Słup reklamowy

Kiedyś bardzo chciałem być sławny. Chciałem być muzykiem, udzielać wywiadów, pisać książki albo chociaż zagrać w jakimś filmie. Mieszkałbym pewnie teraz w jakimś dużym domu z basenem, latał helikopterem i chodził na bale charytatywne. Całe szczęście, że w to nie poszedłem. Życie celebryty to horror.

Lubię czasem sprawdzić, co słychać u osób, które są znane z tego, że są znane. Dzisiaj jest to wyjątkowo łatwe, bo wystarczy odwiedzić odpowiedni profil społecznościowy. Najczęściej można zobaczyć, co kto zjadł na śniadanie, jak się ubrał do windy albo do jakiej muzyki buja się prowadząc samochód (za nagrywanie story w trakcie jazdy powinny być mandaty!). I tak dzień za dniem, relacja za relacją przeplatana reklamą depilatora albo kremu.

Mogłoby się wydawać, że nie ma przyjemniejszego sposobu na utrzymywanie się, jak pokazywanie swojego życia. I właśnie słowo „utrzymywanie się” jest tu kluczowe. Specyfika zarabiania w oparciu o media społecznościowe pokazuje, że aby wejść do świadomości swoich odbiorców, najpierw samemu trzeba wpuścić ich z butami do własnego życia. Jeśli chcę się „utrzymać”, muszę pokazać więcej niż inni. Muszę myśleć o swoim dniu z perspektywy tego, co się sprzeda, co będzie atrakcyjne, co przyciągnie do mnie nowych ludzi.

Pojawia się pytanie jak zachować w tym wszystkim siebie, kiedy moja tożsamość musi rozciągnąć tak, aby objąć jednocześnie reklamę leku na odchudzanie, odkurzacza i oranżady (której przecież nie piję, bo niby zażywam ten pieprzony lek)? Może łatwiej porostu zrezygnować z siebie? Niech sponsorzy zdecydują, co mam zjeść i czym się nasmarować, trzeba być elastycznym.

Ostatecznie osoba znana z tego, że jest znana, zamienia się w osobę znaną z tego, że jest słupem reklamowym. Pojawia się smutek i rozczarowanie, bo kiedy nie ma już nic do zareklamowania, to jaki sens ma nasze życie?

📜

Borys Jelcyn gra w Chińczyka

Przeprosiłem się ostatnio z historią współczesną. Zacząłem czytać o latach powojennych w Europie i o dziwo lektura ta okazał się nadzwyczaj ciekawa. Z pewnością ciekawsza niż niewiele mówiące wojny punickie, które były tak dawno, że nie wiadomo czy w ogóle.

Znajomość najnowszej historii okazuje się dużo bardziej przydatna dla zrozumienia własnego położenia na świecie. Zawsze patrzyłem na swoje życie z perspektywy rodziny, ewentualnie społeczeństwa, w jakim przyszło mi się wychowywać. Nigdy nie byłem jednak w stanie docenić siły wiatrów historii, które spowodowały, że przyszło mi żyć akurat na tym kontynencie i po tej stronie nieistniejącej już żelaznej kurtyny. Równie dobrze mogłem przecież przyjść na świat nieco bardziej na zachód, mówić w zupełnie innym języku i nie głowić się na tym jak spuścić wodę w bezdotykowej toalecie podczas pierwszej wycieczki do Londynu. Niestety w tej grze to historia wybiera plansze i rozstawia pionki (przy czym demografia naszej planety wskazuje, że najczęściej gra się jednak w Chińczyka).

Drugą ważną rzeczą jest uświadomienie sobie, że świat miał się całkiem nieźle zanim się na nim pojawiłem, i zapewne będzie miał się nie najgorzej, kiedy będę się z nim żegnał. Czytanie o wydarzeniach na krótko poprzedzających rok mojego urodzenia sprawa wrażenie, że kolejny rozdział zostanie poświęcony w całości mojej osobie i serii wydarzeń, które ukształtowały mnie jako człowieka. Nic bardziej mylnego. Historia przejechała po tej ważnej dacie jak kolumna radzieckich czołgów w kierunku Czechosłowacji. Jeśli jest coś takiego jak dziejowy egocentryzm, to właśnie zostałem na niego skutecznie zaszczepiony.

