Człowiek z liściem na twarzy

No, powiem, że świat nie przestaje mnie zaskakiwać. W nie do końca znany mi sposób trafiłem na relację z polskiego turnieju w policzkowaniu, zwaną z angielska Punch Down. Jak zapewne nietrudno się domyślić, zawody polegają na naprzemiennym biciu się po twarzy. W tym miejscu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i pozwolić, aby delikatny absurd poprzedniego zdania odpowiednio wybrzmiał, ale jest wokół tego jeszcze kilka kwestii wartych skomentowania.

Otóż to, co spodobało mi się najbardziej to sportowa otoczka zbudowana wokół całego przedsięwzięcia. Jest pełna emocji prezentacja zawodników („jeśli dobrze trafię, to nie zdarza się, aby ktoś wstał po moim liściu”), są sędziowie, kibice, no i bardzo precyzyjne zasady: w oblicze przeciwnika uderzamy wyłącznie otwartą dłonią i nie więcej niż trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że obaj zawodnicy będą w stanie jeszcze stać o własnych siłach, a wata nie wypadnie im z uszu.

Przez moment pomyślałem nawet, że ta nietypowa dyscyplina ma w sobie jakieś ewangeliczne korzenie, bo w końcu gdzie, jak nie w piśmie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka. Odszedłem jednak od tej koncepcji, kiedy jeden z finalistów turnieju zapytany, o to co zrobi z główną nagrodą, w mało chrześcijański sposób odpowiedział, że – tu cytat – „prze****doli na głupoty”. Nie będę się śmiać, bo sam nie wiem, co bym mówił po tylu przyjętych policzkach.

Ciekawe też, że to co kiedyś było naturalnym zachowaniem w przypadku co bardziej porywczych dżentelmenów, dzisiaj urasta do rangi dyscypliny sportowej. A może to taka współczesna forma honorowego pojedynku? Tak czy inaczej myślę, że jest w tym jakaś romantyczna tęsknota za męskim instynktem do spontanicznego dania w mordę.

Podsumowaniem niech będą motywujące słowa zwycięzcy turnieju: „Lubię wypłacać liście i w tym będę mistrzem!”. To nazywam właśnie piękną sportową dewizą. Nic dodać, nic ująć.

Uwaga, uśmiech!

Przed długi czas myślałem, że ludzie dzielą się na dobrych i złych z natury. Ostatnio dochodzę do wniosku, że podział przebiega jednak według innego kryterium, mianowicie według tego, ile w człowieku zdolności do wyrażania dobra.

Czasem miewam wrażenie, że sfera uczuć niektórych ludzi zapisana została po chińsku. Ludzie ci próbują przekazać swoją serdeczność w bardzo niezrozumiały sposób, mylą pojęcia, wykonują dziwne akrobacje językowe, zdają się na swoją intuicję, która akurat w tym wypadku prowadzi donikąd. Są jak dziecko zgubione przez rodziców na zagranicznej wycieczce. Próbują przekazać coś ważnego, ale nikt nie jest w stanie ich zrozumieć.

Na szczęście zawsze można dogadać się na migi. W tym wypadku bardzo pomocny okazuje się uśmiech, który uważam za najlepszy nośnik ludzkiej życzliwości. Uśmiechanie się nie wymaga przecież szczególnych kompetencji, wyższych studiów czy jakichkolwiek kursów. Bywa za to najprostszą metodą płatności za to, czego nie da się wycenić. Jest komunikatem rozumianym wszędzie i przez wszystkich. Jest w końcu czymś w rodzaju oliwy dla naszych zacierających się czasem międzyludzkich mechanizmów. I nie mówię tu o najpopularniejszym emotikonie wstawianym na końcu zdania z grobową miną, ale prawdziwym ludzkim uśmiechu.

Myślę więc, że nie ma ludzi złych, są ewentualnie tacy, do których nikt się nigdy nie uśmiechał.

😁

Stany pośrednie

Świat wymaga dzisiaj natychmiastowych efektów. Proszek musi od razu spierać plamę, płyn natychmiast usuwać tłuszcz, tabletka precyzyjnie identyfikować źródło bólu, najlepiej już na etapie wyjmowania z pudełka. Dietom stawia się najwyżej siedmiodniowe ultimatum, a efekty odżywek i past do zębów mają być widoczne już po pierwszym użyciu.

