Pandemia na wynos

Naprzemienne zamrażanie i rozmrażanie gospodarki skutkuje wykształceniem się bardzo ciekawych postaw wśród małych firm. Jedni ograniczają możliwość płacenia wyłącznie do karty, inni tylko do gotówki. Pierwszych zachęca do tego zapewne konieczność zachowania dystansu społecznego, dla drugich ważniejsze jest natomiast utrzymanie odpowiednio dystansu wobec służb celno-skarbowych. Przyjęcie zapłaty na konto podczas zakazu może oznaczać, że dystans ten raptownie się zmniejszy.

Najbardziej zaciekawiła mnie jednak informacja wywieszona na jednej z mijanych przeze mnie sklepowych witryn, głosząca że: „płatność niemożliwa wyłącznie kartą”. Zatrzymałem się na chwilę, by pokontemplować ten przewrotny komunikat. Czyli jeśli mam ze sobą tylko kartę, to nic nie kupię? A jak będę mieć kartę i 10 zł, to zrobię zakupy? Skoro nie można wyłącznie kartą, to może można wyłącznie gotówką? To nie dało się napisać prościej? Wróciłbym i dopytał, ale sklep zamknięto do odwołania. Chyba nie tylko mnie nie przekonał ten odwrócony frontem do klienta przekaz.

Podobnie ma się rzecz z opracowanym na potrzeby pandemii sposobem podawania pizzy: niby na miejscu, ale jednak w kartonie. W przypadku kontroli zawsze można klientowi zamknąć wieko i wciskając nerwowo płaszczyk poinformować, że klient ten właśnie wychodził. No cóż, może kiedyś z sentymentem będziemy wspominać czasy, w których jedzenie na miejscu było nie na miejscu, a określenie „na wynos” znaczyło mniej więcej tyle, co „wynocha”. I bardzo dobrze! Póki co, w tym całym szaleństwie humor to jedyne skuteczne lekarstwo.

🍕

Pomiędzy sztuką a sztuczką

Jakiś czas temu w ramach wspierania kultury z legalnego źródła wybrałem się do kina na Psy 3. Trzydzieści złotych, które zostawiłem w kasie, nie uchroniło mnie jednak przed subtelnym policzkiem, który producent filmu wymierzył mi i reszcie widzów mniej więcej w połowie seansu prezentując na ekranie wielką paczkę kawy promującą „partnera” filmu. Jak później doczytałem, firma ta „od wielu lat jest mecenasem polskiej sztuki”.

Co to za sztuka, która bez pardonu atakuje odbiorcę reklamowym przekazem? Wyobrażacie sobie Ostatnią Wieczerzę da Vinci, w której Jezus dyskretnie reklamuje chlebek z lokalnej piekarni? Albo Panny z Awinionu pozujące z maszynkami do golenia dla kobiet? Nie wiem, co w tej sytuacji jest gorsze: czy to, że producent zamienia sztukę filmową w sztuczkę marketingową, czy to że my jako widzowie przyjmujemy takie rozwiązania jako normę, dając tym samym przyzwolenie na tę podprogową indoktrynację. Widocznie uważa się nas za zbyt mało rozgarniętych, aby stając przed sklepową półką dokonać prawidłowego wyboru. Wplatanie reklamy w film, za który żąda się pieniędzy, jest w mojej ocenie po prostu nieuczciwe.

Granica tolerancji przeciętnego konsumenta w kwestii reklamy od lat przesuwana jest niestety w stronę absurdu. Jaki obraz rzeczywistości się z tego wyłania? A no taki, że przy wjeździe do Zakopanego wita nas Mariusz Pudzianowski, ambasador polskiej blachodachówki, swoisty stalowy dyplomata bez teki. W telewizji oglądamy natomiast Zygmunta Hajzera, którego nikt nie kojarzy już jako radiowca czy dziennikarza, ale jako gościa od proszku do prania. I żeby było jasne – nie tego, który sam sprzedaje. Podobnie rzecz ma się z Magdą Gessler, która promując suplement diety wspierający trawienie daje świadectwo historycznej prawdzie, iż każda rewolucja pożera własne dzieci. I słowo pożera nie jest tu bynajmniej przypadkowe. Obrazu dopełnia Edyta Herbuś, która w nieco starej, ale jakże zmysłowej reklamie środka przeciwko stonce uwodzi insekta erotycznym tańcem przy wtórze afrykańskich bębnów (gorąco polecam Waszej uwadze tę kapitalną kompozycję).

Wszystko to byłoby pewnie do przełknięcia, gdyby dziwne pomysły agencji reklamowych spotykały się ze zdecydowaną reakcją odbiorców. Ale skoro nikogo nie razi już zestawienie brutalnej kreacji Bogusława Lindy z zalewanym cappuccino, to chyba nie ma o czym rozmawiać. Oto jak w prosty sposób można utopić kultowe kino w filiżance kawy.

🤹‍♀️

Biegiem przez miasto

Jako entuzjasta korzyści wynikających z biegania od lat biorę udział w mniejszych i większych imprezach sportowych, niestety z roku na rok zawody organizowane w dużych miastach coraz mniej mi się podobają. Wygląda na to, że z uwagi na przeniesienie wielu imprez na późniejszy termin, jesienią czeka nas prawdziwa kumulacja biegowej szarańczy.

Zauważyłem, że ostatnio imprezy sportowe opierają się głównie na haśle, że oto X tysięcy uczestników pobiegnie jednocześnie ulicami miasta Y. I tutaj kończy się pozytywny przekaz. Organizatorzy niekoniecznie dodają, że w związku z tym w przydrożne trawniki trafi Z plastikowych folii po żelach, a z powodu utrudnień mieszkańcy owego miasta stracą łącznie Q godzin w korkach. Sam mijając kiedyś pięć uziemionych tramwajów pełnych ludzi czułem spore zakłopotanie, że to ja i moja wątpliwa forma mają w tym wypadku pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Czując ich wzrok na sobie dotarło do mnie, że wylane asfaltem i zanieczyszczone centrum miasta nie jest chyba najlepszym miejscem, w którym należałoby testować swoją tężyznę fizyczną, natomiast miasta mają możliwość promowania się na tysiąc innych sposobów, z pewnością mniej uciążliwych dla mieszkańców. Banery reklamujące każdą większą imprezę przypominają mozaikę sponsorów, podczas gdy realny koszt całej zabawy ponoszą ci, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

Kiedy przeszło dziesięć lat temu zaczynałem biegać nie robiłem tego dla wyników i medali, a dla przyjemności i zdrowia. Myślę, że najwyższa pora wrócić do tego modelu. Nie widzę potrzeby, aby z powodu moich sportowych kaprysów konieczne było paraliżowanie połowy miasta.

🥇

Druga twarz wujka McDonalda

Ciekawostka z branży reklamowej: W swojej najnowszej reklamie McDonald’s dowodzi, że jedzenie z Maka wcale nim nie jest. Eksperyment polega na sprzedaży burgerów pod przykrywką zwykłego food trucka i badaniu reakcji konsumentów na informację, że oto zjedli burgera spod żółtej litery M. Jakaż przepaść musiała powstać pomiędzy wyobrażeniem o smacznym, rzemieślniczym burgerze a produkowanym taśmowo cheesie. To trochę tak, jakby w środku zimy zasłonić komuś oczy, wywieźć do Wałbrzycha i zapytać o odczucia. „Spoko? No widzisz, a w Wałbrzychu jesteś”.