Wieża kontroli lotów

Na temat jednego dnia trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że był dobry lub zły. Niewiele można powiedzieć też o tygodniu, który poza tym, że grupuje dni w siódemki, sam w sobie jest zbyt krótki, by poddać go szerszej ocenie. Tygodnie są na ogół męczące; często mówi się: „jak to dobrze, że ten tydzień już się kończy”. Niestety za nim przychodzi kolejny, dokładnie taki sam jeśli idzie o czas, który będziemy mieć do dyspozycji.

Trochę więcej można powiedzieć natomiast o miesiącu, który jest pewnego rodzaju łącznikiem pomiędzy rutyną rozciągniętą od poniedziałku do niedzieli, a szerszą perspektywą całego roku. Dopiero posłużenie się miesiącem jako jednostką czasu daje możliwość w miarę sprawnego nawigowania po niedawnej przeszłości i najbliższej przyszłości. Zarówno wszelkie podsumowania jak i plany, jeśli budować je na bazie dni czy tygodni, wydają się jakoś śmieszne małe. Powagi nadaje dopiero miesiąc jako najmniejszy fragment czasu dostrzegalny z perspektywy całego życia. To właśnie z powagi miesięcy buduje się majestat mijających lat (tak chętnie podsumowywanych ostatniego dnia roku), z lat natomiast tworzą się dekady, których w życiu przeciętnego człowieka jest mniej więcej tyle, co dni w tygodniu. Jeśli przyjąć tę optykę to u mnie jest już środa wieczór, a wciąż jakby tęsknię za wtorkiem.

Bywa, że zastanawiam się, jak pokierować tym wielkim, rozciągniętym w czasie jak miech akordeonu monstrum nazywanym życiem. W jaki sposób, dysponując zaledwie kilkunastoma godzinami w ciągu całego dnia, ukierunkować ten rozlewający się latami potok decyzji i wydarzeń, tak aby efekt końcowy były chociaż w minimalnym stopniu zadowalający. Czuję się przy tym jak pilot samolotu, któremu kazano lądować w zupełnej mgle na nieznanym lotnisku. Ale przecież i to jest możliwe, o ile ma się dobrego nawigatora. I chyba o to w tym wszystkim chodzi: o doświadczonego człowieka, który skoryguje lot w nieznane i sprowadzi bezpiecznie na ziemię.

Myślę, że warto jak najszybciej odnaleźć taką osobę, bo jak pisała Wisława Szymborska, „życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie”. Na końcu i tak trzeba będzie gdzieś lądować.

🛬

Przypis do starożytności

Podsłuchałem ostatnio rozmowę, w której młoda kobieta opisywała sposób, w jaki poradziła sobie z przeciwnościami losu. Cała historia sprowadzała się do zastosowania koncepcji dwóch kół Coveya, czyli podzieleniu rzeczywistości na obszar, który możemy zmienić i ten, na który wpływu nie mamy.

Zabrzmiało znajomo, więc usiadłem do komputera, żeby doczytać o rewolucyjnej koncepcji dwóch kół. Na pierwszej stronie dowiaduję się, że jest to „jedno z najstarszych ćwiczeń coachingowych”, a „jako pierwszy pisał o nim już w 1989 roku Stephen Covey”. Cała koncepcja sprowadza się do zalecenia, by nie zadręczać się rzeczami, na które nie mamy wpływu i skupić na tym, co realnie możemy zmienić.

Nasuwa się pytanie, gdzie w owej wspaniałej koncepcji jest odniesienie do stoików, a więc myślicieli, którzy dokładnie takie same tezy (choć w zdecydowanie mniej trywialny sposób) zaprezentowali jednak dobrą chwilę przed nastaniem roku 1989, przykładowo Marek Aureliusz („Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi”) czy Lucjusz Anneusz Seneka („Nawet jeśli inni zajmą miejsce w pierwszej linii, a ciebie los rzuci między żołnierzy trzeciego szeregu, walcz także stamtąd głosem, zachętą, przykładem, odwagą”). Czy nie wypadałoby chociaż zaznaczyć, że takie głosy pojawiały się już w przeszłości? Pewnie tak, tylko wtedy podpisanie książki swoim nazwiskiem mogłoby nie być tak oczywiste. Szkoda, że nawet w obszarze idei nasz świat stał się maszynką do mielenia i przemalowywania na złoty kolor.

