Słup reklamowy

Kiedyś bardzo chciałem być sławny. Chciałem być muzykiem, udzielać wywiadów, pisać książki albo chociaż zagrać w jakimś filmie. Mieszkałbym pewnie teraz w jakimś dużym domu z basenem, latał helikopterem i chodził na bale charytatywne. Całe szczęście, że w to nie poszedłem. Życie celebryty to horror.

Lubię czasem sprawdzić, co słychać u osób, które są znane z tego, że są znane. Dzisiaj jest to wyjątkowo łatwe, bo wystarczy odwiedzić odpowiedni profil społecznościowy. Najczęściej można zobaczyć, co kto zjadł na śniadanie, jak się ubrał do windy albo do jakiej muzyki buja się prowadząc samochód (za nagrywanie story w trakcie jazdy powinny być mandaty!). I tak dzień za dniem, relacja za relacją przeplatana reklamą depilatora albo kremu.

Mogłoby się wydawać, że nie ma przyjemniejszego sposobu na utrzymywanie się, jak pokazywanie swojego życia. I właśnie słowo „utrzymywanie się” jest tu kluczowe. Specyfika zarabiania w oparciu o media społecznościowe pokazuje, że aby wejść do świadomości swoich odbiorców, najpierw samemu trzeba wpuścić ich z butami do własnego życia. Jeśli chcę się „utrzymać”, muszę pokazać więcej niż inni. Muszę myśleć o swoim dniu z perspektywy tego, co się sprzeda, co będzie atrakcyjne, co przyciągnie do mnie nowych ludzi.

Pojawia się pytanie jak zachować w tym wszystkim siebie, kiedy moja tożsamość musi rozciągnąć tak, aby objąć jednocześnie reklamę leku na odchudzanie, odkurzacza i oranżady (której przecież nie piję, bo niby zażywam ten pieprzony lek)? Może łatwiej porostu zrezygnować z siebie? Niech sponsorzy zdecydują, co mam zjeść i czym się nasmarować, trzeba być elastycznym.

Ostatecznie osoba znana z tego, że jest znana, zamienia się w osobę znaną z tego, że jest słupem reklamowym. Pojawia się smutek i rozczarowanie, bo kiedy nie ma już nic do zareklamowania, to jaki sens ma nasze życie?

📜

Borys Jelcyn gra w Chińczyka

Przeprosiłem się ostatnio z historią współczesną. Zacząłem czytać o latach powojennych w Europie i o dziwo lektura ta okazał się nadzwyczaj ciekawa. Z pewnością ciekawsza niż niewiele mówiące wojny punickie, które były tak dawno, że nie wiadomo czy w ogóle.

Znajomość najnowszej historii okazuje się dużo bardziej przydatna dla zrozumienia własnego położenia na świecie. Zawsze patrzyłem na swoje życie z perspektywy rodziny, ewentualnie społeczeństwa, w jakim przyszło mi się wychowywać. Nigdy nie byłem jednak w stanie docenić siły wiatrów historii, które spowodowały, że przyszło mi żyć akurat na tym kontynencie i po tej stronie nieistniejącej już żelaznej kurtyny. Równie dobrze mogłem przecież przyjść na świat nieco bardziej na zachód, mówić w zupełnie innym języku i nie głowić się na tym jak spuścić wodę w bezdotykowej toalecie podczas pierwszej wycieczki do Londynu. Niestety w tej grze to historia wybiera plansze i rozstawia pionki (przy czym demografia naszej planety wskazuje, że najczęściej gra się jednak w Chińczyka).

Drugą ważną rzeczą jest uświadomienie sobie, że świat miał się całkiem nieźle zanim się na nim pojawiłem, i zapewne będzie miał się nie najgorzej, kiedy będę się z nim żegnał. Czytanie o wydarzeniach na krótko poprzedzających rok mojego urodzenia sprawa wrażenie, że kolejny rozdział zostanie poświęcony w całości mojej osobie i serii wydarzeń, które ukształtowały mnie jako człowieka. Nic bardziej mylnego. Historia przejechała po tej ważnej dacie jak kolumna radzieckich czołgów w kierunku Czechosłowacji. Jeśli jest coś takiego jak dziejowy egocentryzm, to właśnie zostałem na niego skutecznie zaszczepiony.

Uświadomiłem sobie też, że jeśli nie jest się zawodnikiem rangi Regana, Thatcher czy Jelcyna to raczej nie ma co liczyć na trwałe zapisanie się w historii ludzkości (chociaż po tym ostatnim został przede wszystkim filmik na YouTube o nazwie „Best of drunk Boris Yeltsin!” z trzema milionami odsłon, co raczej nie zachęca ani do polityki, ani do alkoholu, a tym bardziej do obu tych rzeczy razem). Tak, Borys był alkoholikiem.