Uświadomiłem sobie też, że jeśli nie jest się zawodnikiem rangi Regana, Thatcher czy Jelcyna to raczej nie ma co liczyć na trwałe zapisanie się w historii ludzkości (chociaż po tym ostatnim został przede wszystkim filmik na YouTube o nazwie „Best of drunk Boris Yeltsin!” z trzema milionami odsłon, co raczej nie zachęca ani do polityki, ani do alkoholu, a tym bardziej do obu tych rzeczy razem). Tak, Borys był alkoholikiem.

Znajomość historii daje też pewnego rodzaju ulgę, która wyraża się w zrozumieniu tego skąd się przychodzi i kim się jest, a przede wszystkim – co być może ważniejsze – kim się nie jest i dlaczego nie jest to winą danego człowieka. Szersze spojrzenie na ten aspekt pomaga zapobiec wielu niepotrzebnym frustracjom.

Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, że historia wpuściła mnie do gry w całkiem niezłym momencie. Pobiegam jeszcze trochę, a jak się zmęczę, to poproszę o zmianę. I znowu przyjdzie ktoś nowy i będzie biegać tam samo jak ja. A mecz będzie trwać w najlepsze.

Powrót do „normalności”

W nowy rok wchodzimy ze szczepionką przeciwko COVID-19 i wielkimi nadziejami na powrót do świata, który utraciliśmy kilka miesięcy temu. Ale czym tak naprawdę jest owa „normalność”, za którą tak tęsknimy? Czym jest „normalny” świat?

Odpowiedź sprowadziłbym do stwierdzenia, że normalność to przewidywalność. To możliwość określenia co czeka nas jutro, za tydzień lub za miesiąc. Żyjąc w coraz bardziej uporządkowanym świecie wielką frustrację wzbudza w nas spóźniający się autobus. Przecież nie po to mamy zegarki i precyzyjnie rozpisane rozkłady jazdy, żeby czekać. Przystanki już dawno przestały być miejscem oczekiwania na autobus, a stały się raczej punktem przesiadkowym.

Skoro zatem nasze niezadowolenie powodują tak prozaiczne rzeczy, jak traumatycznym przeżyciem musi być realne zagrożenie życia z powodu choroby. Nikt nie wie przecież, jak zareaguje na zarażenie nowym wirusem. To rodzaj nieprzewidywalności, o którym już dawno zapomnieliśmy w naszym poukładanym świecie, zupełnie tak jakby historia ludzkości była wolna od tego typu zmartwień. Pandemia na nowo przypomniała nam o przemijaniu – zjawisku przyrodniczym, które w sposób szczególny nie wpisuje się w dostatnie i dobrze zaplanowane życie.

Kolejna wielka niepewność to ryzyko utraty pracy, a co za tym idzie dochodów. Niebezpieczeństwo, które w porównaniu z przyzwyczajeniami do wizyt w galeriach handlowych czy precyzyjnie rozpisanymi ratami kredytu mieszkaniowego może wywołać spore zawroty głowy. Operując wyłącznie wskaźnikami makroekonomicznymi czasem trudno dostrzec, że normalnością zaczęliśmy nazywać to, co kiedyś oznaczało nadmiar i zbytek. Produkt Krajowy Brutto podajemy w odniesieniu rok do roku, ale nigdy pokolenie do pokolenia. Jeszcze żaden ekonomista nie powiedział, że osiągnęliśmy zadowalający poziom produkcji i więcej już nie potrzebujemy.