W gruncie rzeczy cała ta nasza nowoczesność to tylko marny przypis do starożytności.

🏛

Stany pośrednie

Świat wymaga dzisiaj natychmiastowych efektów. Proszek musi od razu spierać plamę, płyn natychmiast usuwać tłuszcz, tabletka precyzyjnie identyfikować źródło bólu, najlepiej już na etapie wyjmowania z pudełka. Dietom stawia się najwyżej siedmiodniowe ultimatum, a efekty odżywek i past do zębów mają być widoczne już po pierwszym użyciu.

Podobnie bywa z nami. Wypada być wysoko wydajnym i efektywnym, najlepiej z perspektywą szybkiego awansu. Warto też regularnie zmieniać samochód – nieważne, że aktualny ma się nieźle. W duchu szybkiego rozwoju warto też jak najszybciej wyprowadzić się na swoje; przecież nieruchomość to najlepsza inwestycja, jak można tego nie rozumieć. Człowiek zdolny życiowo, to człowiek zdolny kredytowo. Cały czas do przodu. Cały czas szybciej, wyżej, silniej.

Każdy kto grał kiedyś w The Sims, wie ile radości daje odkrywanie kolejnych elementów wyposażenia domu. Wstawienie jacuzzi do salonu to było wydarzenie. Oczywiście wcześniej trzeba było znaleźć wirtualną pracę i zarobić wirtualną walutę. Grałem tygodniami, dopóki ktoś nie pokazał mi kodu na pieniądze. Przez chwilę było fajnie, mimo wszystko szybko zatęskniłem za stopniowym odkrywaniem tych wszystkich gadżetów. Gra się skończyła, wypaliła się w ciągu dwóch dni.

Babcia zawsze powtarzała, żeby się nie śpieszyć z jedzeniem, bo człowiek nawet nie zdąży poczuć smaku. Ale kto by tam patrzył na smak, kiedy wokół tyle rzeczy do spróbowania.

📊

Lot nad Atlantykiem

Zauważyłem, że w czasie izolacji wiele osób powraca do robótek ręcznych, puzzli, kolorowania i innych rzeczy, na które dawno straciliśmy czas. Ciekawe, że to co kiedyś było zupełnie naturalne, powróciło nie tak dawno jako nowe remedium na stres i nadmiar bodźców. I teraz pięknie wkomponowuje się w nasze puste godziny.

Pamiętam, jak w dzieciństwie wyciągałem spod łóżka wielki karton klocków LEGO i rozsypywałem je na podłogę tworząc ogromny ocean malutkich części. Następnie uzbrojony jedynie w swoją wyobraźnię wzbijałem się w przestworza dziwnych projektów wypatrując z uwagą potrzebnych elementów. To było coś, co mógłbym porównać do samotnego lotu nad spokojną taflą Atlantyku w długie, słoneczne popołudnie. Tak właśnie opisałbym dzieciństwo – jako czas, w którym skupienie się na jednej rzeczy było czymś oczywistym i zupełnie naturalnym. Nie wiem czy tamten świat był lepszy od tego dzisiejszego, ale z pewnością oferował dużo więcej czasu.

Dobrze jest wyłączyć na chwilę autopilota i siąść za sterami swojego czasu. W piątek bywa to szczególnie ważne!

🛩

Na pół gwizdka

Wszystko tak jakoś nagle wyhamowało. Zauważam u siebie coraz większe ilości wolnego czasu i coraz więcej niezapisanych stron w kalendarzu. W zeszłym roku miałem tyle spraw, że kajet na dwa tysiące dwadzieścia musiałem kupić jeszcze w listopadzie. To też trochę zakrawa na absurd, że człowiek wszędzie nosił tę tekturę i zanim cokolwiek zdecydował, to musiał się z tym tałatajstwem porozkładać i głęboko zastanowić, czy ma na cokolwiek czas. A teraz bardzo proszę, każdy termin jest tak samo idealny.

