Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu?

Mam stary faks. Trudno, żeby był nowy, bo takich urządzeń chyba już nikt nie produkuje. Bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy każda szanująca się firma musiała obowiązkowo wyposażyć się w taki sprzęt. Operator telefaksu to też jedno z pierwszych stanowisk jakie piastowałem na początku mojej kariery. Praca dość nudna, bo polegająca na wybieraniu numeru i proszeniu za każdym razem o to samo: Dzień dobry, czy mogę prosić o sygnał faksu? Te słowa powinny przejść do historii jako najczęściej zadawane pytanie retoryczne.

Przez jakiś czas mój dzień w pracy polegał więc na proszeniu o sygnały i ich udzielaniu. Później wprowadzono automatyczny odbiór wiadomości, co skutkowało z kolei zwojami niepotrzebnych ofert przesyłanych przez rozmaite firmy krzaki. Numer faksu był wtedy niemal tak ważny jak adres firmy; dzisiaj usuwa się go cichaczem z oficjalnych dokumentów, jako wstydliwy relikt starych czasów.

W jednym z wywiadów Stanisław Lem przyznaje, że bardzo wzbraniał się przed technologią, w tym przed używaniem faksu. Dzisiaj brzmi to co najmniej zabawnie, ale jednocześnie bardzo dobrze pokazuje tempo zmian, jakie proponuje nam życie w obecnych czasach. Na YouTube są filmy prezentujące (zapewne młodszym pokoleniom) zasadę funkcjonowania faksu. Przyznam, że sam oglądałem taki tutorial dotyczący pagera (nadal nie do końca rozumiem ideę tego wynalazku).

Swój faks próbowałem sprzedać na targu staroci, niestety nikt nawet na niego nie spojrzał. Tym samym nikt nie dowiedział się, że urządzenie jest sprawne, ma 39 nieodebranych połączeń i sporo papieru na rolce. Żyjemy w takim przyśpieszeniu, że nawet urządzenia nie mają czasu się zepsuć. Ciekawe dokąd w takim tempie dojedziemy. Prędkość jest wzorowa, pytanie tylko czy ktoś panuje nad kierunkiem, w którym tak pędzimy.

📠

Marzenia

Sobotni wieczór spędziłem podziwiając start rakiety kosmicznej. Największe wrażenie zrobił na mnie widok płonącej smugi paliwa pchającej pięciuset tonową konstrukcję pionowo w górę. Nawet nie chcę myśleć, ile paliwa zużyto do wystrzelenia takiego potwora w kosmos. Kilka sekund po starcie straciłem resztki nadziei, że moje skrupulatnie realizowane zasady ekologicznej jazdy samochodem na cokolwiek się jeszcze tej planecie przydadzą. Chcąc zneutralizować jeden start takiego Falcona musiałbym chyba do końca życia hamować silnikiem, a potem prosić o to samo swoje dzieci i wnuki.

Wyniesienie ludzi na orbitę skłoniło mnie też do nieco głębszych niż zużycie paliwa przemyśleń, na przykład o ludzkich marzeniach. Loty kosmiczne zawsze kojarzyły mi się z próbą prześcignięcia Boga, z chęcią ominięcia go lewym pasem i pomachania przez szybę. Czytam też, że Międzynarodowa Stacja Kosmiczna miała na celu „spełnienie marzenia o stałym pobycie ludzi w kosmosie” oraz, że do tej pory nie dokonano tam niestety „żadnego przełomowego odkrycia”. Wszystko jasne! Ja też kiedyś marzyłem o stałym pobycie na drzewie i tak powstał mój pierwszy domek na starym dębie. Również niczego nie odkryłem, ale zabawa była przednia. No cóż, jaki budżet, takie marzenia.

W tym miejscu trzeba zacytować klasyka: „Zawsze chciałem mieszkać w domku na drzewie, wtedy nie musiałbym schodzić na Ziemię”. Myślę, że w tym kontekście loty w kosmos to po prostu kontynuacja dziecięcych fantazji w świecie dorosłych. Elon Musk zrobił nam Dzień Dziecka dwa dni wcześniej.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich dużych dzieci w Nibylandii. Wiem, że tam jesteście.

🛰

Suszone liście, suszone grzyby

Zesłany przymusowo na towarzyski Sybir rozmyślam ostatnio o cechach odróżniających od siebie kolejne pokolenia. Ciekawym kryterium, które pozwala bezbłędnie zidentyfikować osoby urodzone po roku 2000 jest moim zdaniem jakakolwiek szersza znajomość rodzajów grzybów i gatunków drzew. Przyznam, że sam nigdy nie błyszczałem wiedzą zgromadzoną w tej materii, natomiast w porównaniu do młodszych roczników myślę, że spokojnie mógłbym zostać grzybiarskim guru z fakultetem w zakresie suszenia liści. Jakże abstrakcyjnie w dobie TikToka musiałby brzmieć opowieści o robionych offline zielnikach.

