Wirtuozi białych klawiszy

Wczoraj miałem okazję uciąć sobie dłuższą pogawędkę z przedstawicielem pokolenia urodzonego 1935 roku. Ludzi tego typu rozpoznać można nie tylko po wyglądzie, ale przede wszystkim po tym, z jak dużym szacunkiem odnoszą się do życia. Nie narzekają, nie wyszukują na siłę problemów, idą przez życie na tyle, na ile pozwala im wiek i okoliczności. Doceniają to, co mają.

Słuchając opowieści o przesiedleniach, wojnie i życiu po jej zakończeniu pomyślałem, że jedynym adekwatnym określeniem, które pasuje do mojego pokolenia to – powtarzając za Williamem B. Irvinem – banda rozpieszczonych smarkaczy. Żyjemy w najwygodniejszych czasach jakie zna historia, jednocześnie wobec tego życia zgłaszamy największą ilość uwag i zastrzeżeń.

Kiedy nie zjemy nic przez kilka godzin, chodzimy źli zarzekając się, że zaraz umrzemy z głodu. Kiedy musimy na coś czekać, uskarżamy się na brak profesjonalizmu. Nigdy wcześniej nie podróżowaliśmy tak szybko i tak tanio, a jednak wciąż przeszkadza nam brak miejsca na nogi albo niespokojne dziecko dwa miejsca dalej. W ciepłym boimy się spocenia, w zimnym przeziębienia. Na bóle ciała mamy tabletki z kiosku, na ból duszy tabletki z apteki. Nie obejrzymy filmu, jeśli nie jest w HD i nie kupimy kawy, jeśli nie będzie z mlekiem migdałowym. Życie ma być generalnie proste, miłe i wygodnie.

Takie podejście kojarzy mi się z grą na fortepianie bez użycia czarnych klawiszy, tak jakby życiowa melodyjka nie mogła ani na chwilę wpaść w nieco smutniejsze, molowe tonacje. Niestety, tak jak na fortepianie nie zagra się koncertu na połowie klawiszy, tak i życia nie przeżyje się bez jego ciemniejszych odcieni. Mam wrażenie, ze dla starszych pokoleń jest to coś zupełnie oczywistego, my natomiast opanowaliśmy „Wlazł kotek na płotek” i uważamy się za wirtuozów.

Może „zmysł muzyczny” przychodzi z wiekiem. Oby.

🎹

Wrocławska agora

Znów człapię zygzakiem przez rynek omijając rozstawionych jak pionki w chińczyku wolontariuszy Greenpeace. Omijam klubowych naganiaczy, dla których przeszkodą nie jest nawet mój zmęczony domową przestrzenią dres, w którym akurat zdecydowałem się złożyć wizytę w piekarni po drugiej stronie rynku. Czasem zastanawiam się czy to nie ja popełniam błąd odmawiając darmowego drinka w klubowych podziemiach. Do stracenia miałbym dokładnie jeden dwudziestozłotowy banknot, do zyskania całą noc dionizyjskich atrakcji.

Odbijam się po przekątnych jak piłeczka w Arkanoid unikając miejskich żywiołów. Wielkim łukiem obchodzę śliskie plamy mydlin zostawione przez bańkarzy zbierających na wyjazd z tego kraju, z drugiej strony jak ognia unikam wszelkich tancerzy nazbyt pewnie wymachujących płonącymi kijami. Jeśli nie potknę się o przewróconą hulajnogę i nie wpadnę pod koła czteroosobowej rodziny jadącej gęsiego na elektrycznych monocyklach, docieram w końcu do celu. Tam konfrontuję się jeszcze z mimem, który pocierając kciukiem o palce sugeruje, że jestem mu winien jakieś pieniądze. Kiedy odchodzę, wykrzywia twarz w wielkim niezadowoleniu.

Wracam znów w okolice pręgierza – miejsca, w którym zaczynają się (albo i nie) wszystkie pierwsze randki. Wieczorami można zobaczyć tu jeszcze chłostanych nieobecnością partnerek młodych mężczyzn ściskających nerwowo czerwone róże, wystawionych na publiczne poniżenie za – jak się wydaje – niedostatki urody lub charakteru. W dobie stałego dostępu do sieci brak informacji o odwołaniu spotkania boli zapewne dużo bardziej niż rzemień na plecach.

Ucieczka z ulicznego kotła kończy się przy Krawieckiej w okolicach Żabki, gdzie w letnie wieczory część chodnika zamienia się w literacki dywan oferując najróżniejsze książki począwszy od ilustrowanych przewodników po Internecie, a skończywszy na pojedynczych perełkach Parandowskiego, Kopalińskiego czy Krawczuka.

I tak małymi sensacjami żyje sobie z dnia na dzień wrocławska agora, a w niej ja, który – niby miastem zduszony – nie mogę bez niej oddychać.