Znajomość historii daje też pewnego rodzaju ulgę, która wyraża się w zrozumieniu tego skąd się przychodzi i kim się jest, a przede wszystkim – co być może ważniejsze – kim się nie jest i dlaczego nie jest to winą danego człowieka. Szersze spojrzenie na ten aspekt pomaga zapobiec wielu niepotrzebnym frustracjom.

Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, że historia wpuściła mnie do gry w całkiem niezłym momencie. Pobiegam jeszcze trochę, a jak się zmęczę, to poproszę o zmianę. I znowu przyjdzie ktoś nowy i będzie biegać tam samo jak ja. A mecz będzie trwać w najlepsze.

Powrót do „normalności”

W nowy rok wchodzimy ze szczepionką przeciwko COVID-19 i wielkimi nadziejami na powrót do świata, który utraciliśmy kilka miesięcy temu. Ale czym tak naprawdę jest owa „normalność”, za którą tak tęsknimy? Czym jest „normalny” świat?

Odpowiedź sprowadziłbym do stwierdzenia, że normalność to przewidywalność. To możliwość określenia co czeka nas jutro, za tydzień lub za miesiąc. Żyjąc w coraz bardziej uporządkowanym świecie wielką frustrację wzbudza w nas spóźniający się autobus. Przecież nie po to mamy zegarki i precyzyjnie rozpisane rozkłady jazdy, żeby czekać. Przystanki już dawno przestały być miejscem oczekiwania na autobus, a stały się raczej punktem przesiadkowym.

Skoro zatem nasze niezadowolenie powodują tak prozaiczne rzeczy, jak traumatycznym przeżyciem musi być realne zagrożenie życia z powodu choroby. Nikt nie wie przecież, jak zareaguje na zarażenie nowym wirusem. To rodzaj nieprzewidywalności, o którym już dawno zapomnieliśmy w naszym poukładanym świecie, zupełnie tak jakby historia ludzkości była wolna od tego typu zmartwień. Pandemia na nowo przypomniała nam o przemijaniu – zjawisku przyrodniczym, które w sposób szczególny nie wpisuje się w dostatnie i dobrze zaplanowane życie.

Kolejna wielka niepewność to ryzyko utraty pracy, a co za tym idzie dochodów. Niebezpieczeństwo, które w porównaniu z przyzwyczajeniami do wizyt w galeriach handlowych czy precyzyjnie rozpisanymi ratami kredytu mieszkaniowego może wywołać spore zawroty głowy. Operując wyłącznie wskaźnikami makroekonomicznymi czasem trudno dostrzec, że normalnością zaczęliśmy nazywać to, co kiedyś oznaczało nadmiar i zbytek. Produkt Krajowy Brutto podajemy w odniesieniu rok do roku, ale nigdy pokolenie do pokolenia. Jeszcze żaden ekonomista nie powiedział, że osiągnęliśmy zadowalający poziom produkcji i więcej już nie potrzebujemy.

Rok 2021 zaczyna się od osiemnastych urodzin Grety Thunberg (dokładnie dzisiaj). Pomyślałem od razu, że dla aktywistki klimatycznej ograniczenie działalności światowej gospodarki z powodu pandemii to najlepszy możliwy prezent u progu dorosłości. Pomijając niemałe koszty społeczne i spore ryzyko powrotu do destrukcyjnych praktyk sprzed pandemii, ubiegły rok był obiektywnie sporą ulga dla Ziemi.

Okazało się, że jestem w sporym błędzie. Jak podano w radiowym komunikacie, rok 2020 nie był dobry dla zwolenników ochrony klimatu, gdyż… nie mogli protestować na ulicach. Wygląda więc na to, że powrót do „normalności”, szczególnie w kategoriach myślenia o świecie, odbędzie się nie poprzez odnalezienie nowej drogi, a poprzez powrót do tego, co stare i przewidywalne. Znając datę katastrofy klimatycznej jakoś łatwiej zaplanować kolejny tydzień.

😵

Turysta w świecie historii

Ostatnie miesiące spędziłem na zgłębianiu tematyki drugiej wojny światowej, głównie kwestii obozów koncentracyjnych. Czytałem, oglądałem, a wydarzenia z przeszłości ciążyły jak kamień przywiązany do głowy. Próbowałem nawet na chwilę uciec w zupełnie innym kierunku, mianowicie w świat Tybetu, ale i tam dopadły mnie wojenne upiory – autorka „Daleko wysoko…” przez dziesięć lat zajmowała się tym, co ja próbowałem zrozumieć w oparciu o kilka zaledwie książek i filmów.

