Pokolenie Y w drodze na Mount Everest

Kolejny milenials spada ze ściany 🧗🏻‍♀️

Żyjemy w globalnej wiosce. Miejscu, w którym bez problemu możemy śledzić ludzi sukcesu. Ci którym się udało, zapewniają nas, że wszystko zależy od motywacji, ciężkiej pracy i poświęcenia. Wtórują im wszelkiej maści trenerzy biznesu i kołczowie od samorozwoju.

W tym wszystkim pojawia się moje pokolenie – ludzi pewnych siebie, zmotywowanych, przekonanych o swojej wyjątkowości, z biografią Steva Jobsa w plecaku. Dla części z nich sukces staje się obsesją, tym większą im dłużej się nie pojawia. Przecież wszyscy mówią, że wystarczy marzyć!

W ostatnim czasie obserwuję sytuacje, gdzie wspólne życiowe wyprawy dwójki ludzi zamieniają się w dramatyczny atak szczytowy jednej z nich. Silna potrzeba sukcesu sprzyja decyzji o porzuceniu bazy, tym samym ciężaru jakim w drodze na szczyt okazuje się partner. I być może wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że każda wspinaczka ma jednak wiele niepewnych chwytów. W takiej sytuacji odpadnięcie od skały bez asekuracji drugiej osoby może na długo przesłonić marzenia o zdobywaniu szczytów.

Poznaj mojego tatę

Kobiety na początku budowania relacji z nowym mężczyzną lubią wtrącić coś na temat swojego ojca. Ma to bardzo ważną funkcje, bo z jednej strony mówienie o najbliższej rodzinie jest dowodem sporego zaufania, z drugiej wysyła bardzo jasny komunikat pod tytułem: „Wstępnie jestem na tak, ale przed tobą jeszcze drugi etap weryfikacji, który przy niedzielnym obiedzie niby od niechcenia, ale jednak przeprowadzi mój tato Zbyszek”. Google nazywa to uwierzytelnianiem dwuskładnikowym, moja babcia powiedziałaby, że to zdrowy rozsądek. Jakże przydatny w czasach mężczyzn-kameleonów