki, że przychodzi piątek i ja totalnie nie wiem jak się nazywam. Ale tak totalnie. I powiedz mi, ile można w takim tempie?

Nie wiem Jola – odpowiadam jednak na to retoryczne pytanie – może czas pomyśleć o jakiejś spokojniejszej robocie.

Książki kupuję, nie wypożyczam. Niestety

Mam trochę problem z kupowaniem książek 📖

Z jednej strony bardzo lubię odwiedzać księgarnie, przeglądać półki z nowościami, pytać o nowe i stare tytuły, na końcu wracać do domu z nową książką i po prostu czytać. Z drugiej mam świadomość, że poza kilkoma ulubionymi pozycjami do większość książek nie będę wracać tak często i po przeczytaniu nie będą mi raczej szczególnie potrzebne.

Próbowałem przerzucić się na czytanie książek z bibliotek, ale tu pojawiły się dwie zasadnicze przeszkody: Po pierwsze, o ile nie ma problemu z dostępnością starych tytułów, o tyle o nowe pozycje trzeba walczyć z szybkością i zaangażowaniem godnym maklera giełdowego przy jednoczesnej niemałej wiedzy na temat zasad działania systemu. A te, mam wrażenie, są zupełnie inne dla każdej biblioteki – zasady rezerwacji, przedłużenia, kolejka oczekujących, katalog centralny, katalog lokalny, itd. Na szczęście jest pani Danusia, która potrafi pomóc, kiedy skończą mi się już pomysły na prawidłowe wypełnienie rewersu.

Po drugie, odwiedzając bibliotekę zawsze staram się wypożyczać kilka tytułów na raz i nie zawsze jestem w stanie zwrócić je na czas. W konsekwencji chcąc wypożyczyć kolejne książki muszę uregulować karę ze przetrzymanie poprzednich tytułów. Panie z wypożyczalni w takich sytuacjach zachęcają mnie do zrobienia prolongaty, ale jakoś mam wrażenie, że może ktoś właśnie czeka na moją książkę i przedłużając termin zwrotu sprawię mu przykrość. Posiadanie książki na własność jest pod tym względem bardzo wygodne.

Tak sobie myślę, że są pewne rzeczy na których nie warto oszczędzać, a jedną z nich są kupione na własność książki. Coś czuję, że szybko nie zrezygnuję z tej przyjemności.

PS Pani Danusiu, jeśli pani czyta ten wpis, to obiecuję, że do końca tygodnia oddam resztę książek i ureguluję zaległości. Pozdrawiam!

Minotaur z galerii handlowej

Szczerze nie lubię galerii handlowych 🛍

Zawsze kiedy muszę odwiedzić centrum handlowe robię to z dużą niechęcią. Tłok, hałas, głośna muzyka i rozpylane przez speców od marketingu zapachy powodują, że po dwudziestu minutach czuję się po prostu wyczerpany zakupami.

Może nie byłbym tak negatywnie nastawiony, gdyby nie fakt, że dzisiejsze galerie przybrały rozmiary wielkich labiryntów, z których wyjście bez zawiązanej uprzednio przy wyjściu nici może okazać się niemożliwe. Raz nawet pewna starsza pani poprosiła mnie o odprowadzenie do wyjścia, co z zadowoleniem uczyniłem czując się jak Wawrzyniec Żuławski ratujący w Tatrach piękne turystki, które pochłonięte urokiem gór gubiły szlaki. No, powiedzmy, że tak się czułem.

W galeriach jest jednak rzecz, która zawsze poprawia mi humor. Są to mianowicie znużeni trwaniem na posterunku i snujący się leniwie po piętrach ochroniarze w butach o przetartych do łysego podeszwach, którym przy każdym kroku noga zakroczna rozjeżdża się trochę do tyłu. Mijając te poślizgowe grupy interwencyjne nachodzą mnie obawy, czy w przypadku ataku terrorystycznego ci biedacy uwierzą w to, co widzą, a jeśli tak to czy dadzą radę doczłapać na czas do wyjścia.