Równie przydatny jest teraz mój super zegarek z funkcją międzynarodowego czasu atomowego uchodzącego za najdokładniejszy na świecie. Dzięki niemu wiem, że przenosząc się o dziesiątej na kanapę, ryzyko spóźnienia się ograniczone zostaje do jednej sekundy pojawiającej się raz na sto trzydzieści osiem milionów lat. Są pewne rzeczy, na które po prostu nie wypada się spóźniać. Narożnik w salonie jest jedną z nich.

I tak sobie właśnie funkcjonuję w warunkach czasowego rozluźnienia. Nie wiem jak długo to potrwa, ale wiem, że tego właśnie potrzebowałem. Oderwania się od kalendarzy, zegarków, terminów, budzików i alertów. Teraz mogę na to wszystko nagwizdać. I to też na spokojnie – najlepiej na pół gwizdka.

🧘‍♂️

Przewlekła niedoczynność autorytetów

Cierpię na brak autorytetów. To bardzo poważna choroba utrudniająca normalne funkcjonowanie. Współczesny świat niestety utracił zdolność wynalezienia leku na tę okropną dolegliwość, więc staram się leczyć na własną rękę. Najczęściej za pomocą książek napisanych przez tych, których już z nami nie ma.

Pierwsze symptomy choroby zaczęły pojawiać się u mnie na początku studiów. Wtedy to, jak każdy młody człowiek, zacząłem poszukiwać wzorów, które mogłoby stanowić dla mnie jakikolwiek stały punkt podparcia do budowania własnego „ja”. Wiele z nich przyciągało atrakcyjnością i kolorowym wyglądem, ale ostatecznie żaden nich nie wytrzymywał konfrontacji w sytuacjach, z jakimi przyszło mi się mierzyć w trakcie życiowych wojaży. Zaostrzanie objawów pojawiało się natomiast za każdym razem, kiedy z tego świata odchodził ktoś z Pokolenia Kolumbów.

Lekarze zdają się bagatelizować moją przypadłość. Zalecają długie werandowanie i śledzenie Julii Wieniawy. To powoduje jedynie chwilową remisję, po której następuje długi i ciężki rzut. Kroplówka w postaci cytatów z Seneki bywa wtedy jedynym ratunkiem. I jak tu żyć?

🦸‍♂️

Jaworowi ludzie

Pamiętam z dzieciństwa grę w budowanie mostów. Budowniczymi byli niejacy jaworowi ludzie, którzy pracowali na zlecenie pana starosty. Śpiewało się o tysiącu przepuszczonych koni i jednym, pod którym most się zawalał. Doczytałem, że zabawa ma bardzo piękną i długą polską tradycję, ale teraz nie o tym.

Być może moje skojarzenia będą nieco oderwane od rzeczywistości, ale dzisiaj stojąc na światłach pomyślałem, że każdy z nas buduje taki most. Most, który wychodzi z wczesnych lat młodości i rozciąga się aż do bezpiecznej starości. Jest to konstrukcja, której nie tworzą stalowe przęsła, ale podejmowane kolejno w życiu decyzje. Dla jednych będzie to betonowa estakada wznoszona pod nadzorem majętnych rodziców, inni zmuszeni będą do poruszania się po niestabilnej drewnianej kładce. Wszyscy zmierzają jednak mniej więcej w tym samym kierunku: w stronę swoich mniejszych czy większych celów i marzeń.

I tak jak w zabawie o jaworowych ludziach od czasu do czasu nadchodzi moment, że skrupulatnie budowany most zawala się pod nami grzebiąc w gruzach większość dotychczasowych planów. Wtedy wszyscy eksperci głoszący stabilność i bezpieczeństwo naszych czasów rozkładają ręce kręcąc głową z niedowierzaniem. Myślę, że jeśli jest nad nami jakiś Starosta to właśnie patrzy na świat i nuci: „Jawor, Jawor, jaworowi ludzie, co wy tu robicie?”