Rok 2021 zaczyna się od osiemnastych urodzin Grety Thunberg (dokładnie dzisiaj). Pomyślałem od razu, że dla aktywistki klimatycznej ograniczenie działalności światowej gospodarki z powodu pandemii to najlepszy możliwy prezent u progu dorosłości. Pomijając niemałe koszty społeczne i spore ryzyko powrotu do destrukcyjnych praktyk sprzed pandemii, ubiegły rok był obiektywnie sporą ulga dla Ziemi.

Okazało się, że jestem w sporym błędzie. Jak podano w radiowym komunikacie, rok 2020 nie był dobry dla zwolenników ochrony klimatu, gdyż… nie mogli protestować na ulicach. Wygląda więc na to, że powrót do „normalności”, szczególnie w kategoriach myślenia o świecie, odbędzie się nie poprzez odnalezienie nowej drogi, a poprzez powrót do tego, co stare i przewidywalne. Znając datę katastrofy klimatycznej jakoś łatwiej zaplanować kolejny tydzień.

😵

Szeregowy Goniec

– Co ty tutaj robisz o tej porze? – zapytała wyraźnie zdziwiona młoda kobieta zza długiego kontuaru.

– Byłem z paczką u jednej babki. Dzwonię, a ona do mnie, że dzisiaj akurat przyszła do pracy i żebym jej podrzucił na trzecie piętro. Miała na mnie tu czekać. ­– odpowiedział kurier w lekko rozpiętym już firmowym uniformie spoglądając ostentacyjnie na zegarek. Przewiesił się przez kontuar wbijając wzrok w recepcjonistkę, tak jakby to od niej zależało czy dostarczy dzisiaj ostatnią z powierzonych mu paczek.

W rzeczywistości wszystkie przesyłki zostały już dzisiaj rozdane. Wiedział o tym kurier i wiedział o tym doskonale również Konstanty, który z identyfikatorem w ręce przepychał się właśnie przez wykonaną ze stali nierdzewnej bramkę obrotową. Karta dostępu, którą otrzymał pierwszego dnia w pracy musiała mieć jakiś defekt, bo za każdym razem kiedy przykładał ją do czytnika, sygnalizator diodowy najpierw odmawiał dostępu, a potem wymuszał wykonanie kilku uderzeń biodrami o ramiona bramki. Zarówno wejście jak i wyjście z budynku było więc dla Konstantego małym aktem żenady, który konsekwentnie odgrywał każdego dnia.

Każdego dnia mijał też recepcję, na której siedziała owa młoda kobieta w tej samej granatowej marynarce i okrągłych, trochę za dużych okularach. Z początku na widok dziewczyny odpowiadał głośne „dzień dobry”, z czasem uświadomił sobie, że na ten sam pomysł mogli wpaść również inny mężczyźni wchodzący do biura i odpowiadanie każdemu z nich na uprzejme powitanie może być dla młodej damy rzeczą o wiele gorszą niż jego walka z obrotową bramką. Zmienił więc strategię i od tego czasu przechodząc koło wielkiej jasnobeżowej lady kłaniał się lekko w powietrzu, tak jak robią to starsi ludzie, kiedy mijają kogoś znanego im z widzenia. Z perspektywy recepcjonistki pozostawał więc niezauważalny – ot, jeden z wielu szarych ludzi, którzy przyszli zarobić na ratę kredytu.

Konstanty z kolei doskonale znał rozkład dnia pracowników recepcji. Wiedział, że poranek to przede wszystkim wpuszczanie tych, którzy zapomnieli kart, a wieczór to wyczekiwanie na moment zamknięcia całego budynku. Resztę dnia zabierały czynności takie jak przeglądanie zafoliowanych gazet, po które nikt się jeszcze nie zgłosił, oglądanie YouTube’a, apatyczne wpatrywanie się w mokry ślad, jaki na gresowej podłodze zostawiała za sobą maszyna myjąca, czy – co być może z tych wszystkich czynności najciekawsze – rozmowy z dostawcami listów i paczek.

