Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.

Panzertante

No i powiedz jak tam się żyje w tym wielkim mieście? 🏢

Podczas każdego rodzinnego zjazdu pada to niezmienne pytanie wypowiadane przez moją kochaną ciocię. Wbrew pozorom pytanie nie jest zaproszeniem do dialogu, lecz czymś co porównałbym do wyrzucenia w moją stronę ręcznego granatu zaczepnego. Eksplozja następuje w ciągu czterech sekund.

– Bo wiesz, bywam ostatnio w twoich okolicach. Jeżdżę teraz na takie szkolenia z dobrej energii, ale nie dzwoniłam, bo straszne mnie tam wymęczyli, wieczorem człowiek już nie ma siły na nic. Okazało się w ogóle, że jestem lekooporna i zupełnie nic na mnie nie działa. No i jedyna nadzieja właśnie w tych zajęciach energetycznych. I powiem ci, że ludzie tak może troszeczkę dziwnie do tego podchodzą, ale ja na przykład codziennie myślę o tym jak jest wspaniale i kawy już nie muszę pić. Co więcej, ta energia się gromadzi wokół mnie i ja ją wam przesyłam każdego dnia. To taki mój rytuał już można powiedzieć. Wiesz, wyszło mi że jestem energetyczną wilczycą, czyli no to taka już poważna rzecz. I powiem ci, że często to pomaga. Ja też siedzę trochę w fększu (transkrypcja fonetyczna – przyp. aut.), czyli jak otoczenie na nas działa. To wszystko powiem ci się łączy, przenika i to jest niesamowite jak pewne rzeczy nam pomagają. Na przykład gdybyś czasem źle się czuł, gorszy nastrój czy coś, bo to te ciemne duszki tak potrafią człowieka przygnębić, to trzeba koniecznie wziąć sól i tak jak stoisz usypać dookoła siebie takie koło. I to ci gwarantuję, że momentalnie siły wracają. Taką zasłonę po prostu tworzysz. A na noc najlepiej stopy solną natrzeć, bo one właśnie od dołu człowieka atakują. No, także to jest temat rzeka. Na przykład jak byś widział, że ktoś ma udar to wystarczy…

W tym miejscu mniej więcej odpływam. Wyobrażam sobie siebie jak przywódcę dywizji pancernej. Tuż przed ostatecznym natarciem na wroga wydaję rozkaz o zatrzymaniu wojsk. Zatrzymać atak – krzyczę przez radiostację. – Dajmy im coś, przed czym nie uchroni ich żaden pancerz. Ciociu, tam za zasiekami są panowie, którzy chcieliby posłuchać o twoich doświadczeniach z medycyną alternatywną. Bierz ich!

Nadmorskie przemyślenia o gofrach, kiczu i wielkim szczęściu

„Nie, tu na rogu my jedli już wczorej! Jo chcam halibuta!” – krzyknął ktoś za moim uchem, kiedy po raz pierwszy od kilkunastu lat wchodziłem na główną promenadę Władysławowa. Klimat nadmorskiego kurortu pozostał identyczny jak ten, który pamiętam z dzieciństwa. Być może lata przerwy podczas których zdążyłem się trochę zestarzeć spowodowały, że pewne elementy urokliwego krajobrazu odbierałem teraz jako dość mocno przejaskrawione.

Po prawej przy drzewie młody tata z nagim torsem i papierosem w ustach podrzuca synka, który w kapitańskiej czapce przypomina radosnego aniołka podskakującego na chmurce dymu. Z drugiej strony dwóch umięśnionych chłopaków z okularami przeciwsłonecznymi założonymi na potylicę i dziećmi na rękach wpatruje się z zainteresowaniem w tańczących Indian, którzy – jak wywnioskowałem następnego dnia rano – wykonywali taniec deszczu. Wszędzie niekończące się morze kramów, straganów i straganików. Frytki, pizza, ryby, kebab, zapiekanki, gofry, lody włoskie i na gałki. „Numer sto szesnaście, proszę!” – pokrzykują raz po raz młodzi ludzie zza baru wypatrując zmęczonym wzrokiem swoich klientów, którzy w oczekiwaniu na posiłek zagubili się gdzieś pomiędzy magnesami a puzzlami z własnym zdjęciem.

Przechodząc przez ulicę prawie ginę pod kołami elektrycznej hulajnogi, następnie robię unik przed pędzącym hoverboardem, prowadzonym przez siedmiolatka zaaferowanego cieknącym po łokciu lodem. Na plaży mijam kilku młodocianych grabarzy, którzy w duchu wakacyjnej przygody i ku uciesze rodziców kopią coś na kształt rodzinnej kwatery. Znajduję kawałek niezagrodzonej parawanem przestrzeni, rozkładam koc i zasypiam. Ze snu wyrywa mnie sprzedawca kukurydzy i orzeszków w karmelu, który niczym wyznawca Hare Kryszna trwa niestrudzony w swojej nadmorskiej mantrze przemierzając wybrzeże. Oczami wyobraźni widzę, jak w okolicach Rozewia zbiera już całkiem pokaźną grupę wyznawców, którzy w kolorowym pochodzie złożonym z parawanów i pompowanych materacy grają na bębnach i tamburynach.

Wracając przystaję koło stoiska agencji reklamowej, by wysypać piasek z butów. „Zapraszamy na casting, robimy zdjęcie dziecku, jak się spodoba, będziemy dzwonić. Pracujemy dla największych marek.” Po tych słowach widzę jak małemu bosmanowi kończącemu paczkę chipsów zapalają się oczy. Krótka konsultacja z rodzicami, otarcie twarzy z serowego nalotu i błysk flesza – tak oto wyglądają narodziny gwiazdy, pomyślałem. Przyszły ambasador marki Crunchips odchodzi dumnym krokiem w kierunku domku „Do góry nogami”.

Mógłbym tak mnożyć przykłady przaśności i atmosfery jarmarku panującej na naszym wybrzeżu, ale za fasadą kiczu i tandety stoi chyba coś znacznie ważniejszego. Tym czymś jest prawdziwe szczęście rodziców i ich dzieci – szczęście spędzanych wspólnie wakacji, które bez sztucznego pająka czy breloczka z imieniem, nie były by pewnie tymi samymi wakacjami.

Będąc dzieckiem rozumiałem to doskonale.