Myślę jednak, że każde pokolenie ma jakiś swój zielnik. To najmłodsze zamieniło po prostu tradycyjny klaser na smarftona, a zamiast liści kolekcjonuje ikony aplikacji. Jeśli więc hasło mleczaj rydz wywołuje w tobie więcej entuzjazmu niż Soundcloud czy Musical.ly to znaczy, że świat poszedł o krok dalej, a ty prawdopodobnie nie jesteś już w jego avant garde. I nawet największe oburzanie na ignorancję kolejnych pokoleń nie zmieni tej sytuację ani o jotę.

Powyższe pokazuje jednak dwie bardzo ciekawe rzeczy: po pierwsze, że jako ludzie zaczynami odklejać się od świata fizycznego na rzecz tego wirtualnego, po drugie że coraz większą ufność pokładamy nie we własnej wiedzy i doświadczeniu, a w bajtach i serwerach, które (jeśli działają prawidłowo) dają nam złudne poczucie wszechwiedzy. Opuszczeni przez wujka Google mamy jednak sporą tendencję do popadania w ciemnotę, co w najlepszym wypadku może zakończyć się – pozostając w leśnej tonacji – płukaniem żołądka. Ale spokojnie, jak tylko wróci Internet będziemy mieć na tę okoliczność bardzo dobre SOR-story.

🍁

Nowe szaty króla

No, przyznam że piękny serial przyszło nam oglądać na samym początku drugiej dekady wieku. Serial, który przebija wszelkie produkcje Netflixa, bo rozgrywa się niemal na wszystkich kontynentach, przyciąga uwagę nawet najbardziej niezainteresowanych, a co najgorsze ludzie umierają w nim zupełnie na poważnie. Jest to też jedyny serial, który emitowany jest w czasie rzeczywistym i w którym trudno doszukać się jakkolwiek przemyślanej fabuły. Jest to w końcu jedyna produkcja, która angażuje tak duże środki, budzi tak wielką niepewność i tak mocno ingeruje w nasze życie, że w pewnym momencie coraz trudniej określić, gdzie przebiega granica pomiędzy obserwatorem wydarzeń a jego uczestnikiem.

Obecna sytuacja ma dla mnie jeszcze jeden ważny wymiar. Serial o chińskim wirusie obnaża nasze wyobrażenie o wspaniałym i niezniszczalnym świecie zbudowanym przez nowoczesnego człowieka. Bardzo dosadnie pokazuje, jak słabi jesteśmy wobec sił natury i jak bezsensowne okazują się ostatecznie nasze przełomowe przedsięwzięcia. No bo jaki sens ma dzisiaj chociażby taka misja na Marsa? Zajmujemy się podbijaniem kosmosu a nie potrafimy ogarnąć własnego podwórka. Dwa tysiące lat doświadczenia, a wszystko to jak krew w piach.

Tak oto wygląda podręcznikowy kryzys w królestwie nastawionym na zysk i nieustanne zwiększanie rentowności. Król jest nagi. Za to z koroną na głowie.

👑

CYFROWE BEZGŁOWIE

Nad moim łóżkiem zawiesiłem małą półkę, na której kładę telefon. Jest to rozwiązanie nadzwyczaj wygodne, bo pozwala mi sięgnąć po niego zaraz po przebudzeniu. Kiedy ja śnię o fantastycznej krainie, gdzie ludzie komunikują się patrząc sobie w oczy, on oddaje się aktualizacyjnej medytacji, by od rana organizować mój dzień.

Bez niego byłbym zaledwie cieniem swojej własnej osoby. Charakterem z dykty. Pozostawiony sam sobie prawdopodobnie nie obudziłbym się nawet na czas, a obudzony utknąłbym na jednym kanale jak telewizor, do którego zgubiono pilota. Do nikogo bym nie napisał i niczego nie sprawdził. Jakże upokarzające wobec moich sąsiadów musiałyby być nieudolne próby sprawdzenia pogody przez uchylone okno: chłodno, ale tak chłodno na sześć czy bardziej na dziewięć stopni? Nie wiedziałbym jak się ubrać, a co dopiero jak żyć.

Na szczęście mam go w zasięgu ręki, co zdaje się rozwiązywać wszelkie poczucie ewentualnej pustki czy niepewności. W każdej chwili mogę wybrać aplikację, która wypełni mój czas, dzięki czemu nie muszę go spędzać ze sobą. To ostatnie bywa dość krępujące, stąd pomysł o zawieszeniu półki. Filmik z tutorialem zaproponował mi mój telefon.

📲

Świat miliona bodźców

Ostatnimi czasy próbuję wypracować strategię poruszania się w świecie miliona bodźców. 🙉

Sprawa trudna i zdradliwa, bo nawet w sytuacji kiedy udaje mi się na chwilę zatrzymać artylerię powiadomień, szybko okazuje się, że tak naprawdę znajduję się w oku cyklonu. Tam też wiatr cichnie, by za chwilę uderzyć z podwójną mocą.