Zgłębianie obozowych historii odstawiam na boczny tor. Doszedłem do wniosku, że ilość przeczytanych publikacji w żaden sposób nie przybliża mnie do pełnego zrozumienia wojennej tragedii. Wszystkie te obrazy są niby wyraźne, ale w gruncie rzeczy zbyt odległe dla współczesnego człowieka. W pewnych momentach odczuwałem nawet coś w rodzaju historycznej zniewagi, której dopuszczałem się czytając o marszach śmierci, sam siedząc pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Czułem się jak naiwny turysta, któremu w bezpiecznych warunkach uchyla się wrota okrutnej przeszłości i czeka na ożywioną reakcję. Turysta myśli, że dotyka istoty sprawy, podczas gdy ta pozostaje daleko poza jego zasięgiem. Jak blisko by nie podchodził, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tragedii tamtych lat. Najlepszym dowodem na intelektualną niedostępność przeszłości są współczesne rysunki na obozowych pryczach w jednym z baraków w Treblince. „Rafał z Torunia to był” – oto cała refleksja na temat wydarzeń, które miały tam miejsce.

Niestety dla mnie, człowieka wychowanego w czasach pokoju i dobrobytu, zapuszczanie się w otchłań wojennego nieszczęścia jest z góry skazane na porażkę. Mogę czytać, ale nigdy w pełni nie zrozumiem. Dla mnie historia to nie tylko fakty, ale i doświadczenia, a tych póki co nie potrafimy jeszcze przenosić z człowieka na człowieka. Może i lepiej. Niech tak zostanie.

👴

Kaczki

Korzystając z wolnej chwili spojrzał przez okno na przelatujące kluczem kaczki. Ponownie zaczął zastanawiać się, jakie to niewyjaśnione zasady rządzą oglądanym przez niego krajobrazem. Niby wiedział dlaczego ptaki układają się w ten, a nie inny sposób, nie wiedział natomiast dlaczego w ogóle latają. Nawet jeśli przejść nad tym pytaniem obojętnie, dlaczego wciąż przylatują w te same miejsca? Skąd wiedzą kiedy i gdzie mają lecieć? Dlaczego akurat tam, a nie gdzieś indziej? W chwilach tego typu refleksji świat zawsze wypadał mu z rąk. Był jak nieumiejętnie złapana rolka papieru, która upada i rozwija się dopóki nie uderzy w przeciwległą ścianę. Im bardziej próbuje się ją przyciągnąć, tym bardziej się rozwija.

Ilość pojawiających się myśli przyrastała teraz wykładniczo. W pewnym momencie nie wiedział już nawet, jakie dokładnie pytania należałoby zadać, aby nadążyć za lawiną wątpliwości, którą uruchomił w swojej głowie poprzez tę krótką obiekcję na temat kaczek. Wiedział jedynie, że były to już pytania wykraczające daleko poza to co widać gołym oknem, a nawet i to, co widać okiem uzbrojonym w naukowe szkiełko. Jego myśli błąkały się gdzieś pomiędzy planetami wodzone pewnego rodzaju metafizyczną intuicją, że oto za zakrętem czeka odpowiedź na wszystkie dotychczasowe wątpliwości. Z podróży tych wracał zawsze zmęczony i rozczarowany brakiem jakichkolwiek ustaleń.

Przypomniała mu się jego pierwsza praca, kiedy kazano mu dzwonić do jakiegoś urzędu i wyjaśnić z czego wynika naliczona zaległość w wysokości pięciuset dwóch złotych. Kwotę tę należało uregulować wraz z odsetkami, natomiast te przyrastały codziennie o kilka groszy. Uprzejmym tonem poprosił więc o wyliczenie kwoty odsetek na najbliższy poniedziałek.

– No proszę pana – usłyszał po chwili w słuchawce – zadałem operację, ale wszystko mi się tu teraz pozawieszało. Czy mógłby pan zadzwonić później?

Na podobnej zasadzie wyobrażał sobie swoje rozważania o kaczkach. Oczami wyobraźni widział jak po kliknięciu w „tajemnica_wszechrzeczy.mp4”, wyskakuje komunikat o treści: „Nie można odtworzyć pliku. Skontaktuj się z Administratorem sieci, aby uzyskać więcej informacji.”