🌉

Zainteresowania: dobry film, dobra książka, dobra muzyka

Moja babcia zwykła powtarzać, że gdyby nie ten cholerny reumatyzm to by diabłu łeb ukręciła. Przyznam, że zawsze fascynowała mnie ta zdecydowana chęć do działania, chęć do realizacji różnych życiowych projektów i zainteresowań. Staram się to podejście przełożyć na ludzi mojego pokolenia, niestety odnoszę wrażenie, że część z nich to właśnie tacy młodzi reumatycy.

Oczywiście nie uważam, że każdy musi mieć swój startup, być multiinstrumentalistą czy mistrzem świata w wędkarstwie spławikowym. Chodzi raczej o pasję, o codzienne zainteresowania, o to co nas naprawdę pociąga i powoduje błysk w oku. Jeden z moich kolegów zajmuje się na przykład malowaniem figurek do gier bitewnych. Łapiąc za pędzelek odpływa w zupełnie inny świat. Tak naprawdę nigdy nie byłem w stanie go zrozumieć (ani kolegi ani jego świata), niemniej szanowałem zaangażowanie, z jakim podchodził do swojego hobby.

W tym aspekcie zupełnie nie trafia do mnie argumentacja, że oto największą pasją młodego, zdrowego człowieka jest oglądanie Netlixa, co słyszę ostatnio bodaj najczęściej w kontekście wolnego czasu. Sam też lubię filmy, staram się regularnie chodzić do kina, ale w żadnym wypadku nie wymieniłbym tego jako mojej naczelnej pasji, tak samo jak pasją nie powinno się czynić samego faktu czytania książek czy słuchania muzyki. „Lubię dobry film, dobrą książkę i dobrą muzykę.” Zdanie, które nie mówi absolutnie nic o człowieku (no może poza tym, że ma zdrowy wzrok, jest piśmienny i słyszy).

Być może moje obruszenie jest nieco na wyrost, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego wobec tak wielu dostępnych dzisiaj dziedzin, w których można rozwijać się chociażby dla samej przyjemności jej poznawania, wciąż tak wiele osób woli jednak zasiąść przed kolejnym sezonem kolejnego serialu.

Myślę, że to kwestia czasu, kiedy o Antonio Vivaldim będzie mówić się, że to ten kompozytor, który nagrał tylko cztery sezony.

🧐

Lekko i wygodnie

Ostatnio po raz kolejny wybrałem się na intelektualną wycieczkę trasą ciągnącą się wokół Góry Rozsądku, z tym skromnym założeniem, że w końcu dotrę do końca i zrozumiem, dlaczego pomimo tak wielu doniosłych krzyków w sprawie klimatu, wciąż tak niewiele się zmienia. Punktem wyjścia była dla mnie informacja, że oto Coca-Cola zdecydowała się nie rezygnować z plastikowych butelek, bo klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

No dobra, wróg klimatu wykonał ruch, pora na moją odpowiedź. Ekologiczna intuicja podpowiada mi, że należałoby teraz ze wszystkich sił zbojkotować krnąbrnego producenta napojów. No ale jak to? Tylko Coca-Colę? Przecież inni robią dokładnie to samo – wszyscy mają plastik za uszami. Może trzeba w całości przerzucić się na szkło, czyli coś czego nie lubią klienci, bo jest ciężkie, niewygodne i nie da się zakręcić.