🏛

Moda na wirusa

Przyznam, że z dużym zainteresowaniem obserwuję luzowanie reżimu sanitarnego na naszych ulicach. Powiedziałbym nawet, że powoli wyłania się z tego pewna spójna stylizacja, polegająca na przykład na noszeniu maseczki zsuniętej nisko pod brodą (co w jakimś tam sposób wspiera zapewne pracę mięśni żwacza), czy na nonszalanckim noszeniu maski założonej tylko na jedno ucho. Jakby nie było maseczka jest, a że bardziej przypomina chorągiewkę niż środek ochronny – trudno, tak się teraz ludzie noszą.

Ciekawą propozycją są też długie, niemal weterynaryjne rękawiczki noszone tylko na jednej ręce. To pewnie dlatego, że jedna długa rękawiczka jest po prostu lepsza niż dwie krótkie. Poza tym podział rąk pozwala na specjalizację: jedną ręką kontaktujemy się ze skażonym światem, a drugą dedykujemy sterylnym czynnością osobistym. Jak to pisał święty Mateusz, „niech nie wie twoja lewa ręka, co czyni prawa”. Jakże aktualna myśl! Tylko nie daj Bóg się na chwilę zapomnieć i przejechać folią po czole. Umarł w butach!

Dopełnieniem pandemicznej elegancji są natomiast różnego rodzaju przyłbice bardzo chętnie ubierane na niedzielne spacery, niejednokrotnie personalizowane, na przykład poprzez wycięcie dziur na oczy w przeźroczystym tworzywie. Sam miałem okazję podziwiać dzisiaj taki model. Taka można powiedzieć burka-niewidka.

Pozostając jednak przy naszej religii i świętym Mateuszu, myślę, że z wirusem jest trochę jak z Kościołem – niby wszyscy wierzymy, ale jak przyjdzie co do czego, to nikt nie praktykuje. Może dlatego krzywa naszej „wiary” ciągle czeka na wypłaszczenie.

🦠

Memizacja śmierci

Mam wrażenie, że jako społeczeństwo bardzo zgrabnie omijamy temat śmierci. Odchodzenie z tego świata nijak nie wpisuje się przecież w styl dzisiejszego życia, w którym człowiek ma być przede wszystkim młody, silny i sprawczy. Ludzka słabość objawiająca się samym faktem przemijania jest przy tym wszystkim dość mocno wstydliwa. Zachwycamy się zdjęciami pulchnych niemowlaków, ale fotografii schorowanych staruszków wolelibyśmy już nie oglądać. Chowamy więc śmierć przed światem, a jeśli schować nie możemy, to obśmiewamy.

Krótko po tym jak świat ogarnęła pandemia koronawirusa, a każde informacje zaczynały się od liczby zmarłych, ogromną popularność zyskał mem, w którym czterech wesołych młodzieńców tanecznym krokiem niesie trumnę do muzyki techno. Mem doczekał się wielu wariacji, ale przekaz pozostawał zasadniczo ten sam: śmierć to dobra zabawa. Podobna sytuacja ma miejsce teraz, kiedy Stany Zjednoczone ogarnięte są złością po śmierci George’a Floyda. Nie chcę przytaczać internetowych memów, które powstały na gruncie tej tragedii (część z nich jest wyjątkowo nie na miejscu), niemniej to kolejny dowód na to, w jaki sposób poprzez śmiech próbujemy oswoić nieprzyjemną dla nas rzeczywistość.

Mam wrażenie, że im więcej złych i niepasujących do naszego świata rzeczy dzieje się dookoła, tym bardziej nerwowa jest nasza próba rozładowania napięcia śmiechem, przykrycia nieszczęścia szyderstwem. Dzisiaj kondukty pogrzebowe przeniosły się z ulic do sieci, gdzie każdy orszak zamyka grupa internetowych guślarzy, którzy śmiechem i obrazem zachęcają, żeby jeszcze na chwilę zapomnieć o śmierci. Memento mori? Dobry żart!

👻

Nibylandia

Zauważam ostatnio ciekawe zjawisko zakładania psich profilów na Instagramie. Na jednym zdjęciu piesek śpi, na innym się bawi, na trzecim jest smutny, a na czwartym wesoły. Już nie człowiek, a zwierzak staje się bohaterem codzienności.

Nie powinno mnie to właściwie dziwić, bo od dłuższego czasu obserwuję zmianę modelu młodej rodziny z ‘dwa plus jeden’ na ‘dwa plus pies’. Przypomina mi to trochę demonstracyjną wersję gry w rodzica: niby czujemy na sobie odpowiedzialność za żywą istotę, ale jednak wszystkie problematyczne funkcje typu szkoła czy dorastanie są wyłączone. Takie, można powiedzieć, rodzicielstwo w wersji soft.

Myślę też, że kto jak kto, ale akurat moje pokolenie, które połowę dzieciństwa spędziło grając w The Sims powinno być wybitnie przygotowane do założenia rodziny i posiadania potomstwa. Tutaj sprawy mają się dokładnie na odwrót, bo trzydzieści lat to często zbyt młody wiek na stały związek, a co dopiero decyzję o potomku. Najpierw warto sprawdzić się jako administrator psiego profilu, a potem się zobaczy.