Konstanty doskonale znał ten błąd. Próby bezpośredniego kontaktu z Administratorem podejmował od wczesnego dzieciństwa, niestety zawsze bez rezultatu. Uciekał się nawet do sztuczek w postaci prośby o wstawiennictwo u jednego z pracowników Działu wsparcia, w którego kompetencjach leżał dany problem. W tym celu zgromadził kilkanaście wizytówek, przykładowo od pana Antoniego z Padwy, niestety również i tutaj nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

Już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że nie ma żadnego Administratora, a jeśli jest to śpi lub ma przepełnioną skrzynkę. Przestał kierować w tę stronę jakiekolwiek zapytania, przyjmując, że pewnych wątpliwości po prostu nie da się wyjaśnić. Nie przeszkadzało mu to jednak w odbywaniu kolejnych niezrozumiałych podróży na widok kaczek lecących kluczem czy ludzi goniących odjeżdżające autobusy. Nierzadko świat zwierząt wydawał się nawet jakby bardziej poukładany i racjonalny.
🦆

Szeregowy Goniec

– Co ty tutaj robisz o tej porze? – zapytała wyraźnie zdziwiona młoda kobieta zza długiego kontuaru.

– Byłem z paczką u jednej babki. Dzwonię, a ona do mnie, że dzisiaj akurat przyszła do pracy i żebym jej podrzucił na trzecie piętro. Miała na mnie tu czekać. ­– odpowiedział kurier w lekko rozpiętym już firmowym uniformie spoglądając ostentacyjnie na zegarek. Przewiesił się przez kontuar wbijając wzrok w recepcjonistkę, tak jakby to od niej zależało czy dostarczy dzisiaj ostatnią z powierzonych mu paczek.

W rzeczywistości wszystkie przesyłki zostały już dzisiaj rozdane. Wiedział o tym kurier i wiedział o tym doskonale również Konstanty, który z identyfikatorem w ręce przepychał się właśnie przez wykonaną ze stali nierdzewnej bramkę obrotową. Karta dostępu, którą otrzymał pierwszego dnia w pracy musiała mieć jakiś defekt, bo za każdym razem kiedy przykładał ją do czytnika, sygnalizator diodowy najpierw odmawiał dostępu, a potem wymuszał wykonanie kilku uderzeń biodrami o ramiona bramki. Zarówno wejście jak i wyjście z budynku było więc dla Konstantego małym aktem żenady, który konsekwentnie odgrywał każdego dnia.

Każdego dnia mijał też recepcję, na której siedziała owa młoda kobieta w tej samej granatowej marynarce i okrągłych, trochę za dużych okularach. Z początku na widok dziewczyny odpowiadał głośne „dzień dobry”, z czasem uświadomił sobie, że na ten sam pomysł mogli wpaść również inny mężczyźni wchodzący do biura i odpowiadanie każdemu z nich na uprzejme powitanie może być dla młodej damy rzeczą o wiele gorszą niż jego walka z obrotową bramką. Zmienił więc strategię i od tego czasu przechodząc koło wielkiej jasnobeżowej lady kłaniał się lekko w powietrzu, tak jak robią to starsi ludzie, kiedy mijają kogoś znanego im z widzenia. Z perspektywy recepcjonistki pozostawał więc niezauważalny – ot, jeden z wielu szarych ludzi, którzy przyszli zarobić na ratę kredytu.

Konstanty z kolei doskonale znał rozkład dnia pracowników recepcji. Wiedział, że poranek to przede wszystkim wpuszczanie tych, którzy zapomnieli kart, a wieczór to wyczekiwanie na moment zamknięcia całego budynku. Resztę dnia zabierały czynności takie jak przeglądanie zafoliowanych gazet, po które nikt się jeszcze nie zgłosił, oglądanie YouTube’a, apatyczne wpatrywanie się w mokry ślad, jaki na gresowej podłodze zostawiała za sobą maszyna myjąca, czy – co być może z tych wszystkich czynności najciekawsze – rozmowy z dostawcami listów i paczek.

Konstanty wiedział, że na trzecim piętrze nie ma nikogo, kto mógłby być zainteresowany otrzymaniem paczki. Wiedział o tym przede wszystkim dlatego, że sam przed chwilą owe piętro opuścił i był niemal pewny, że wychodził ostatni. Historyjka z roztargnioną klientką, dla której uczynny kurier przemierza miasto wzdłuż i wszerz była zapewne tylko pretekstem do odwiedzenia młodej recepcjonistki – tym razem w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach, bo w piątek wieczorem, bez krzątających się w te i z powrotem pracowników biurowca. Przepchnąwszy się przez bramkę Konstanty zauważył kątem oka jak młoda kobieta wdzięczy się do chłopaka, a ten przerzucony przez kontuar stoi niemal na palcach czarując ją przy użyciu swoich najlepszych zaklęć.

Przez moment wyobraził sobie, jak przerywa tę całą scenę: klaszcze głośno w dłonie, krzyczy coś o weekendzie, po czym staje na baczność przed recepcją i z wojskową dyscypliną odmeldowuje kompanię z trzeciego piętra. Następnie zwraca się do kuriera, kładzie rękę na jego ramieniu i patrząc w oczy mówi coś w stylu: „Na dzisiaj to koniec, szeregowy Goniec. Wykonaliście kawał dobrej roboty. Możecie się odmeldować i nie niepokoić już tej pięknej młodej damy.”