Dawno już wyłączyłem wszelkie powiadomienia w telefonie. Ostrożnie oglądam telewizję – tutaj atak jest wyjątkowo brutalny, bo reklama uderza niepodziewanie, najczęściej w trakcie filmu. Unikam egzotycznego w swojej nazwie sportu zwanego ‘serfowanie po internecie’. Teraz każdą rzecz w sieci sprawdzam ostrożnie, najczęściej ubrany w żelazny hełm marki AdBlock. Do kina staram się spóźniać, radio włączam po pełnej godzinie. Brzmi jak dzień świra, ale myślę, że dzięki temu chociaż częściowo uchroniłem się przed wiedzą o najnowszych lekach na upławy, brak apetytu u psa czy najlepszej wersji magnezu.

Sprawa komplikuje się, kiedy jestem w pracy. Tutaj przyjmowanie, przetwarzanie i odsyłanie informacji stanowi podstawę moich obowiązków. Czasem pocieszam się, że to tak naprawdę jedna wielka gra w tenisa, gdzie zamiast rakiet mamy komputery, a zamiast piłeczek maile. Niestety trudno zachować optymizm, kiedy w moją stroną leci jednocześnie dwanaście różnych piłek.

Ostatecznie myślę, że wcale nie muszę być na bieżąco ze światem, z tymi wszystkimi wiadomościami, zdjęciami znajomych, filmami na YouTube. Dzisiaj wiedzieć wszystko, to nie wiedzieć nic. I lepiej dojść do takich wniosków w domowym zaciszu niż na kozetce u psychologa.

Dzielny mały toster, czyli historia o wyrzucaniu dobrych rzeczy

Pamiętam z dzieciństwa bajkę pod wdzięcznym tytułem „Dzielny mały toster” z 1987 roku. 📼

Bajka opowiada historię porzuconego tostera, radia, lampki, kocyka elektrycznego i odkurzacza, którzy postanawiają opuścić domek w górach i odnaleźć swojego właściciela. W jednej ze scen – dzisiaj dużo bardziej dla mnie czytelnej – stare urządzenia trafiają do miasta, gdzie najnowsza generacja sprzętów AGD śpiewa radosną piosenkę o ich końcu, po czym wyrzuca całą piątkę na śmietnik.

Dlatego o tym piszę? Bo to jedna z ładniejszych metafor naszego podejścia do przedmiotów codziennego użytku. Dzisiaj rzeczywiście niczego się nie naprawia. Dużo łatwiej jest wyrzucić i kupić nowe, tym bardziej, że reklamy nowych produktów atakują nas z każdej strony. A szkoda, bo z doświadczenia wiem, że nic nie daje tak dużej satysfakcji jak ulubione radio, któremu sprawny elektryk nadał drugie życie. Mam nadzieję, że chociaż w ten sposób udało mi się pokrzyżować plany sprzedażowe wielkich sieci dystrybuujących elektronikę.

A co najważniejsze, nie uważam, żeby stary telefon czy komputer miał być powodem do wstydu, jak chcieliby niektórzy miłośnicy nowych technologii. Zobaczcie „Dzielnego małego tostera”, gwarantuję, że zmienicie zdanie!

Bez telefonu

Wyszedłem na spacer bez telefonu i to była jedna z lepszych decyzji w ostatnim czasie. To było jak wyjście z systemu powiadomień i aplikacji, do starego, dobrego świata, jaki pamiętam z dzieciństwa. Świata pustych kieszeni i mnóstwa pomysłów, w którym jeszcze nie tak dawno byłem. Kto i dlaczego mnie z niego wygonił – nie mam pojęcia. Te trzy godziny bez kontaktu pokazały jednak, że świat może kręcić się pod moją nieobecność, a wszelkie problemy w jakiś sposób rozwiązują się same.

Kiedyś marzyłem o własnym telefonie, dzisiaj marzę o czasach, w których miałem takie marzenia.

Jarosław Jobs

W USA powstał właśnie algorytm umożliwiający analizę wyroków wydanych przez konkretnych sędziów. W oparciu o sztuczną inteligencję program ten zbiera informacje na temat m.in. języka używanego przez daną osobę czy treści sporządzonych uzasadnień, co umożliwia budowanie argumentacji w sposób najbardziej przemawiający do danego sędziego. Czyżby adwokatów wygłaszających mowy końcowe miały zastąpić programy? Jeśli taka jest przyszłość, to Jarosław Kaczyński odtwarzający w 2013 r. Piotra Glińskiego wprost ze swojego tableta jawi się jako wizjoner cyfrowych mediów. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Jadąc na jednym kółku

Jednym z moich ulubionych absurdów dzisiejszych czasów jest rezygnacja z chodzenia przy jednoczesnym wzroście zainteresowania różnego rodzaju aktywnością ruchową, w tym – co najciekawsze – bieganiem. Do pracy jeździmy na elektrycznych hulajnogach, po pracy pocimy się na elektrycznych bieżniach. Zupełnie tak, jakby ruch bez zewnętrznego zasilania był już niemożliwy. Nie wiem czy to świat tak urósł, że musimy przemierzać go na elektrycznym kole, czy to my tak bardzo skurczyliśmy się w pogoni za wygodą i innowacyjnością.