Moda na wirusa

Przyznam, że z dużym zainteresowaniem obserwuję luzowanie reżimu sanitarnego na naszych ulicach. Powiedziałbym nawet, że powoli wyłania się z tego pewna spójna stylizacja, polegająca na przykład na noszeniu maseczki zsuniętej nisko pod brodą (co w jakimś tam sposób wspiera zapewne pracę mięśni żwacza), czy na nonszalanckim noszeniu maski założonej tylko na jedno ucho. Jakby nie było maseczka jest, a że bardziej przypomina chorągiewkę niż środek ochronny – trudno, tak się teraz ludzie noszą.

Ciekawą propozycją są też długie, niemal weterynaryjne rękawiczki noszone tylko na jednej ręce. To pewnie dlatego, że jedna długa rękawiczka jest po prostu lepsza niż dwie krótkie. Poza tym podział rąk pozwala na specjalizację: jedną ręką kontaktujemy się ze skażonym światem, a drugą dedykujemy sterylnym czynnością osobistym. Jak to pisał święty Mateusz, „niech nie wie twoja lewa ręka, co czyni prawa”. Jakże aktualna myśl! Tylko nie daj Bóg się na chwilę zapomnieć i przejechać folią po czole. Umarł w butach!

Dopełnieniem pandemicznej elegancji są natomiast różnego rodzaju przyłbice bardzo chętnie ubierane na niedzielne spacery, niejednokrotnie personalizowane, na przykład poprzez wycięcie dziur na oczy w przeźroczystym tworzywie. Sam miałem okazję podziwiać dzisiaj taki model. Taka można powiedzieć burka-niewidka.

Pozostając jednak przy naszej religii i świętym Mateuszu, myślę, że z wirusem jest trochę jak z Kościołem – niby wszyscy wierzymy, ale jak przyjdzie co do czego, to nikt nie praktykuje. Może dlatego krzywa naszej „wiary” ciągle czeka na wypłaszczenie.

🦠