Nie chciał jednak w żadnym stopniu uczestniczyć w tym wydarzeniu. Uznał, że kto jak kto, ale recepcjonistka w za dużych okularach ma najlepsze kompetencje, aby w wypadku zagrożenia – tu ze strony d(o)ręczyciela– skutecznie wezwać pomoc. Zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi budynku zostawił tę dwójkę samym sobie.

Na zewnątrz padało, a silny wiatr łamał parasole.

Lekkość i ciężar

Porządki robiłam w łazience na górze, wiesz? Przez lata tyle tego człowiek gromadzi, trzyma wszystko, a potem nie może znaleźć miejsca na mydło. Powyrzucałam wszystko. Nawet tę starą wagę, co to się ważył ten cały Janek. Tak mu mówili, ale czy on Janek był naprawdę, to nie wiem. Może Jurek. Jurek to wcześniej mówili, potem był Janek.

Przychodził często, kłaniał się nisko, kapelusz wieszał i w butach powiem ci prosto do łazienki. I na wagę. Co on miał z tym, to nie wiem. Czasem zimą to tyle błota potrafił nanieść, potem sprzątaj po nim, bo on musi się ważyć. Elegant był, to nic nie mówiłam. Grzeczny taki, uprzejmy. Miałam zabronić? Przecież to żaden koszt. Raz nawet kawę przyniósł. Ale czy to znowu takie dziwne, że człowiek chce wiedzieć, ile waży? Może nosił ciężary, nie wiem. Trudno powiedzieć, każdy człowiek chce wiedzieć, ile waży. To chyba normalne.

Ale już nie przychodzi, dawno go nie było. Zmarł latem, podobno tak jak stał, w tym kapeluszu i butach, co to się w nich pchał na górę. Ludzie mówią, że nie miał lekko. Uśmiechał się, ale buty miał ciężkie. Wagę wyrzuciłam, już mu się nie przyda.
👥

Błazen na scenie

Przesłuchałem w ostatnim czasie kilka wykładów wygłoszonych przez ludzi w różnym wieku. Zauważyłem, że starsze osoby mówią na ogół zdecydowanie wolniej. Więcej czasu poświęcają na ubranie myśli w słowa, skupiają się na przekazaniu słuchaczom treści, niekoniecznie na zrobieniu świetnego wrażenia.

Wśród młodszych prelegentów tendencja jest dokładnie odwrotna. Mówi się dość sprawnie, bo nie wypada przekroczyć wyznaczonego czasu, samo mówienie natomiast coraz częściej nastawione jest na efekt, jaki ten czy inny wykład zrobi na publiczności. Są nawet wielkie podręczniki traktujące o tym, w jaki sposób mówić, żeby nas słuchano. Mam wrażenie, że wszystkie tego typu porady powstały wyłącznie dlatego, że ludzie ludziom próbują opowiadać coraz większe bzdury, a jak wiadomo, trudno utrzymać koncentrację, kiedy ktoś gada od rzeczy. Dlatego dzisiaj już się nie opowiada, dzisiaj sprzedaje się opowieści, najlepiej w sposób interaktywny, gdzie publiczność zaklaszcze, a prowadzący zaśpiewa.

To, co jest jednak pocieszające, to fakt, że są jeszcze osoby (najczęściej ze świata nauki lub sztuki, najczęściej nieco starsze), które bez uciekania się do zbędnych ozdobników, potrafią gromadzić dużą publiczność. Takich wykładów słucha się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Nie potrzeba laserów, obracanej sceny czy tajnych technik utrzymywana koncentracji – liczy się wyłącznie autorytet.

Podsumowując, jeśli następnym razem ktoś będzie wam pstrykał przed nosem mówiąc, że za chwile powie wam coś, co na zawsze zmieni wasze życie, to prawdopodobnie trafiliście do złej sali. Jeśli ten ktoś próbuje wam dodatkowo sprzedać garnki, to znak, że należy uciekać.

🎪

Złoty spławik

Sklep odzieżowy w jednej z galerii.

– Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc?

– Dzień dobry. Tak, chciałem zapytać o produkty promocyjne. Widzę po plakatach, że macie państwo przeceny do siedemdziesięciu procent. Jakie towary objęte są zniżką?

– No, generalnie wszystko poza nową kolekcją, czyli tutaj te dwa wieszaczki i tam jeszcze jeden, ale to dział damski.