Konstanty wiedział, że na trzecim piętrze nie ma nikogo, kto mógłby być zainteresowany otrzymaniem paczki. Wiedział o tym przede wszystkim dlatego, że sam przed chwilą owe piętro opuścił i był niemal pewny, że wychodził ostatni. Historyjka z roztargnioną klientką, dla której uczynny kurier przemierza miasto wzdłuż i wszerz była zapewne tylko pretekstem do odwiedzenia młodej recepcjonistki – tym razem w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach, bo w piątek wieczorem, bez krzątających się w te i z powrotem pracowników biurowca. Przepchnąwszy się przez bramkę Konstanty zauważył kątem oka jak młoda kobieta wdzięczy się do chłopaka, a ten przerzucony przez kontuar stoi niemal na palcach czarując ją przy użyciu swoich najlepszych zaklęć.

Przez moment wyobraził sobie, jak przerywa tę całą scenę: klaszcze głośno w dłonie, krzyczy coś o weekendzie, po czym staje na baczność przed recepcją i z wojskową dyscypliną odmeldowuje kompanię z trzeciego piętra. Następnie zwraca się do kuriera, kładzie rękę na jego ramieniu i patrząc w oczy mówi coś w stylu: „Na dzisiaj to koniec, szeregowy Goniec. Wykonaliście kawał dobrej roboty. Możecie się odmeldować i nie niepokoić już tej pięknej młodej damy.”

Nie chciał jednak w żadnym stopniu uczestniczyć w tym wydarzeniu. Uznał, że kto jak kto, ale recepcjonistka w za dużych okularach ma najlepsze kompetencje, aby w wypadku zagrożenia – tu ze strony d(o)ręczyciela– skutecznie wezwać pomoc. Zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi budynku zostawił tę dwójkę samym sobie.

Na zewnątrz padało, a silny wiatr łamał parasole.

Eksperyment

Mam jakieś takie wewnętrzne poczucie, że świat się nam rozregulował. Rozjechał na boki i nikt za bardzo nie ma pomysłu, jak złożyć go z powrotem. Niezwalniająca tempa pandemia, zmiana światowego układu sił, walka w cyberprzestrzeni, nieustanne manewry militarne, uchodźcy i populiści, a do tego zyskujące coraz większą popularność teorie spiskowe i czerpanie wiedzy o świecie z memów. Wszystko to tworzy jakiś makabryczny obraz charakterem przypominający bardziej dzieła Beksińskiego, niż panoramę ułożonego i zaplanowanego świata, jakim wydawał mi się on na początku XXI wiek.

Edwin Bendyk w swojej najnowszej książce pyta prowokująco (a może zupełnie racjonalnie), czy Polska przetrwa do 2030 r.? Na szybko, odpowiedziałbym, że musi, bo przecież mamy Szymona Hołownię z projektem Polska 2050. Pytanie, co to będzie za Polska i co to będzie za świat. O tym, że na naszych oczach tworzy się coś nowego, nikt już chyba nie ma wątpliwości.

Kiedyś czytałem Baumana i nie rozumiałem, czym jest ta rzekoma płynna nowoczesność. Z perspektywy jednego dnia przecież wszystko jest doskonale identyczne: codziennie obracamy małe zębatki dni, które poruszają te większe odpowiedzialne za tygodnie, miesiące i lata. Niby nic się nie zmienia, ale jeśli wystawić głowę poza ten nudny mechanizm, okaże się, że nic już nie jest stałe, że wszystko płynie w wartkim nurcie technologii i postępu. Dokąd? Tego być może dowiedzą się kiedyś nasze wnuki.

W dwóch trzecich drogi przez dwa tysiące dwudziesty dochodzę do wniosku, że nie nadążam już za obrazkami, które pojawiają się za oknem. Widzieć, a rozumieć to dwie różne rzeczy. Czytanie być może zmniejsza w jakiś sposób poziom bezradności, ale z pewnością nie daje poczucia, że świat da się przewidzieć czy zaplanować. Nieprzewidywalność z kolei to jedna z pierwszych oznak braku kontroli.

