Akt umysłu

– Wiesz, to jest tak, że potem jeden przekonuje drugiego o tym, że jest w błędzie. Ten mówi o wielkim wybuchu i ewolucji, a tamten o raju i człowieku stworzonym na podobieństwo Boga. Słuchasz ich i masz wrażenie, że ta bitwa nie ma żadnego sensu, że te wszystkie argumenty mijają się gdzieś w locie.

– Taka dyskusja małego człowieka o wielkich sprawach?

– Raczej rozważania karalucha o fizyce kwantowej. To jest tak, jakbyś chciał wyjaśnić genezę powstawania zjawisk meteorologicznych posługując się wyłącznie zasadami gry w szachy. Nawet jeśli byłbyś takim Magnusem Carlsenem to obiektywnie rzecz ujmując nie masz kompetencji do wypowiadania się o rzeczach tobie odległych wyłącznie dlatego, że jesteś arcymistrzem w innej dziedzinie.

– Chyba, że uznasz szachy za najwyższe stadium rozwoju, wtedy nie ma przed tobą żadnych tajemnic. Nie musisz być nawet mistrzem, żeby wiedzieć jaka nagroda czeka pionka po przejściu na koniec szachownicy.

– No właśnie, tu leży problem. Uznaliśmy, że skoro nasze głowy są najmądrzejsze na Ziemi to muszą być też najmądrzejsze w całym wszechświecie.

– Wnioskowanie na zasadzie: siedzę zamknięty w piwnicy, słyszę hałas z góry, nigdy tam nie byłem, ale spodziewam się, że piętro wyżej też jest piwnica, bo niczego innego nie znam.

– Mniej więcej. Co z tego, że masz bardzo precyzyjną trzydziestocentymetrową linijkę? Jak bardzo dokładna by nie była, odległości między planetami nie zmierzysz.

– To jaki jest sens dyskutować o rzeczach niedostępnych? Ostatnio przez trzy minuty wybierałem smak lodów przez szklaną gablotkę, a jak już ustaliłem, na co mam ochotę, okazało się, że nie mam pieniędzy.

– Dyskutować zawsze warto, ale każdy wniosek opatrzyłbym zastrzeżeniem w stylu: „Opracowano w warunkach ograniczonych możliwości ludzkiego umysłu – konkluzje obarczone wysokim błędem pomyłki”. Ludzie o tym zapomnieli. Jeśli tylko poczują, że coś wydaje się mieć sens, to będą w to wierzyć, a część weźmie broń i zabije.

– Dobra, zmęczyła mnie ta rozmowa. Pozostańmy może przy tym, na co mamy rzeczywiście wpływ. Nie chce umrzeć pokłócony o to, czy Bóg ma wąsy.

– Wtedy byłby dziadkiem.

– Przestań! W swojej potędze umysłu lepiej wymyśl, z czym chcesz pizzę? Cztery sery, jak zawsze?

– Bardzo chętnie. Ty płacisz? Bóg zapłać.

– Boga w to nie mieszaj, już ci mówiłem. Pizza to czysto ludzka sprawa. Ogarniemy to jednym aktem umysłu.
🤔

Wyścig z czasem

Czytam sobie, że jeszcze w 1907 roku żołnierze tureccy nie wiedzieli, czym jest godzina. Zapytani na pustyni syryjskiej, jak długo zajmuje podróż do najbliższej oazy mówili tylko, że już niedaleko, daleko albo bardzo daleko. Podobna sytuacja ma miejsce jeszcze dziś w niektórych obszarach Wschodu, gdzie dzieci do szkoły nie schodzą się punktualnie, ale stopniowo i po trochu.

Patrząc z nie tak przecież odległej perspektywy na dzisiejszy sposób uporządkowania zachodniego świata, całe to nasze mierzenie czasu wydaje mi się jednak trochę zabawne. Trudno znaleźć dzisiaj poważnego człowieka, który nie dałby się zakuć w kajdany czasu zwane potocznie zegarkiem naręcznym. Co więcej, przyjęliśmy, że marka tego urządzenia wyznacza status społeczny – zupełnie tak, jakby czas odczytywany z wieży ratusza miał być gorszej jakości.

Upływające sekundy straszą dzisiaj nie tylko z nadgarstka, ale również smartfona, komputera, radia czy deski rozdzielczej samochodu. Z każdego niemal miejsca sączy się subtelna informacja o ulotności chwili. Jakby tego było mało, całą Ziemię podzieliliśmy sobie na dwadzieścia cztery różne strefy czasowe. W konsekwencji, ostatniego dnia roku siedzimy już od popołudnia ubrani w sylwestrowe czapeczki i znudzeni oglądamy fajerwerki w Nowej Zelandii, licząc jednocześnie ile to jeszcze godzin zostało do „naszego” Nowego Roku.

Niestety, tak właśnie wyglądają skutki uboczne próby pojmania czasu przez naszą cywilizację. W pewnym momencie zrozumieliśmy po prostu, że czas to pieniądz, który wymaga wyjątkowej dokładności. Zamknęliśmy więc wschody i zachody słońca w dwudziestu czterech godzinach, które – o ironio – dwa razy w roku przesuwamy o godzinę w tę i z powrotem, powodując tym samym niemały dyskomfort u naszych zwierząt, które zegarków póki co nie noszą.

Mówi się, że my mamy zegarki, a Afryka ma czas. To trochę tak, jak jakby płynąć z nurtem rzeki i dodatkowo wiosłować. Dopływamy zmęczeni, a rzeka i tak nas po chwili dogania. Takie to korzyści z wyścigu z czasem.

⏰

Ziemio, giń!

Coraz więcej mówi się o niekorzystnym wpływie człowieka na środowisko, emisji dwutlenku węgla i produkcji ogromnej ilości śmieci. Niestety nic z tego nie wynika, bo news o wysychających rzekach wsadzony pomiędzy relację z nudnej konwencji politycznej, a informację o zepsutym tramwaju ogląda się i przyjmuje jak element krajobrazu. Już dwadzieścia lat temu Agent Smith słusznie stwierdził, że rozmnażamy się i konsumujemy zupełnie jak wirus dążący do wyniszczenia organizmu, na którym żeruje. Przyjęcie takiego punktu widzenia powoduje, że czuje się delikatnie mówiąc nieswojo…