Dziękuję i udaję się w stronę wskazanych wieszaczków. Nie wiem czemu sprzedawcy tak chętnie wszystko zdrabniają? Żeby świat był mniej brutalny? A może żeby klient więcej kupił? Już słyszę w głowie: Jakieś spodenki dla pana? Ma pan już letnią kurteczkę? Proszę zobaczyć tutaj, mamy świetne bawełniane majteczki dla prawdziwych mężczyzn. Paragon czy fakturka? I tutaj reszta pieniążków dla pana i jeszcze kuponik rabatowy.

Rozglądam się za swoim rozmiarem. Jakby nie patrzeć, jeśli można kupić coś za trzydzieści złotych zamiast za sto, to może rzeczywiście warto rzucić okiem. Jak widać pandemia zmusza do radykalnych przecen. Ostatecznie znalazłem jedną rzecz przecenioną o pięćdziesiąt procent, reszta obniżona o jakieś dwadzieścia, trzydzieści. Pochodzi pani z zaplecza.

– Szuka pan czegoś konkretnego?

– Tak, chciałbym kupić coś za trzydzieści procent ceny, niestety nie mogę nic znaleźć. Czy byłaby pani uprzejma mi pomóc?

– Ale… jak to za trzydzieści procent?

– No, po siedemdziesięcioprocentowej obniżce, tak jak jest napisane na plakacie. Znajdę u państwa coś takiego?

– A, o tej reklamie pan mówi. Nie, my tu nic takiego nie mamy. To trzeba by po metkach patrzeć, ale kto by to liczył. Siedemdziesięciu to tu nie będzie na pewno.

Prawie mnie miała. Już pływałem wokół haczyka zrobionego z odwróconego wieszaka. Wystarczyło tylko umiejętnie pociągnąć za żyłkę, a potem jednym ruchem złowić mnie podbierakiem. Podziękowałem, w myślach przyznałem pani ekspedientce grand prix w kategorii „Złoty spławik”, ukłoniłem się i wyszedłem.

🐟

Megaproces

Sierpniowy poranek. Zapach świeżo zaparzonej kawy z nieprzyjaznej środowisku kapsułki. Kolejny, nieróżniący się niczym od dziesięciu poprzednich, dzień pracy z domu. Włączam popularną aplikację do wirtualnych spotkań i nasłuchuję głosu prowadzącego.

Mój udział w spotkaniu nie ma w zasadzie większego znaczenia. Wynika wyłącznie z faktu zastępstwa za nieobecną koleżankę. Podejmuję jednak wyzwanie wysłuchania całej prelekcji ze zrozumieniem i sporządzenia krótkiego podsumowania. Punktualnie o ósmej odzywa się głos z komputera, a ja wyszedłszy ledwie spod objęć Morfeusza pociągam łyczek aromatycznej kawki.

– Dzień dobry, witam wszystkich serdecznie. Myślę, że możemy powoli zaczynać.

– Bardzo proszę. – odpowiadam w myślach odstawiając na biuro kubek z herbem Rzymu.

– Dzisiejsze spotkanie chcielibyśmy w całości poświęcić problematyce uprocesowienia zagadnień dotyczących administrowania ryzykami, które zidentyfikowane zostały podczas naszych ostatnich warsztatów. W pierwszej części chcielibyśmy omówić składowe poszczególnych megaprocesów, do których zostaliście państwo przypisani jako właściciele ryzyk, następnie – przechodząc przez każdy z omówionych wcześniej cykli niższego rzędu – stworzyć mapę systemu kontroli, która adresować będzie wszystkie akcje określone w metodyce działań wewnętrznych państwa działów. Po przerwie chcielibyśmy natomiast poruszyć sygnalizowaną wcześniej problematykę przypisania atrybutów jakościowych do istniejących punktów kontrolnych, które pojawiają się najczęściej w procesach 742B i 742C. Choć oczywiście nie tylko tam. Na koniec postaramy się omówić jeszcze rozszerzenia formuł wykorzystywanych przy kodyfikacji poleceń do zadanych mechanizmów weryfikacyjnych. Tutaj mam od razu do państwa prośbę – jeśli już wiecie, w którym dokładnie podprocesie niższego rzędu dany mechanizm kontrolny się znajduje, to proszę wskazać numer i nazwę tego procesu w komentarzu do komórki z numerem procesu w pliku, który załączony został do prezentacji. A więc tak mniej więcej kształtuje się nasz plan na najbliższe trzy godziny. To co, zaczynamy?

Aha. Tak wygląda luźna pogadanka o procesach, w którą ubrała mnie koleżanka. Po raz kolejny zostałem wrobiony w temat, jak ostatni amator. Przecież zaraz zapytają mnie czy przypisałem już wszystkie atrybuty do punktów kontrolnych. I co wtedy powiem? Mam wymyślać, że tak, przy czym mam spore wątpliwości co do periodyczności indeksów pojawiających się w selektorze identyfikatora zagregowanych danych? Wezmą mnie za ostatniego idiotę. Albo, co gorsza, za geniusza. Równie dobrze mógłbym włączyć sobie wykład na temat fizyki kwantowej w języku czeskim, a potem przedstawić koleżance swoje spostrzeżenia.

