Intelektualne Bieszczady

W tym roku rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Dokładnie tak! Zawsze o tym mówiłem, ale jakoś nigdy nie mogłem się zdecydować. Człowiek gniecie się tanimi liniami, żeby zobaczyć czy hotel na drugim końcu świata wygląda tak jak w katalogu, podczas kiedy u nas jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia. Koniec z twardą turystyką i drinkami obcych mocarstw na „all excuse me”! Pora wstać z turystycznych kolan!

Bieszczady mają tę wielką zaletę, że nie wymagają wielkiego planowania. Nie trzeba sprawdzać ważności paszportu, załatwiać wizy, wymieniać waluty czy kupować specjalnego ubezpieczenia. Odpada cały ten stres związany z perfekcyjnym zaplanowaniem wyjazdu, tak żeby nie pominąć żadnej z kluczowych atrakcji i nie wyjść na durnia przez znajomymi. No bo jak wytłumaczyć się z turystycznego faux pas, że będąc w Egipcie nie widziało się piramid. Skandal! W tym wypadku hasło „Bieszczady” idealnie nadaje się do ucięcia wszelkich spekulacji na temat planów wyjazdowych. Bieszczady to Bieszczady – czego nie rozumiesz?

Wiem też, że nie jestem jedyny, który w dobie pandemii wybiera się w polskie góry. Można nawet powiedzieć, że jestem już wewnętrznie przygotowany na ewentualny small talk z sąsiadem lub kolegą z pracy, którego zapewne spotkam na szlaku lub w kolejce po gofra. Już sam fakt tego, że spotykamy się w tym, a nie innym miejscu, będzie bardzo wymowny; kto wie, być może przywitamy się jedynie uniesieniem słomkowych kapeluszy, gdyż wszelkie rozmowy czy wyjaśnienia będą po prostu zbędne. I tak właśnie wyobrażam sobie Bieszczady: jako stan zupełnej swobody umysłu i wewnętrznej równowagi. Polska Mekka dla wyznawców spokoju.

Do zobaczenia na szlaku. Albo w kolejce po gofra.

Nadmorskie przemyślenia o gofrach, kiczu i wielkim szczęściu

„Nie, tu na rogu my jedli już wczorej! Jo chcam halibuta!” – krzyknął ktoś za moim uchem, kiedy po raz pierwszy od kilkunastu lat wchodziłem na główną promenadę Władysławowa. Klimat nadmorskiego kurortu pozostał identyczny jak ten, który pamiętam z dzieciństwa. Być może lata przerwy podczas których zdążyłem się trochę zestarzeć spowodowały, że pewne elementy urokliwego krajobrazu odbierałem teraz jako dość mocno przejaskrawione.

Po prawej przy drzewie młody tata z nagim torsem i papierosem w ustach podrzuca synka, który w kapitańskiej czapce przypomina radosnego aniołka podskakującego na chmurce dymu. Z drugiej strony dwóch umięśnionych chłopaków z okularami przeciwsłonecznymi założonymi na potylicę i dziećmi na rękach wpatruje się z zainteresowaniem w tańczących Indian, którzy – jak wywnioskowałem następnego dnia rano – wykonywali taniec deszczu. Wszędzie niekończące się morze kramów, straganów i straganików. Frytki, pizza, ryby, kebab, zapiekanki, gofry, lody włoskie i na gałki. „Numer sto szesnaście, proszę!” – pokrzykują raz po raz młodzi ludzie zza baru wypatrując zmęczonym wzrokiem swoich klientów, którzy w oczekiwaniu na posiłek zagubili się gdzieś pomiędzy magnesami a puzzlami z własnym zdjęciem.

Przechodząc przez ulicę prawie ginę pod kołami elektrycznej hulajnogi, następnie robię unik przed pędzącym hoverboardem, prowadzonym przez siedmiolatka zaaferowanego cieknącym po łokciu lodem. Na plaży mijam kilku młodocianych grabarzy, którzy w duchu wakacyjnej przygody i ku uciesze rodziców kopią coś na kształt rodzinnej kwatery. Znajduję kawałek niezagrodzonej parawanem przestrzeni, rozkładam koc i zasypiam. Ze snu wyrywa mnie sprzedawca kukurydzy i orzeszków w karmelu, który niczym wyznawca Hare Kryszna trwa niestrudzony w swojej nadmorskiej mantrze przemierzając wybrzeże. Oczami wyobraźni widzę, jak w okolicach Rozewia zbiera już całkiem pokaźną grupę wyznawców, którzy w kolorowym pochodzie złożonym z parawanów i pompowanych materacy grają na bębnach i tamburynach.

Wracając przystaję koło stoiska agencji reklamowej, by wysypać piasek z butów. „Zapraszamy na casting, robimy zdjęcie dziecku, jak się spodoba, będziemy dzwonić. Pracujemy dla największych marek.” Po tych słowach widzę jak małemu bosmanowi kończącemu paczkę chipsów zapalają się oczy. Krótka konsultacja z rodzicami, otarcie twarzy z serowego nalotu i błysk flesza – tak oto wyglądają narodziny gwiazdy, pomyślałem. Przyszły ambasador marki Crunchips odchodzi dumnym krokiem w kierunku domku „Do góry nogami”.

Mógłbym tak mnożyć przykłady przaśności i atmosfery jarmarku panującej na naszym wybrzeżu, ale za fasadą kiczu i tandety stoi chyba coś znacznie ważniejszego. Tym czymś jest prawdziwe szczęście rodziców i ich dzieci – szczęście spędzanych wspólnie wakacji, które bez sztucznego pająka czy breloczka z imieniem, nie były by pewnie tymi samymi wakacjami.

Będąc dzieckiem rozumiałem to doskonale.