Myślę, że na naszych oczach odbywa się właśnie wielki światowy eksperyment, w którym każdy ma swój własny zestaw odczynników, a co gorsza, własną hipotezę do udowodnienia. Spodziewam się, że na rezultat nie przyjdzie nam długo czekać.  

👨‍🔬

Na pół

Jako dziecko zachwycała mnie dokładność, z jaką pani w mięsnym odkrajała „na oko” kawał schabu i zawsze okazywało się, że odcięta część jest dokładnie takiej wielkości, jakiej zażyczył sobie klient. Mam wrażenie, że na podobnej zasadzie wielki masarski nóż podzielił wczoraj Polskę na dwie idealne części.

Wyniki niedzielnego głosowania to w zasadzie jedynie podsumowanie wieloletniego procesu, w którym politycy różnego autoramentu prześcigali się w obrzucaniu swoich przeciwników najgorszymi inwektywami, a to wszystko jedynie dla politycznej kariery, rozpoznawalności i lepszej pozycji w strukturach partii. Uwagi nie przyciąga już przemyślany komentarz do bieżącej sytuacji, ale krzykliwy i emocjonalny atak na konkretną osobę czy zjawisko. Wysadzenie mostu w powietrze jest przecież dużo bardziej efektowne niż jego zbudowanie. Skąd mamy wiedzieć jak podać rękę skoro codziennie z każdej strony mówi się nam, że dłoń ma być zaciśnięta w pięść i gotowa do ataku?

A może już teraz należałoby podjąć decyzję o budowie muru na Wiśle, który oddzielać będzie jedną Polskę od drugiej? Mielibyśmy Polskę Zachodnią i Polskę Wschodnią, oczywiście każda z nich byłaby bardziej polska od tej drugiej. Każda miałaby też swojego prezydenta, radio i telewizję. Zniknąłby problem sąsiedzkich kłótni czy niszczenia plakatów wyborczych. W każdej z Polsk rozkwitałaby demokracja, której znakiem rozpoznawczym byłyby debaty organizowane dokładnie tak, jak ta ostatnia. Mielibyśmy dwie równoległe, ale jakże dumne Polski.Przykro jest patrzeć na tę sytuację.

Naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zbliżyć do siebie tak podzielony kraj. Nigdy nie widziałem też, żeby pani w mięsnym była w stanie kiedykolwiek złączyć dwa kawałki i sprzedać jako jeden. Pewne rzeczy są po prostu nieodwracalne.

💔

Wyrwy w kontekście

Dużo szarpaniny mamy w tym życiu publicznym. Co chwilę ktoś wyrywa komuś coś z kontekstu albo – dla odmiany – próbuje włożyć w usta nie jego słowa. Okazuje się, że ze słów przeciwników politycznych można układać przepiękne mozaiki o dowolnej tematyce. Wystarczy tylko każdą wypowiedź pociąć na odpowiednio małe kawałki, a ograniczeniem staje się już tylko wyobraźnia.

Taka praktyka wśród polityków nie jest dla mnie niczym nowym. Przyzwyczaiłem się, że jeśli poseł rok temu mówił o kwadracie, to miał na myśli dzisiejsze koło i prawdopodobnie przyszłoroczny trójkąt. To po prostu kwestia spojrzenia na geometrię spraw społecznych pod odpowiednim kątem. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to pewnie dlatego, że nie jest w stanie znaleźć odpowiednio szerokiego kontekstu. Przykładowo, w skali niedofinansowanej służby zdrowia różnice w kształtach są przecież absolutnie bez znaczenia.

