Marzenia

Sobotni wieczór spędziłem podziwiając start rakiety kosmicznej. Największe wrażenie zrobił na mnie widok płonącej smugi paliwa pchającej pięciuset tonową konstrukcję pionowo w górę. Nawet nie chcę myśleć, ile paliwa zużyto do wystrzelenia takiego potwora w kosmos. Kilka sekund po starcie straciłem resztki nadziei, że moje skrupulatnie realizowane zasady ekologicznej jazdy samochodem na cokolwiek się jeszcze tej planecie przydadzą. Chcąc zneutralizować jeden start takiego Falcona musiałbym chyba do końca życia hamować silnikiem, a potem prosić o to samo swoje dzieci i wnuki.

Wyniesienie ludzi na orbitę skłoniło mnie też do nieco głębszych niż zużycie paliwa przemyśleń, na przykład o ludzkich marzeniach. Loty kosmiczne zawsze kojarzyły mi się z próbą prześcignięcia Boga, z chęcią ominięcia go lewym pasem i pomachania przez szybę. Czytam też, że Międzynarodowa Stacja Kosmiczna miała na celu „spełnienie marzenia o stałym pobycie ludzi w kosmosie” oraz, że do tej pory nie dokonano tam niestety „żadnego przełomowego odkrycia”. Wszystko jasne! Ja też kiedyś marzyłem o stałym pobycie na drzewie i tak powstał mój pierwszy domek na starym dębie. Również niczego nie odkryłem, ale zabawa była przednia. No cóż, jaki budżet, takie marzenia.

W tym miejscu trzeba zacytować klasyka: „Zawsze chciałem mieszkać w domku na drzewie, wtedy nie musiałbym schodzić na Ziemię”. Myślę, że w tym kontekście loty w kosmos to po prostu kontynuacja dziecięcych fantazji w świecie dorosłych. Elon Musk zrobił nam Dzień Dziecka dwa dni wcześniej.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich dużych dzieci w Nibylandii. Wiem, że tam jesteście.

🛰

Suszone liście, suszone grzyby

Zesłany przymusowo na towarzyski Sybir rozmyślam ostatnio o cechach odróżniających od siebie kolejne pokolenia. Ciekawym kryterium, które pozwala bezbłędnie zidentyfikować osoby urodzone po roku 2000 jest moim zdaniem jakakolwiek szersza znajomość rodzajów grzybów i gatunków drzew. Przyznam, że sam nigdy nie błyszczałem wiedzą zgromadzoną w tej materii, natomiast w porównaniu do młodszych roczników myślę, że spokojnie mógłbym zostać grzybiarskim guru z fakultetem w zakresie suszenia liści. Jakże abstrakcyjnie w dobie TikToka musiałby brzmieć opowieści o robionych offline zielnikach.

Myślę jednak, że każde pokolenie ma jakiś swój zielnik. To najmłodsze zamieniło po prostu tradycyjny klaser na smarftona, a zamiast liści kolekcjonuje ikony aplikacji. Jeśli więc hasło mleczaj rydz wywołuje w tobie więcej entuzjazmu niż Soundcloud czy Musical.ly to znaczy, że świat poszedł o krok dalej, a ty prawdopodobnie nie jesteś już w jego avant garde. I nawet największe oburzanie na ignorancję kolejnych pokoleń nie zmieni tej sytuację ani o jotę.

Powyższe pokazuje jednak dwie bardzo ciekawe rzeczy: po pierwsze, że jako ludzie zaczynami odklejać się od świata fizycznego na rzecz tego wirtualnego, po drugie że coraz większą ufność pokładamy nie we własnej wiedzy i doświadczeniu, a w bajtach i serwerach, które (jeśli działają prawidłowo) dają nam złudne poczucie wszechwiedzy. Opuszczeni przez wujka Google mamy jednak sporą tendencję do popadania w ciemnotę, co w najlepszym wypadku może zakończyć się – pozostając w leśnej tonacji – płukaniem żołądka. Ale spokojnie, jak tylko wróci Internet będziemy mieć na tę okoliczność bardzo dobre SOR-story.

🍁