Patrzę na ten swój kubek i myślę, jak wielką drogę przebyliśmy od rzymskich mozaik do wirtualnych megaprocesów. Te pierwsze jesteśmy w stanie odczytać nawet setki lat po ich ułożeniu. Tych drugich nie jesteśmy w stanie zrozumieć nawet po trzygodzinnym szkoleniu.

🔄

Radio Dramat, codzienna dawka niepokoju dla Ciebie i Twojej rodziny

Mam takie stare radio, z którego czasem lubię posłuchać muzyki. Pech chciał, że ostatnio zacząłem bawić się pokrętłem strojenia o pełnej godzinie, a to, co usłyszałem łapiąc kolejne fale przeszło moje, i tak już niezbyt wysokie, oczekiwania.

Brzmiało to mniej więcej tak: Kolejne niepokojące wiadomości płyną zza granicy (…); Eksperci biją na alarm (…); Nowy niebezpieczny dopalacz na polskim rynku (…); Rodzinna tragedia w Rudzie Śląskiej (…); Rośnie liczba zakażonych koronawirusem (…); Dramatyczna akcja ratunkowa na jeziorze w Pile (…); USA i Chiny zmierzają w kierunku, z którego nie ma powrotu (…); Siedem osób zginęło, a trzydzieści dwie zostały ranne po tym, jak (…).

Po tej osobliwej wycieczce od 88 do 108 FM wyjrzałem profilaktycznie za okno w poszukiwaniu lecącej w moją stronę asteroidy. Przyznam, że gdybym zobaczył zbliżającą się kulę ognia, nie byłbym chyba szczególnie zmartwiony. Biorąc pod uwagę ogrom nieszczęścia, o jakim zostałem właśnie poinformowany, unicestwienie naszej planety postrzegałbym raczej jako pewnego rodzaju promyk nadziei na lepsze jutro.

Naprawdę nie mam pojęcia skąd wziął się pomysł, by serwis informacyjny opierać przede wszystkim na dramatycznych wydarzeniach z całego świata. Co mam zrobić z informacją o katastrofie kolejowej w Rio de Janeiro? Przypominać sobie o niej za każdym razem, kiedy będę wsiadać do pociągu? Człowiek odgrzewa sobie dobry nastrój z resztek po miłych rzeczach, a tu wpada taka informacyjna Magda Gessler i zaczyna rzucać talerzami.

Nie pozostaje nic innego, jak ubrać się w elegancją koszulę, położyć wygodnie i domknąć wieko trumny. W środku niech przygrywa radyjko na baterie – to na wypadek zwątpienia, że na świecie dzieje się jeszcze coś dobrego.

📻

Wyścig z czasem

Czytam sobie, że jeszcze w 1907 roku żołnierze tureccy nie wiedzieli, czym jest godzina. Zapytani na pustyni syryjskiej, jak długo zajmuje podróż do najbliższej oazy mówili tylko, że już niedaleko, daleko albo bardzo daleko. Podobna sytuacja ma miejsce jeszcze dziś w niektórych obszarach Wschodu, gdzie dzieci do szkoły nie schodzą się punktualnie, ale stopniowo i po trochu.

Patrząc z nie tak przecież odległej perspektywy na dzisiejszy sposób uporządkowania zachodniego świata, całe to nasze mierzenie czasu wydaje mi się jednak trochę zabawne. Trudno znaleźć dzisiaj poważnego człowieka, który nie dałby się zakuć w kajdany czasu zwane potocznie zegarkiem naręcznym. Co więcej, przyjęliśmy, że marka tego urządzenia wyznacza status społeczny – zupełnie tak, jakby czas odczytywany z wieży ratusza miał być gorszej jakości.

Upływające sekundy straszą dzisiaj nie tylko z nadgarstka, ale również smartfona, komputera, radia czy deski rozdzielczej samochodu. Z każdego niemal miejsca sączy się subtelna informacja o ulotności chwili. Jakby tego było mało, całą Ziemię podzieliliśmy sobie na dwadzieścia cztery różne strefy czasowe. W konsekwencji, ostatniego dnia roku siedzimy już od popołudnia ubrani w sylwestrowe czapeczki i znudzeni oglądamy fajerwerki w Nowej Zelandii, licząc jednocześnie ile to jeszcze godzin zostało do „naszego” Nowego Roku.

