Biegiem przez miasto

Jako entuzjasta korzyści wynikających z biegania od lat biorę udział w mniejszych i większych imprezach sportowych, niestety z roku na rok zawody organizowane w dużych miastach coraz mniej mi się podobają. Wygląda na to, że z uwagi na przeniesienie wielu imprez na późniejszy termin, jesienią czeka nas prawdziwa kumulacja biegowej szarańczy.

Zauważyłem, że ostatnio imprezy sportowe opierają się głównie na haśle, że oto X tysięcy uczestników pobiegnie jednocześnie ulicami miasta Y. I tutaj kończy się pozytywny przekaz. Organizatorzy niekoniecznie dodają, że w związku z tym w przydrożne trawniki trafi Z plastikowych folii po żelach, a z powodu utrudnień mieszkańcy owego miasta stracą łącznie Q godzin w korkach. Sam mijając kiedyś pięć uziemionych tramwajów pełnych ludzi czułem spore zakłopotanie, że to ja i moja wątpliwa forma mają w tym wypadku pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Czując ich wzrok na sobie dotarło do mnie, że wylane asfaltem i zanieczyszczone centrum miasta nie jest chyba najlepszym miejscem, w którym należałoby testować swoją tężyznę fizyczną, natomiast miasta mają możliwość promowania się na tysiąc innych sposobów, z pewnością mniej uciążliwych dla mieszkańców. Banery reklamujące każdą większą imprezę przypominają mozaikę sponsorów, podczas gdy realny koszt całej zabawy ponoszą ci, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

Kiedy przeszło dziesięć lat temu zaczynałem biegać nie robiłem tego dla wyników i medali, a dla przyjemności i zdrowia. Myślę, że najwyższa pora wrócić do tego modelu. Nie widzę potrzeby, aby z powodu moich sportowych kaprysów konieczne było paraliżowanie połowy miasta.

🥇

Mały lunch dla człowieka, wielki śmieć dla ludzkości

Odleciałem na tydzień w kosmos. 🚀

No, może nie byłem tam fizycznie, ale decydując się na dietę pudełkową, jadłem jak astronauta. Każdy posiłek zapakowany był w osobne pudełeczko, a wszystkie pudełeczka na dany dzień w kolorową torbę. Świetne rozwiązanie, niestety wbrew moim wyobrażeniom wycieczki do sklepu zostały zastąpione przez wycieczki do śmietnika. Pisał już o tym Mariusz Szczygieł – człowiek, który na orbicie spędził cały miesiąc.

To mały lunch dla człowieka, ale wielki śmieć dla ludzkości, pomyślałem kończąc ostatni pudełkowy posiłek. Przepraszam, wracam na Ziemię.

Czy plastikowa słomka uratuje świat?

Takie wątpliwości naszły mnie ostatnio kiedy w kolejnej kawiarni przeczytałem, że słomki wydawane są wyłącznie na wyraźne żądanie klienta. (Swoją drogą ciekawe jak obsługa reaguje, gdy o słomkę prosi osoba z zaburzeniami mowy). Z jednej strony rozumiem potrzebę ograniczania plastiku, z drugiej mam wrażenie, że słomka ma tu jedynie charakter symbolu służący do poprawy wizerunku danego miejsca jako „przyjaznego środowisku”.

Spora część tego typu lokali nie ma przecież żadnego problemu z energią zużywaną na zasilanie wiszących na ścianach telewizorów (kto przychodzi do kawiarni oglądać teledyski?) czy energią niezbędną, by noc w noc podświetlać swoje ogromne logo. Pominę nadużywaną niejednokrotnie klimatyzację czy toalety, które potrafią ciec godzinami. Brak słomek zamiast stać się wisienką na torcie działań zgodnych z naturą, stał się listkiem figowym, zza którego wypuszcza się kolejne chmurki CO2.

No cóż, nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wskazanie winnego.

Ziemio, giń!

Coraz więcej mówi się o niekorzystnym wpływie człowieka na środowisko, emisji dwutlenku węgla i produkcji ogromnej ilości śmieci. Niestety nic z tego nie wynika, bo news o wysychających rzekach wsadzony pomiędzy relację z nudnej konwencji politycznej, a informację o zepsutym tramwaju ogląda się i przyjmuje jak element krajobrazu. Już dwadzieścia lat temu Agent Smith słusznie stwierdził, że rozmnażamy się i konsumujemy zupełnie jak wirus dążący do wyniszczenia organizmu, na którym żeruje. Przyjęcie takiego punktu widzenia powoduje, że czuje się delikatnie mówiąc nieswojo…