No dobra, przemęczę się, ale co jak przyjdą znajomi? Podejmę ich krzysiem, tonikiem jurajskim i sprytnym zbysiem? Już to widzę. Najpierw nazwą mnie ekologicznym ultrasem, a potem wytkną, że mocno oszukanym, bo szklane butelki trzymam w plastikowych skrzynkach. Na koniec, jak w jakimś fatalnym horrorze, wyciągną swoje dwulitrowe cole w plastikowych butelkach i sunąc w moją stronę z upiornym uśmiechem zaczną powtarzać, że wszyscy klienci je lubią, bo są lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

W takiej sytuacji uzbrojony prawdopodobnie jedynie w otwieracz do kapsli z napisem Władysławowo, mógłbym co najwyżej zrobić urażoną minę i krzyknąć coś w stylu „how dare you”. W taki oto sposób kończy się każda moja próba zrozumienia mechanizmów prowadzących do sytuacji, w której wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt niczego nie robi. Ale my chyba właśnie takie życie lubimy. Lubimy, bo jest lekkie, wygodne i da się je zakręcić.

🥤

Wielkie jest czekanie

W robieniu zdjęć z wakacji zatoczyłem ogromne koło i ponownie znalazłem się tam, gdzie byłem mając jakieś osiem lat. Wtedy na wszelkie wyjazdy zabierałem mały analogowy aparat wyposażony w trzydzieści sześć klatek, które należało starannie rozłożyć na wszystkie dni wyjazdu. Niedługo potem modne stały się aparaty cyfrowe wyparte ostatecznie przez smartfony. W efekcie z każdych ostatnich wakacji przywoziłem na kartach pamięci setki zdjęć, z których żadne nie dostąpiło zaszczytu wydrukowania i umieszczenia w albumie. Absurd sytuacji uświadomiła mi dopiero reklama aplikacji umożliwiającej usuwanie duplikatów zdjęć zrobionych w takiej samej scenerii, bo przecież zawsze robi się kilka, żeby móc potem „coś wybrać”.

Ostatnio wróciłem do aparatu analogowego i uważam to za świetne rozwiązanie. Ograniczony długością kliszy nie fotografuję już wszystkiego, co widzę, co powoduje z kolei, że na wakacjach jestem przede wszystkim turystą, a nie archiwistą. Każde zdjęcie wymaga chwili namysłu, przyjrzenia się scenerii i wyczekania na odpowiedni moment do uruchomienia migawki. Najbardziej podoba mi się jednak fakt, że – wbrew powszechnym dzisiaj tendencjom – fotografii analogowej nie możemy mieć tu i teraz. Możliwość obejrzenia zdjęć wymaga cierpliwości. Tej samej zresztą, której kiedyś wymagało oczekiwanie na kartkę czy list od przyjaciela. Sztuka czekania stała się jakoś dziwnie niemodna.

🕰

Szczęśliwe życie

Recepta na szczęśliwe życie od pewnego lekarza:

1️⃣ Budzisz się i żyjesz – tysiąc osób w Polsce umiera codziennie podczas snu. Warto doceniać każdy dzień i kończyć go w zgodzie z najbliższymi.

2️⃣ Masz pracę, którą lubisz – każdego dnia wychodzisz z domu żeby zrobić coś, co sprawia ci przyjemność. Jesteś zadowolony z miejsca w którym pracujesz. Jeśli nie lubisz swojej pracy to postaraj się ją zmienić.

3️⃣ Pomagasz innym – robisz wszystko to, za co jedyną zapłatą jest słowo „dziękuję”. Duże i małe rzeczy. Znajomym i nieznajomym.

4️⃣ Masz coś, co jest tylko twoje – hobby, zainteresowania, pasje, inspiracje. Coś do czego możesz uciec, kiedy wszystko dookoła się nie układa.

To chyba najlepsza recepta jaką kiedykolwiek dostałem. Przekazuję dalej z najlepszymi życzeniami na kolejny rok! 🎉

Nieznośny ciężar dorosłości

Powszechną tendencją wśród ludzi w moim wieku jest ostatnio narzekanie na dorosłość. 🤕

W przypadku części malkontentów jest to czynność, która ma w sobie jednak sporo elegancji – trochę jak odpalenie drogiego cygara i wymachiwanie nim przed oczami rozmówcy. Z jednej strony zaczyna dominować zmęczenie pierwszą prawdziwą pracą, z drugiej pojawia się niemała duma, że jednak możliwa jest wyprowadzka od rodziców i utrzymanie się bez ich pomocy. Patrzcie, oto jestem!