Niestety, tak właśnie wyglądają skutki uboczne próby pojmania czasu przez naszą cywilizację. W pewnym momencie zrozumieliśmy po prostu, że czas to pieniądz, który wymaga wyjątkowej dokładności. Zamknęliśmy więc wschody i zachody słońca w dwudziestu czterech godzinach, które – o ironio – dwa razy w roku przesuwamy o godzinę w tę i z powrotem, powodując tym samym niemały dyskomfort u naszych zwierząt, które zegarków póki co nie noszą.

Mówi się, że my mamy zegarki, a Afryka ma czas. To trochę tak, jak jakby płynąć z nurtem rzeki i dodatkowo wiosłować. Dopływamy zmęczeni, a rzeka i tak nas po chwili dogania. Takie to korzyści z wyścigu z czasem.

⏰

Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu?

Mam stary faks. Trudno, żeby był nowy, bo takich urządzeń chyba już nikt nie produkuje. Bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy każda szanująca się firma musiała obowiązkowo wyposażyć się w taki sprzęt. Operator telefaksu to też jedno z pierwszych stanowisk jakie piastowałem na początku mojej kariery. Praca dość nudna, bo polegająca na wybieraniu numeru i proszeniu za każdym razem o to samo: Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu? Te słowa powinny przejść do historii jako najczęściej zadawane pytanie retoryczne.

Przez jakiś czas mój dzień w pracy polegał więc na proszeniu o sygnały i ich udzielaniu. Później wprowadzono automatyczny odbiór wiadomości, co skutkowało z kolei zwojami niepotrzebnych ofert przesyłanych przez rozmaite firmy krzaki. Numer faksu był wtedy niemal tak ważny jak adres firmy; dzisiaj usuwa się go cichaczem z oficjalnych dokumentów, jako wstydliwy relikt starych czasów.

W jednym z wywiadów Stanisław Lem przyznaje, że bardzo wzbraniał się przed technologią, w tym przed używaniem faksu. Dzisiaj brzmi to co najmniej zabawnie, ale jednocześnie bardzo dobrze pokazuje tempo zmian, jakie proponuje nam życie w obecnych czasach. Na YouTube są filmy prezentujące (zapewne młodszym pokoleniom) zasadę funkcjonowania faksu. Przyznam, że sam oglądałem taki tutorial dotyczący pagera (nadal nie do końca rozumiem ideę tego wynalazku).

Swój faks próbowałem sprzedać na targu staroci, niestety nikt nawet na niego nie spojrzał. Tym samym nikt nie dowiedział się, że urządzenie jest sprawne, ma 39 nieodebranych połączeń i sporo papieru na rolce. Żyjemy w takim przyśpieszeniu, że nawet urządzenia nie mają czasu się zepsuć. Ciekawe dokąd w takim tempie dojedziemy. Prędkość jest wzorowa, pytanie tylko czy ktoś panuje nad kierunkiem, w którym tak pędzimy.

📠

Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Marzenia

Sobotni wieczór spędziłem podziwiając start rakiety kosmicznej. Największe wrażenie zrobił na mnie widok płonącej smugi paliwa pchającej pięciuset tonową konstrukcję pionowo w górę. Nawet nie chcę myśleć, ile paliwa zużyto do wystrzelenia takiego potwora w kosmos. Kilka sekund po starcie straciłem resztki nadziei, że moje skrupulatnie realizowane zasady ekologicznej jazdy samochodem na cokolwiek się jeszcze tej planecie przydadzą. Chcąc zneutralizować jeden start takiego Falcona musiałbym chyba do końca życia hamować silnikiem, a potem prosić o to samo swoje dzieci i wnuki.

Wyniesienie ludzi na orbitę skłoniło mnie też do nieco głębszych niż zużycie paliwa przemyśleń, na przykład o ludzkich marzeniach. Loty kosmiczne zawsze kojarzyły mi się z próbą prześcignięcia Boga, z chęcią ominięcia go lewym pasem i pomachania przez szybę. Czytam też, że Międzynarodowa Stacja Kosmiczna miała na celu „spełnienie marzenia o stałym pobycie ludzi w kosmosie” oraz, że do tej pory nie dokonano tam niestety „żadnego przełomowego odkrycia”. Wszystko jasne! Ja też kiedyś marzyłem o stałym pobycie na drzewie i tak powstał mój pierwszy domek na starym dębie. Również niczego nie odkryłem, ale zabawa była przednia. No cóż, jaki budżet, takie marzenia.

W tym miejscu trzeba zacytować klasyka: „Zawsze chciałem mieszkać w domku na drzewie, wtedy nie musiałbym schodzić na Ziemię”. Myślę, że w tym kontekście loty w kosmos to po prostu kontynuacja dziecięcych fantazji w świecie dorosłych. Elon Musk zrobił nam Dzień Dziecka dwa dni wcześniej.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich dużych dzieci w Nibylandii. Wiem, że tam jesteście.

🛰