Powrót do „normalności”

W nowy rok wchodzimy ze szczepionką przeciwko COVID-19 i wielkimi nadziejami na powrót do świata, który utraciliśmy kilka miesięcy temu. Ale czym tak naprawdę jest owa „normalność”, za którą tak tęsknimy? Czym jest „normalny” świat?

Odpowiedź sprowadziłbym do stwierdzenia, że normalność to przewidywalność. To możliwość określenia co czeka nas jutro, za tydzień lub za miesiąc. Żyjąc w coraz bardziej uporządkowanym świecie wielką frustrację wzbudza w nas spóźniający się autobus. Przecież nie po to mamy zegarki i precyzyjnie rozpisane rozkłady jazdy, żeby czekać. Przystanki już dawno przestały być miejscem oczekiwania na autobus, a stały się raczej punktem przesiadkowym.

Skoro zatem nasze niezadowolenie powodują tak prozaiczne rzeczy, jak traumatycznym przeżyciem musi być realne zagrożenie życia z powodu choroby. Nikt nie wie przecież, jak zareaguje na zarażenie nowym wirusem. To rodzaj nieprzewidywalności, o którym już dawno zapomnieliśmy w naszym poukładanym świecie, zupełnie tak jakby historia ludzkości była wolna od tego typu zmartwień. Pandemia na nowo przypomniała nam o przemijaniu – zjawisku przyrodniczym, które w sposób szczególny nie wpisuje się w dostatnie i dobrze zaplanowane życie.

Kolejna wielka niepewność to ryzyko utraty pracy, a co za tym idzie dochodów. Niebezpieczeństwo, które w porównaniu z przyzwyczajeniami do wizyt w galeriach handlowych czy precyzyjnie rozpisanymi ratami kredytu mieszkaniowego może wywołać spore zawroty głowy. Operując wyłącznie wskaźnikami makroekonomicznymi czasem trudno dostrzec, że normalnością zaczęliśmy nazywać to, co kiedyś oznaczało nadmiar i zbytek. Produkt Krajowy Brutto podajemy w odniesieniu rok do roku, ale nigdy pokolenie do pokolenia. Jeszcze żaden ekonomista nie powiedział, że osiągnęliśmy zadowalający poziom produkcji i więcej już nie potrzebujemy.

Rok 2021 zaczyna się od osiemnastych urodzin Grety Thunberg (dokładnie dzisiaj). Pomyślałem od razu, że dla aktywistki klimatycznej ograniczenie działalności światowej gospodarki z powodu pandemii to najlepszy możliwy prezent u progu dorosłości. Pomijając niemałe koszty społeczne i spore ryzyko powrotu do destrukcyjnych praktyk sprzed pandemii, ubiegły rok był obiektywnie sporą ulga dla Ziemi.

Okazało się, że jestem w sporym błędzie. Jak podano w radiowym komunikacie, rok 2020 nie był dobry dla zwolenników ochrony klimatu, gdyż… nie mogli protestować na ulicach. Wygląda więc na to, że powrót do „normalności”, szczególnie w kategoriach myślenia o świecie, odbędzie się nie poprzez odnalezienie nowej drogi, a poprzez powrót do tego, co stare i przewidywalne. Znając datę katastrofy klimatycznej jakoś łatwiej zaplanować kolejny tydzień.

😵

Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Czy plastikowa słomka uratuje świat?

Takie wątpliwości naszły mnie ostatnio kiedy w kolejnej kawiarni przeczytałem, że słomki wydawane są wyłącznie na wyraźne żądanie klienta. (Swoją drogą ciekawe jak obsługa reaguje, gdy o słomkę prosi osoba z zaburzeniami mowy). Z jednej strony rozumiem potrzebę ograniczania plastiku, z drugiej mam wrażenie, że słomka ma tu jedynie charakter symbolu służący do poprawy wizerunku danego miejsca jako „przyjaznego środowisku”.

Spora część tego typu lokali nie ma przecież żadnego problemu z energią zużywaną na zasilanie wiszących na ścianach telewizorów (kto przychodzi do kawiarni oglądać teledyski?) czy energią niezbędną, by noc w noc podświetlać swoje ogromne logo. Pominę nadużywaną niejednokrotnie klimatyzację czy toalety, które potrafią ciec godzinami. Brak słomek zamiast stać się wisienką na torcie działań zgodnych z naturą, stał się listkiem figowym, zza którego wypuszcza się kolejne chmurki CO2.

No cóż, nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wskazanie winnego.

Ziemio, giń!

Coraz więcej mówi się o niekorzystnym wpływie człowieka na środowisko, emisji dwutlenku węgla i produkcji ogromnej ilości śmieci. Niestety nic z tego nie wynika, bo news o wysychających rzekach wsadzony pomiędzy relację z nudnej konwencji politycznej, a informację o zepsutym tramwaju ogląda się i przyjmuje jak element krajobrazu. Już dwadzieścia lat temu Agent Smith słusznie stwierdził, że rozmnażamy się i konsumujemy zupełnie jak wirus dążący do wyniszczenia organizmu, na którym żeruje. Przyjęcie takiego punktu widzenia powoduje, że czuje się delikatnie mówiąc nieswojo…