Chciałoby się powiedzieć, że młodzi ludzie schodzą na psy(!), ale byłbym tu jednak bardzo ostrożny z krytyką. Tak po prostu wygląda Nibylandia – kraina Wiecznego Dzieciństwa, Marzeń i Wyobraźni. Nikt o zdrowych zmysłach nie opuszcza jej na własne życzenie, choć wszyscy wiedzą, że deportacja jest nieunikniona.

🧚‍♀️

Świecące prostokąty

Zajrzałem dzisiaj do statystyk mojego smartfona. Okazało się, że codziennie spędzam niemal trzy godziny wpatrując się w jego ekran. Przyznam, że trochę mnie to przytłoczyło, bo to mniej więcej tak, jakby każdego dnia siódma wieczorem stawała się nagle dziesiątą. Chyba właśnie w tym czasie mam największą tendencję do zaginania czasoprzestrzeni. Okazuje się, że telefon zasysa moją uwagę z siłą samolotowej toalety, przenosi ją w jakieś dziwne miejsce, a potem niezdatną do użytku wypluwa gdzieś nad ranem. Niby odpoczynek, ale solidne ogarnięcie internetów bywa bardzo męczące.

W tym wszystkim lubię wracać do czasów kiedy telefony nie robiły jeszcze zdjęć, za to miały guziki i dużą szklaną obudowę, w której należało się zamknąć na czas rozmowy. Człowiek miał kartę dwudziestkę piątkę i musiał się ostro streszczać. Za sukces postrzegałem sytuację, w której to ja, a nie automat, decydowałem o momencie, w których należy zakończyć rozmowę. A ta odbywała się jedynie w czasie rzeczywistym. Nie dało się komuś wygadać i liczyć, że odsłucha to sobie w wolnej chwili. Żyło się tu i teraz.

A dzisiaj? Żyjemy trochę tu i trochę tam. Niby teraz, ale jak się nie uda, to można jutro. Jeśli moje prawdziwe życie nagle utknęło w kolejce do lekarza, to przerzucę się na to drugie, bo tam zawsze coś się dzieje. Kiedyś wracając ze spaceru po prostu przychodziłem do domu; dzisiaj wracam i sprawdzam, co mnie w tym czasie ominęło. Najczęściej okazuje się, że nic, nic specjalnego, albo nic w ogóle, ale dziwna potrzeba musi zostać zaspokojona. Może to porównanie nie będzie na miejscu, ale był taki jeden, co też próbował walczyć na dwa fronty za niecały miesiąc będziemy świętować rocznicę jego porażki.

W najbliższym czasie polecam chociaż na chwilę odpuścić świat wirtualny i skupić się na tym, co prawdziwe, co nie znika razem z zasięgiem Wi-Fi. Wszystkiego dobrego na Wielkanoc!

📲

Joga z Wielkim Bratem

Z uwagi na wprowadzenie stanu epidemicznego postanowiłem w pełni zastosować się do zaleceń i możliwie maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Pogodziłem się z faktem, że większość sobotnich atrakcji została spisana na straty, w tym przede wszystkim joga, która jako jedyna pomaga na moje bóle pleców. Okazało się jednak, że zajęcia nie zostały odwołane, zmienia się tylko ich forma, mianowicie będziemy praktykować online.

Krótko przed dziewiątą włączyłem telewizor, rozwinąłem matę i zgodnie z poleceniami pani instruktorki przystąpiłem do pierwszej asany. Przypomniał mi się wtedy fragment „Roku 1984” George’a Orwella, w którym główny bohater wykonywał tzw. Podrygi Poranne: „Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.”.

Poza tenisówkami wszystko wyglądało bardzo podobnie. Przy dziewiątej próbie pogłębienia skłonu wiedziałem już, że Orwell doskonale przewidział przyszłość: „Smith! – wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. – 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!”.

Wisząc w pozycji psa z głową do dołu doszedłem do wniosku, że obecne czasy nie są aż tak odległe od wizji, którą zaproponował Orwell. Wręcz przeciwnie, oba światy mają niepokojąco wiele punktów wspólnych. No, może poza Wielkim Bratem, który w naszym wydaniu do najwyższych jednak nie należy.

🧘‍♂️

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

Rzeka zwana Instagramem

Nie rozumiem powszechnego ubolewania nad słabością społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dożyliśmy tak wygodnych i bezpiecznych czasów, że jednoczenie się i walka o cokolwiek stała się po prostu niepotrzebna. Odchodzą starzy obywatele, a ich miejsce zajmują młodzi, wygodni konsumenci. Ważne są regularne przesyłki z Zalando, lunch w nowo otwartej knajpie i wakacje na Madagaskarze. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, więc płyniemy bezrefleksyjnie z prądem rzeki postów z Instagrama i absurdalnych tematów poruszanych w telewizji śniadaniowej, w której nawet prowadzący z coraz większym trudem ukrywają swoje zażenowanie. Myślę, że ani to złe, ani dobre. Nie ma co się gniewać na obojętnych obywateli-konsumentów, bo i ten gniew obejdą obojętnością. Pytanie tylko, czy na końcu radosnego potoku nie czeka wodospad.