Świecące prostokąty

Zajrzałem dzisiaj do statystyk mojego smartfona. Okazało się, że codziennie spędzam niemal trzy godziny wpatrując się w jego ekran. Przyznam, że trochę mnie to przytłoczyło, bo to mniej więcej tak, jakby każdego dnia siódma wieczorem stawała się nagle dziesiątą. Chyba właśnie w tym czasie mam największą tendencję do zaginania czasoprzestrzeni. Okazuje się, że telefon zasysa moją uwagę z siłą samolotowej toalety, przenosi ją w jakieś dziwne miejsce, a potem niezdatną do użytku wypluwa gdzieś nad ranem. Niby odpoczynek, ale solidne ogarnięcie internetów bywa bardzo męczące.

W tym wszystkim lubię wracać do czasów kiedy telefony nie robiły jeszcze zdjęć, za to miały guziki i dużą szklaną obudowę, w której należało się zamknąć na czas rozmowy. Człowiek miał kartę dwudziestkę piątkę i musiał się ostro streszczać. Za sukces postrzegałem sytuację, w której to ja, a nie automat, decydowałem o momencie, w których należy zakończyć rozmowę. A ta odbywała się jedynie w czasie rzeczywistym. Nie dało się komuś wygadać i liczyć, że odsłucha to sobie w wolnej chwili. Żyło się tu i teraz.

A dzisiaj? Żyjemy trochę tu i trochę tam. Niby teraz, ale jak się nie uda, to można jutro. Jeśli moje prawdziwe życie nagle utknęło w kolejce do lekarza, to przerzucę się na to drugie, bo tam zawsze coś się dzieje. Kiedyś wracając ze spaceru po prostu przychodziłem do domu; dzisiaj wracam i sprawdzam, co mnie w tym czasie ominęło. Najczęściej okazuje się, że nic, nic specjalnego, albo nic w ogóle, ale dziwna potrzeba musi zostać zaspokojona. Może to porównanie nie będzie na miejscu, ale był taki jeden, co też próbował walczyć na dwa fronty za niecały miesiąc będziemy świętować rocznicę jego porażki.

W najbliższym czasie polecam chociaż na chwilę odpuścić świat wirtualny i skupić się na tym, co prawdziwe, co nie znika razem z zasięgiem Wi-Fi. Wszystkiego dobrego na Wielkanoc!

📲

Joga z Wielkim Bratem

Z uwagi na wprowadzenie stanu epidemicznego postanowiłem w pełni zastosować się do zaleceń i możliwie maksymalnie ograniczyć wyjścia z domu. Pogodziłem się z faktem, że większość sobotnich atrakcji została spisana na straty, w tym przede wszystkim joga, która jako jedyna pomaga na moje bóle pleców. Okazało się jednak, że zajęcia nie zostały odwołane, zmienia się tylko ich forma, mianowicie będziemy praktykować online.

Krótko przed dziewiątą włączyłem telewizor, rozwinąłem matę i zgodnie z poleceniami pani instruktorki przystąpiłem do pierwszej asany. Przypomniał mi się wtedy fragment „Roku 1984” George’a Orwella, w którym główny bohater wykonywał tzw. Podrygi Poranne: „Winston stanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, w stroju gimnastycznym i tenisówkach.”.

Poza tenisówkami wszystko wyglądało bardzo podobnie. Przy dziewiątej próbie pogłębienia skłonu wiedziałem już, że Orwell doskonale przewidział przyszłość: „Smith! – wrzasnął jędzowaty głos z teleekranu. – 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować!”.

Wisząc w pozycji psa z głową do dołu doszedłem do wniosku, że obecne czasy nie są aż tak odległe od wizji, którą zaproponował Orwell. Wręcz przeciwnie, oba światy mają niepokojąco wiele punktów wspólnych. No, może poza Wielkim Bratem, który w naszym wydaniu do najwyższych jednak nie należy.

🧘‍♂️

Taniec końca dekady

Spotkałem się ostatnio z interesującą koncepcją grzechu ekologicznego. 🤭

To ciekawe, że pewne zachowania względem klimatu zaczyna postrzegać się jako grzech, czyli „postępek wykraczający przeciw jakimś normom postępowania”. Zdziwiłem się, bo jak tu zdefiniować owe normy postępowania wobec naszej planety. Dla przejętego karierą dyrektora w międzynarodowej korporacji normą będą cotygodniowe loty na dalekie odległości i konsumowana hurtowo kawa z jednorazowych kubków. Dla jego rówieśnika pracującego fizycznie gdzieś na prowincji normą będzie z kolei dojazd do pracy za pomocą roweru i stołówkowa kawa parzona od lat w tej samej filiżance. Czy można tu zatem wyznaczyć jakikolwiek standard, który można by ewentualnie przekroczyć?

Obawiam się, że jest to niemożliwe. Nadmierne zużycie zasobów czy energii zawsze uzasadnić można ludzkimi potrzebami. Elektrownie spalają ogromne ilości węgla by sprostać zapotrzebowaniu na prąd swoich klientów. Ci z kolei potrzebują go by zasilić nim swoje fabryki, które przecież też produkują dla swoich klientów. I tak dalej i tak dalej. Na końcu jesteśmy my, którzy po tygodniu ciężkiej pracy (w tejże elektrowni czy fabryce) chcemy po prostu odpocząć, najlepiej wyjeżdżając na wakacje, najlepiej daleko i najlepiej samolotem. I tutaj koło się zamyka lub – wręcz przeciwnie – otwiera, zależy jaką perspektywę przyjmiemy. W tym miejscu dochodzimy już do czystko akademickiej dyskusji, o to co było pierwsze: jajko czy kura, popyt czy podaż, katastrofa ekologiczna czy Greta. Niestety nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W tym kontekście koniec drugiej dekady XXI wieku postrzegam jako szaleńczy taniec na stole. Tańszą najbogatsi korzystając z bodajże najlepszych chwil swojego życia, a być może także i całej historii. Pod oknami stoi młode pokolenie – ktoś próbuje wyważyć drzwi, ktoś inny wymachuje egzemplarzem „Laudato si”. Ci na zewnątrz coraz głośniej krzyczą, ci w środku coraz głośniej śpiewają. Wszyscy wchodzą w nowy rok z wielkimi nadziejami i jeszcze większymi obawami.

Rzeka zwana Instagramem

Nie rozumiem powszechnego ubolewania nad słabością społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dożyliśmy tak wygodnych i bezpiecznych czasów, że jednoczenie się i walka o cokolwiek stała się po prostu niepotrzebna. Odchodzą starzy obywatele, a ich miejsce zajmują młodzi, wygodni konsumenci. Ważne są regularne przesyłki z Zalando, lunch w nowo otwartej knajpie i wakacje na Madagaskarze. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, więc płyniemy bezrefleksyjnie z prądem rzeki postów z Instagrama i absurdalnych tematów poruszanych w telewizji śniadaniowej, w której nawet prowadzący z coraz większym trudem ukrywają swoje zażenowanie. Myślę, że ani to złe, ani dobre. Nie ma co się gniewać na obojętnych obywateli-konsumentów, bo i ten gniew obejdą obojętnością. Pytanie tylko, czy na końcu radosnego potoku nie czeka wodospad.