Podobnie bywa z nami. Wypada być wysoko wydajnym i efektywnym, najlepiej z perspektywą szybkiego awansu. Warto też regularnie zmieniać samochód – nieważne, że aktualny ma się nieźle. W duchu szybkiego rozwoju warto też jak najszybciej wyprowadzić się na swoje; przecież nieruchomość to najlepsza inwestycja, jak można tego nie rozumieć. Człowiek zdolny życiowo, to człowiek zdolny kredytowo. Cały czas do przodu. Cały czas szybciej, wyżej, silniej.

Każdy kto grał kiedyś w The Sims, wie ile radości daje odkrywanie kolejnych elementów wyposażenia domu. Wstawienie jacuzzi do salonu to było wydarzenie. Oczywiście wcześniej trzeba było znaleźć wirtualną pracę i zarobić wirtualną walutę. Grałem tygodniami, dopóki ktoś nie pokazał mi kodu na pieniądze. Przez chwilę było fajnie, mimo wszystko szybko zatęskniłem za stopniowym odkrywaniem tych wszystkich gadżetów. Gra się skończyła, wypaliła się w ciągu dwóch dni.

Babcia zawsze powtarzała, żeby się nie śpieszyć z jedzeniem, bo człowiek nawet nie zdąży poczuć smaku. Ale kto by tam patrzył na smak, kiedy wokół tyle rzeczy do spróbowania.

📊

Biegiem przez miasto

Jako entuzjasta korzyści wynikających z biegania od lat biorę udział w mniejszych i większych imprezach sportowych, niestety z roku na rok zawody organizowane w dużych miastach coraz mniej mi się podobają. Wygląda na to, że z uwagi na przeniesienie wielu imprez na późniejszy termin, jesienią czeka nas prawdziwa kumulacja biegowej szarańczy.

Zauważyłem, że ostatnio imprezy sportowe opierają się głównie na haśle, że oto X tysięcy uczestników pobiegnie jednocześnie ulicami miasta Y. I tutaj kończy się pozytywny przekaz. Organizatorzy niekoniecznie dodają, że w związku z tym w przydrożne trawniki trafi Z plastikowych folii po żelach, a z powodu utrudnień mieszkańcy owego miasta stracą łącznie Q godzin w korkach. Sam mijając kiedyś pięć uziemionych tramwajów pełnych ludzi czułem spore zakłopotanie, że to ja i moja wątpliwa forma mają w tym wypadku pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Czując ich wzrok na sobie dotarło do mnie, że wylane asfaltem i zanieczyszczone centrum miasta nie jest chyba najlepszym miejscem, w którym należałoby testować swoją tężyznę fizyczną, natomiast miasta mają możliwość promowania się na tysiąc innych sposobów, z pewnością mniej uciążliwych dla mieszkańców. Banery reklamujące każdą większą imprezę przypominają mozaikę sponsorów, podczas gdy realny koszt całej zabawy ponoszą ci, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

Kiedy przeszło dziesięć lat temu zaczynałem biegać nie robiłem tego dla wyników i medali, a dla przyjemności i zdrowia. Myślę, że najwyższa pora wrócić do tego modelu. Nie widzę potrzeby, aby z powodu moich sportowych kaprysów konieczne było paraliżowanie połowy miasta.

🥇

Na pół gwizdka

Wszystko tak jakoś nagle wyhamowało. Zauważam u siebie coraz większe ilości wolnego czasu i coraz więcej niezapisanych stron w kalendarzu. W zeszłym roku miałem tyle spraw, że kajet na dwa tysiące dwadzieścia musiałem kupić jeszcze w listopadzie. To też trochę zakrawa na absurd, że człowiek wszędzie nosił tę tekturę i zanim cokolwiek zdecydował, to musiał się z tym tałatajstwem porozkładać i głęboko zastanowić, czy ma na cokolwiek czas. A teraz bardzo proszę, każdy termin jest tak samo idealny.

Równie przydatny jest teraz mój super zegarek z funkcją międzynarodowego czasu atomowego uchodzącego za najdokładniejszy na świecie. Dzięki niemu wiem, że przenosząc się o dziesiątej na kanapę, ryzyko spóźnienia się ograniczone zostaje do jednej sekundy pojawiającej się raz na sto trzydzieści osiem milionów lat. Są pewne rzeczy, na które po prostu nie wypada się spóźniać. Narożnik w salonie jest jedną z nich.