Martwi mnie jednak to, że wyrywaniem słów z kontekstu zaczynają zajmować się również dziennikarze. Oglądałem niedawno pewien program publicystyczny, w którym rozmówcę wręcz przymuszano do udzielenia odpowiedzi na zasadzie „tak czy nie”. Na szczęście wywiadowany zwrócił przytomnie uwagę, że świat nie składa się przecież z czerni i bieli, a zatem kontekst ma szalenie istotne znaczenie przy opisywaniu nierzadko subtelnych obszarów szarości. Nic dziwnego więc, że wypowiedź musi być nieco dłuższa, jeśli ma precyzyjnie oddawać myśl autora. Przyznam, że ta spontaniczna reakcja bardzo mi zaimponowała.

No cóż, niestety w dobie tweetów i czytania gazet nagłówkami (w czym przodują telewizyjne przeglądy prasy) nikt nie ma już czasu na wnikliwe zapoznanie się z tematem. Poznanie kontekstu staje się powoli luksusem dla bogatych. No, ale nie od dziś wiadomo, że wyborczych drzwi nie otwiera przemyślana i merytoryczna debata, a tych kilka dobrze dobranych słów wytrychów (najlepiej wyrwanych z kontekstu).

💥

Intelektualne Bieszczady

W tym roku rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Dokładnie tak! Zawsze o tym mówiłem, ale jakoś nigdy nie mogłem się zdecydować. Człowiek gniecie się tanimi liniami, żeby zobaczyć czy hotel na drugim końcu świata wygląda tak jak w katalogu, podczas kiedy u nas jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia. Koniec z twardą turystyką i drinkami obcych mocarstw na „all excuse me”! Pora wstać z turystycznych kolan!

Bieszczady mają tę wielką zaletę, że nie wymagają wielkiego planowania. Nie trzeba sprawdzać ważności paszportu, załatwiać wizy, wymieniać waluty czy kupować specjalnego ubezpieczenia. Odpada cały ten stres związany z perfekcyjnym zaplanowaniem wyjazdu, tak żeby nie pominąć żadnej z kluczowych atrakcji i nie wyjść na durnia przez znajomymi. No bo jak wytłumaczyć się z turystycznego faux pas, że będąc w Egipcie nie widziało się piramid. Skandal! W tym wypadku hasło „Bieszczady” idealnie nadaje się do ucięcia wszelkich spekulacji na temat planów wyjazdowych. Bieszczady to Bieszczady – czego nie rozumiesz?

Wiem też, że nie jestem jedyny, który w dobie pandemii wybiera się w polskie góry. Można nawet powiedzieć, że jestem już wewnętrznie przygotowany na ewentualny small talk z sąsiadem lub kolegą z pracy, którego zapewne spotkam na szlaku lub w kolejce po gofra. Już sam fakt tego, że spotykamy się w tym, a nie innym miejscu, będzie bardzo wymowny; kto wie, być może przywitamy się jedynie uniesieniem słomkowych kapeluszy, gdyż wszelkie rozmowy czy wyjaśnienia będą po prostu zbędne. I tak właśnie wyobrażam sobie Bieszczady: jako stan zupełnej swobody umysłu i wewnętrznej równowagi. Polska Mekka dla wyznawców spokoju.

Do zobaczenia na szlaku. Albo w kolejce po gofra.

Niepolityczna sobota

Przyznam, że z pewnym rozczarowaniem przyjąłem informację, że nie będziemy mieć dzisiaj ciszy wyborczej. Przy całej absurdalności sytuacji, w której cisza ta miałaby obowiązywać przed wyborami, których ostatecznie nie będzie, myślę, że taki precedens mógłby dać początek regularnemu zakazowi wypowiadania się na tematy polityczne w określone dni tygodnia.

