Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Biegiem przez miasto

Jako entuzjasta korzyści wynikających z biegania od lat biorę udział w mniejszych i większych imprezach sportowych, niestety z roku na rok zawody organizowane w dużych miastach coraz mniej mi się podobają. Wygląda na to, że z uwagi na przeniesienie wielu imprez na późniejszy termin, jesienią czeka nas prawdziwa kumulacja biegowej szarańczy.

Zauważyłem, że ostatnio imprezy sportowe opierają się głównie na haśle, że oto X tysięcy uczestników pobiegnie jednocześnie ulicami miasta Y. I tutaj kończy się pozytywny przekaz. Organizatorzy niekoniecznie dodają, że w związku z tym w przydrożne trawniki trafi Z plastikowych folii po żelach, a z powodu utrudnień mieszkańcy owego miasta stracą łącznie Q godzin w korkach. Sam mijając kiedyś pięć uziemionych tramwajów pełnych ludzi czułem spore zakłopotanie, że to ja i moja wątpliwa forma mają w tym wypadku pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Czując ich wzrok na sobie dotarło do mnie, że wylane asfaltem i zanieczyszczone centrum miasta nie jest chyba najlepszym miejscem, w którym należałoby testować swoją tężyznę fizyczną, natomiast miasta mają możliwość promowania się na tysiąc innych sposobów, z pewnością mniej uciążliwych dla mieszkańców. Banery reklamujące każdą większą imprezę przypominają mozaikę sponsorów, podczas gdy realny koszt całej zabawy ponoszą ci, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

Kiedy przeszło dziesięć lat temu zaczynałem biegać nie robiłem tego dla wyników i medali, a dla przyjemności i zdrowia. Myślę, że najwyższa pora wrócić do tego modelu. Nie widzę potrzeby, aby z powodu moich sportowych kaprysów konieczne było paraliżowanie połowy miasta.

🥇

Zainteresowania: dobry film, dobra książka, dobra muzyka

Moja babcia zwykła powtarzać, że gdyby nie ten cholerny reumatyzm to by diabłu łeb ukręciła. Przyznam, że zawsze fascynowała mnie ta zdecydowana chęć do działania, chęć do realizacji różnych życiowych projektów i zainteresowań. Staram się to podejście przełożyć na ludzi mojego pokolenia, niestety odnoszę wrażenie, że część z nich to właśnie tacy młodzi reumatycy.

Oczywiście nie uważam, że każdy musi mieć swój startup, być multiinstrumentalistą czy mistrzem świata w wędkarstwie spławikowym. Chodzi raczej o pasję, o codzienne zainteresowania, o to co nas naprawdę pociąga i powoduje błysk w oku. Jeden z moich kolegów zajmuje się na przykład malowaniem figurek do gier bitewnych. Łapiąc za pędzelek odpływa w zupełnie inny świat. Tak naprawdę nigdy nie byłem w stanie go zrozumieć (ani kolegi ani jego świata), niemniej szanowałem zaangażowanie, z jakim podchodził do swojego hobby.

W tym aspekcie zupełnie nie trafia do mnie argumentacja, że oto największą pasją młodego, zdrowego człowieka jest oglądanie Netlixa, co słyszę ostatnio bodaj najczęściej w kontekście wolnego czasu. Sam też lubię filmy, staram się regularnie chodzić do kina, ale w żadnym wypadku nie wymieniłbym tego jako mojej naczelnej pasji, tak samo jak pasją nie powinno się czynić samego faktu czytania książek czy słuchania muzyki. „Lubię dobry film, dobrą książkę i dobrą muzykę.” Zdanie, które nie mówi absolutnie nic o człowieku (no może poza tym, że ma zdrowy wzrok, jest piśmienny i słyszy).

Być może moje obruszenie jest nieco na wyrost, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego wobec tak wielu dostępnych dzisiaj dziedzin, w których można rozwijać się chociażby dla samej przyjemności jej poznawania, wciąż tak wiele osób woli jednak zasiąść przed kolejnym sezonem kolejnego serialu.

Myślę, że to kwestia czasu, kiedy o Antonio Vivaldim będzie mówić się, że to ten kompozytor, który nagrał tylko cztery sezony.

🧐

Puste boiska, jako znak naszych czasów

W miejscu skąd pochodzę jest małe wiejskie boisko, w czasach podstawówki nasz główny punkt spotkań sportowo-towarzyskich. ⚽️

Od wczesnej wiosny do później jesieni graliśmy tam zawzięcie w piłkę, często do późnego wieczora. Kto miał rower, objeżdżał znajomych wołając ich na mecz, często też twardo negocjując czas wypożyczenia zawodnika z menadżerem klubu (czytaj: z mamą). Z pewnym rozżaleniem przyznam, że wielka gra nigdy nie była moim udziałem, bo z racji na słabą kondycję i grube kości zawsze stałem na bramce. Z tamtych czasów zapamiętałem dwie komendy: najpierw padało „Gruby, wyjdź na niego!” (to w sytuacji, gdy przeciwnik przebił się przez defensywę i szarżował wprost na moją bramkę), a zaraz po tym „Gruby, broń coś!” (kiedy piłka wpadała do siatki, a wpadała często). W zasadzie puszczałem wszystko jak leci, ale mimo wszystko grałem. Byłem jednym z nich i to było najlepsze!

Dzisiaj biegając już dla przyjemności mijam nasze stare boisko. Od kilku lat nie widziałem tam żywego człowieka, a przetarcia w polu karnym, które doskonale pamiętam, zarosły piękną, zieloną trawą.

Wygląda na to, że aplikacje na telefon już tak wiernie oddają grę w piłkę, że nie ma sensu organizować chłopaków i fatygować się na boisko

Jadąc na jednym kółku

Jednym z moich ulubionych absurdów dzisiejszych czasów jest rezygnacja z chodzenia przy jednoczesnym wzroście zainteresowania różnego rodzaju aktywnością ruchową, w tym – co najciekawsze – bieganiem. Do pracy jeździmy na elektrycznych hulajnogach, po pracy pocimy się na elektrycznych bieżniach. Zupełnie tak, jakby ruch bez zewnętrznego zasilania był już niemożliwy. Nie wiem czy to świat tak urósł, że musimy przemierzać go na elektrycznym kole, czy to my tak bardzo skurczyliśmy się w pogoni za wygodą i innowacyjnością.