I tak sobie właśnie funkcjonuję w warunkach czasowego rozluźnienia. Nie wiem jak długo to potrwa, ale wiem, że tego właśnie potrzebowałem. Oderwania się od kalendarzy, zegarków, terminów, budzików i alertów. Teraz mogę na to wszystko nagwizdać. I to też na spokojnie – najlepiej na pół gwizdka.

🧘‍♂️

Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️

Pacjent w Ministerstwie Zdrowia Psychicznego

Zaskakujące jak wiele jest rzeczy, bez których człowiek potrafi przeżyć. Zmuszony okolicznościami rezygnuje z jałowych spacerów po wnętrzach galerii handlowych. Nie snuje się już tak gęsto pomiędzy regałami marketów budowlanych w poszukiwaniu tej konkretnej ażurowej donicy, którą umyślił kupić akurat dzisiaj, bo właśnie dzisiaj zobaczył reklamę, w której szczęśliwy człowiek to człowiek z donicą typu Fuksja. Wolny od ciężaru żółtych toreb nie ustawia się w długich kolejkach po szwedzkie klopsiki czy kawę na wynos, ograniczając zakupy jedynie do tego, co do życia rzeczywiście niezbędne. Okazuje się, że w nowych okolicznościach da się żyć i oddychać. Dzień po dniu odkrywa jak iluzoryczna była większość jego potrzeb wykreowana przez majstrów od promocji.

Dzisiaj wszyscy dookoła straszą recesją i spadkiem rozwoju, niestety nikt nie interesuje się stanem pacjenta. A ten od dłuższego czasu pozostawał w wysokiej gorączce zakupów targany raz po raz konwulsjami wciąż niewystarczającego wzrostu PKB. Szczęśliwie objawy ustąpiły, a chory po szczególnie wycieńczającym roku powoli wraca do siebie.

Ktoś powie, że odwracam kota ogonem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zgadza się – siedząc od dwóch tygodni w domu trudno o inny ogląd spraw. Wirus atakuje nasze płuca, ale być może wyleczy nasze głowy. Trzymajcie się zdrowo w tych osobliwych czasach!

🤒

Świat miliona bodźców

Ostatnimi czasy próbuję wypracować strategię poruszania się w świecie miliona bodźców. 🙉

Sprawa trudna i zdradliwa, bo nawet w sytuacji kiedy udaje mi się na chwilę zatrzymać artylerię powiadomień, szybko okazuje się, że tak naprawdę znajduję się w oku cyklonu. Tam też wiatr cichnie, by za chwilę uderzyć z podwójną mocą.

Dawno już wyłączyłem wszelkie powiadomienia w telefonie. Ostrożnie oglądam telewizję – tutaj atak jest wyjątkowo brutalny, bo reklama uderza niepodziewanie, najczęściej w trakcie filmu. Unikam egzotycznego w swojej nazwie sportu zwanego ‘serfowanie po internecie’. Teraz każdą rzecz w sieci sprawdzam ostrożnie, najczęściej ubrany w żelazny hełm marki AdBlock. Do kina staram się spóźniać, radio włączam po pełnej godzinie. Brzmi jak dzień świra, ale myślę, że dzięki temu chociaż częściowo uchroniłem się przed wiedzą o najnowszych lekach na upławy, brak apetytu u psa czy najlepszej wersji magnezu.

Sprawa komplikuje się, kiedy jestem w pracy. Tutaj przyjmowanie, przetwarzanie i odsyłanie informacji stanowi podstawę moich obowiązków. Czasem pocieszam się, że to tak naprawdę jedna wielka gra w tenisa, gdzie zamiast rakiet mamy komputery, a zamiast piłeczek maile. Niestety trudno zachować optymizm, kiedy w moją stroną leci jednocześnie dwanaście różnych piłek.

Ostatecznie myślę, że wcale nie muszę być na bieżąco ze światem, z tymi wszystkimi wiadomościami, zdjęciami znajomych, filmami na YouTube. Dzisiaj wiedzieć wszystko, to nie wiedzieć nic. I lepiej dojść do takich wniosków w domowym zaciszu niż na kozetce u psychologa.