Mamy już niedziele bez handlu, dlaczego nie wprowadzić sobót bez polityki? Naród z pewnością doceniłby miły gest władzy, która w drodze ustawy mogłaby na jeden dzień uwolnić społeczeństwo od bredni wypowiadanych z jednej i drugiej strony. W taki dzień wszystkie serwisy informacyjne przechodziłyby od razu do pogody, a nadwyżka czasu antenowego zostałaby wykorzystana na programy kulturalne. Niepolityczna sobota odchamiałaby zatem obywatela z podwójną siłą. Z kolei sami politycy mieliby możliwość dogłębnego przemyślenia tego, co w ciągu dnia ślina naniosła na język. Być może brak możliwości opluwania ową śliną zmusiłby ich do jej przełknięcia i poczucia gorzkiego smaku swoich naprędce wygłaszanych opinii. Niestety, okazja na małe święto narodowe uciekła nam sprzed nosa.

Jako dziecko sądziłem, że świat dorosłych jest przemyślany i ułożony. Dzisiaj wiem, że jest jak z Mrożka.

🤩

Mięso, wódka i disco polo

Jeśli miałbym jeden wieczór na pokazanie obcokrajowcowi czym w istocie jest Polska, bez wahania zabrałbym go na tradycyjne polskie wesele. 👰

Takie, gdzie do białych koszul z krótkim rękawem nosi się szerokie, kuse krawaty, gdzie spracowane ręce wuja z wąsem odpalają papierosa od papierosa, gdzie na niepijących patrzy się jak na zdrajców ojczyzny, podobnie jak na tych, co nie jedzą mięsa. Zabrałbym go na wesele, na którym płonące półmiski z kotletami podawane są przez kelnerów w ciemnych okularach wbiegających na salę przy dźwiękach motywu z Mission Impossible, których układ choreograficzny nagradzany jest gromkimi brawami i tak już przejedzonych gości. To musiałby być ten typ wesela, gdzie podpity stryj rzuca niewybredne żarty w stronę młodych dziewcząt, a w tańcu łapie w sposób, który wszędzie indziej otagowany zostałby jako #MeToo.

Polskie wesela jak w soczewce pokazują kim jesteśmy i czym żyjemy, jak blisko nam do próżnego obżarstwa i pijaństwa, jak daleko do klasy i dobrego smaku.

Witamy w Polsce, kraju mięsa, wódki i disco polo.

Cóżeś uczynił, Prometeuszu?

Obserwując kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego stwierdzam, że tym co dzieli nasz kraj, jest ogień.🔥

Może nie tyle sam ogień, co sposób obchodzenia się z nim. Bardzo dobrze pamiętam przejmującą ciszę i łunę światła bijącą ze świeczek zapalanych w styczniu po śmierci Pawła Adamowicza. Całkowicie przeciwny obraz oglądam dzisiaj niemal w tym samym miejscu: przeraźliwe okrzyki młodych mężczyzn, dym i płonące race. Atmosfera bliższa raczej stadionowej zadymie niż honorom oddawanym na ogół w ciszy i zadumie.

Podążając za tą logiką drugiego listopada każdy z nas powinien odpalić racę nad rodzinnym grobem krzycząc coś w stylu: „Babcia, babcia, zajebista babcia!”. No chyba nie tak to się robi.

Rzeka zwana Instagramem

Nie rozumiem powszechnego ubolewania nad słabością społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dożyliśmy tak wygodnych i bezpiecznych czasów, że jednoczenie się i walka o cokolwiek stała się po prostu niepotrzebna. Odchodzą starzy obywatele, a ich miejsce zajmują młodzi, wygodni konsumenci. Ważne są regularne przesyłki z Zalando, lunch w nowo otwartej knajpie i wakacje na Madagaskarze. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, więc płyniemy bezrefleksyjnie z prądem rzeki postów z Instagrama i absurdalnych tematów poruszanych w telewizji śniadaniowej, w której nawet prowadzący z coraz większym trudem ukrywają swoje zażenowanie. Myślę, że ani to złe, ani dobre. Nie ma co się gniewać na obojętnych obywateli-konsumentów, bo i ten gniew obejdą obojętnością. Pytanie tylko, czy na końcu radosnego potoku nie czeka wodospad.