Dużo ciekawsi są jednak ci drudzy, czyli młodzi dorośli dla których trzy dekady to wciąż za krótko by z dziecka zmienić się w dorosłego. Narzekają, że to wszystko nie miało przecież tak wyglądać i że najchętniej przeszliby już na przyśpieszoną emeryturę. Pytani o stały związek wzdychają, że nie są jeszcze gotowi, a założenie rodziny kojarzy się im przede wszystkim z grą The Sims. I tu kolejne rozczarowanie – w prawdziwym życiu nie ma jak wpisać ‘klapaucius’. Dla nich dorosłość to spektakl, forma smutnej komedii, w której każdy aktor przebiera się w garnitur, przybija pieczątki i rozdaje wizytówki. W takiej sytuacji najlepiej owinąć się kocem i odpalić Netflixa. Dorosłym życiem pomartwimy się jutro.

Nie wiem, który model godzenia się z dorosłością jest lepszy, to chyba bardzo indywidualna kwestia. Mam jednak wrażenie, że kiedyś po prostu nie było czasu na wynurzenia i refleksje o ciężarze życia, który biorąc pod uwagę nie tak odległe przecież czasy, był jednak dużo bardziej dojmujący.

Samolot z papieru

Z podstawówki zapamiętałem, że ucząc się i będąc ciekawy świata mogę dolecieć gdziekolwiek zechcę – zupełnie jak precyzyjnie złożony samolot z papieru. 🛫

Przez wszystkie lata nauczania składałem więc origami własnej osoby, by siłą rozpędu dolecieć na studia. Po pięciu latach mogłem oficjalnie dorysować na skrzydłach skrót „mgr” i wylądować w pierwszej w miarę dobrze płatnej pracy. W tym momencie wystrzeliły szampany, a na lotnisku przywitała mnie delegacja znajomych gratulując sukcesu i życząc wysokich zarobków.

I nagle okazało się, że codzienność zaczęła sprowadzać się do wykonywania tych samych obowiązków i pogoni za coraz wyższą pensją. Papierowy samolot razem z całą moją ciekawością świata przepadł gdzieś na dnie szuflady.

Zacząłem zastanawiać się czy tak ma wyglądać modelowy lot przez dorosłe życie – zakończony na pierwszym możliwym lotnisku. Być może. W moim wypadku czuję jednak, że wiatr zmian może przynieść jeszcze bardzo wiele dobrego, czego i Wam życzę.

Kto się wstydzi latać?

Coś czuję, że flygskam się u nas nie przyjmie. ✈️

Świat zwraca uwagę na ślad węglowy. Mówi się o tym, by zrezygnować z samolotów na rzecz podróży pociągami, by przesiąść się z samochodów na transport zbiorowy, by gasić światło, oszczędzać wodę, nie kupować plastiku, odpowiedzialnie segregować śmieci.

Kiedy się o tym przypomina, wszyscy z uznaniem kiwają głowami. Kiedy przychodzi do codziennych wyborów jakoś trudno zrezygnować z wygodnych rozwiązań. Skoro stać mnie na samochód to nie po to, by jeździć zatłoczonym tramwajem. Mam pieniądze, więc stać mnie na dietę w plastikowych pudełkach. Jestem zmęczony pracą, więc polecę wypocząć na drugim końcu świata. Przyjęliśmy konsumpcję jako wyznacznik jakości życia, co z założenia kłóci się z oszczędnym wykorzystaniem zasobów naszej planety. Niby się wstydzimy, ale jakoś tak bez przekonania.

Nie mam wątpliwości, że pojedynek wygody ‚tu i teraz’ z dobrem przyszłych pokoleń ‚tam i kiedyś’, wygra to pierwsze. Potrzeba naiwności szesnastolatki, by twierdzić inaczej.